Czarny Allen i pusty Glass

Wróciłam z pokazu najnowszego filmu Woody Allena Sen Kasandry, który wchodzi właśnie na nasze ekrany. Nie bójcie się, nie będę Wam streszczać tej kobry – można ten film tak nazwać, bo to kryminał. Ale uprzedzę tylko, że to zupełnie nie jest taki Allen, do którego przywykliśmy. Nie ma tam dowcipów, nie ma intelektualnych paradoksów, nie ma snobistycznych sfer, tylko wprost przeciwnie – brytyjska klasa średnia. Bohaterami są dwaj bracia, w gruncie rzeczy proste i poczciwe chłopaki, które… no właśnie. Historia, w którą się wplątują, ma nawet parę momentów z lekka humorystycznych, nawet przez chwilę mamy wątpliwość, czy rzeczywiście to zło, na które czekamy przez pół filmu, w końcu się wydarzy. Ale granica zostaje przekroczona i dalej już jest istna dostojewszczyzna. Świetne jest aktorstwo: braci grają Colin Farrell i Ewan McGregor, żonę jednego z nich Sally Hawkins, cyniczną ukochaną drugiego – Hayley Atwell.

Coraz częściej Allen odchodzi od swojego stylu. Jedyne, co łączy ten film z pozostałymi, to charakterystyczny krój czcionki napisów początkowych i końcowych na czarnym tle. Ale nie rozbrzmiewa na ich tle kojarzący się nam z nimi niefrasobliwy jazzowy klarnecik, lecz ponura i dość prymitywna muzyka Philipa Glassa. O ile wiem, Allen po raz pierwszy skorzystał z usług tego kompozytora. Jakoś sztucznie mi tu brzmi.

Moda na repetytywną muzykę w filmach już jest dwudziestej świeżości, ale wygląda na to, że wciąż się trzyma; Glass nie narzeka na brak zajęcia, prawie co rok robi coś do filmu (z Qatsi Trilogy na czele, to jego szczytowe osiągnięcie), takoż Michael Nyman, który wyjechał na filmach Greenawaya, potem były m.in. Fortepian, Carrington, a nawet Jestem Kędzierzawskiej.

Z muzyką Nymana musiałam się właśnie niestety znów zadać (piszę niestety, bo nie jestem wielbicielką tej stylistyki), ponieważ Michael Nyman Band przyjeżdża do Wrocławia na festiwal Era Nowe Horyzonty (17-27 lipca; „Polityka” jest patronem medialnym i wydaje wkładke z omówieniami) i zagra po pierwsze koncert, a po drugie podkład pod genialnego Człowieka z kamerą Dzigi Wiertowa (1929). Już niejeden zespół się z tym zadaniem zmierzał; ja obejrzałam już tę wersję na DVD i choć z początku mi się to zestawienie gryzło, to potem się trochę przyzwyczaiłam – w końcu i w obrazie są ciągłe powtórzenia, rytmy poruszających się maszyn czy jeżdżących tramwajów.

Jak to się jednak – ciągle się zastanawiam – stało, że taka muzyczka jak Glassa i Nymana zdobyła sobie powodzenie? Z Nymanem to jeszcze mogę zrozumieć – muzyka do Kontraktu rysownika była na swój sposób parodią brytyjskiej pompatycznej muzyki późnego baroku, a potem już poszło. Jednak im dalej, tym było gorzej, a Fortepian to już w ogóle było kiczowisko. Zresztą całe lata dziewięćdziesiąte to zwycięstwo prymitywnego, często pompatycznego kiczu. Przecież i sukcesy naszych filmowych twórców takich jak Preisner czy Kaczmarek wypływają z tego, że na taką właśnie muzykę było zapotrzebowanie. Niestety, to pusty surogat muzyki filmowej i tak też brzmi Glass u Allena.