Czy „Ruch Muzyczny” upadnie?

W stylu godnym najgłębszej komuny, „w teczce”, bez żadnego porozumienia z zespołem, szef Instytutu Książki Grzegorz Gauden narzucił właśnie nowego redaktora naczelnego pismu zasłużonemu, o długiej tradycji, jedynemu takiemu w świecie muzycznym, niestety już od dawna pogrążanemu w stagnacji przez kolejne instytucje, którym je spychano wraz z innymi tzw. czasopismami patronackimi ministerstwa kultury, czyli najpierw przez Bibliotekę Narodową, a obecnie Instytut Książki.

Obie te instytucje miały je – a zwłaszcza „Ruch”, którego tematyka była dla nich abstrakcyjna – głęboko w nosie i traktowały jak piąte koło u wozu. Nawiasem mówiąc nie mam pojęcia, dlaczego, gdy powstał Instytut Muzyki i Tańca, nie przekazano mu „Ruchu”, co byłoby naturalne.

Przed swoją arbitralną decyzją, którą przekazał redakcji na tydzień przed wdrożeniem (!), Gauden nie zasięgnął opinii ludzi kompetentnych, przedstawicieli środowiska muzycznego, jego autorytetów – wedle starej zasady PO, że fachowcy to układy, a kompetencje się nie liczą. Dziś zwolnił obecnego redaktora naczelnego, Olgierda Pisarenkę, a od 1 czerwca nowym naczelnym ma być Tomasz Cyz, obecnie redaktor naczelny internetowego pisma Narodowego Instytutu Audiowizualnego dwutygodnik.com; przechodząc do „Ruchu Muzycznego” ma opuścić to stanowisko.

Nie tyle nawet o samego Cyza tu chodzi, co o sposób, w jaki sprawa została przeprowadzona. Redaktorzy błagali szefa Instytutu Książki o jakikolwiek kontakt od dwóch lat! Chcieli przede wszystkim przeprowadzić jakieś zmiany, reformy pisma, odświeżenie, żeby przestać wreszcie być „Bezruchem Muzycznym” – sami czuli się z tym bardzo źle, tym bardziej, że to właśnie na nich spadały pretensje ze strony nieświadomych stanu rzeczy czytelników. Jakiekolwiek zmiany nie są przecież możliwe bez ścisłego porozumienia z wydawcą.

W ostatnich miesiącach wiadomo też było, że Olgierd Pisarenko wchodzi w okres emerytalny, jest schorowany i nie ma już siły prowadzić pisma, więc musi przyjść ktoś nowy. Redakcja jest praktycznie kilkuosobowa, składa się z bardzo kompetentnych ludzi, ale nikt z nich nie chciał objąć takiego stanowiska. Naradzili się, zasięgnęli języka w środowisku, wymyślili wspólnie kandydata i poprosili go o zgodę, którą uzyskali. Powiadomili więc Gaudena miesiąc temu, ten poprosił o pismo w tej sprawie, stosowny mail więc został wysłany wraz ze zgodą aplikującego. Wiadomo, że pismo doszło do adresata, ale zostało całkowicie zignorowane, a arbitralna decyzja została przekazana redakcji dopiero tydzień temu do przyjęcia bez żadnych dyskusji. Za to w poniedziałek na spotkaniu z prezesami Związku Kompozytorów Polskich i Polskiej Rady Muzycznej Gauden im powiedział: „Zespół zwrócił się do mnie za późno, bo ja już się umówiłem”. Z kim?! I z jakiej racji? Czy jest prywatnym właścicielem „Ruchu Muzycznego”? Bo tylko wtedy miałby do tego pełne prawo.

Z redakcją spotkał się dopiero w poniedziałek; było ponoć ostro. Co będzie dalej – trudno przewidzieć. Gdyby z obu stron była dobra wola… Ale skoro od początku Gauden nie skonsultował się nawet z ministerialnym przecież, jak i jego instytucja, ale bardziej odpowiednim kompetencyjnie Instytutem Muzyki i Tańca, przyszłość nie rysuje się dobrze. W poniedziałek oświadczenia w tej sprawie wyda kilka organizacji związanych z muzyką. Ale czy to coś da – nie wiadomo. Arogancja władzy jest nieuleczalna.

Dla mnie los tego pisma jest ważny, nie tylko dlatego, że współpracowałam z nim od początku mojej kariery zawodowej (i było zawsze miejscem, gdzie mogłam rozwinąć skrzydła), a w ostatnich latach też jeszcze zdarza mi się tam coś napisać po starej przyjaźni. Uważam, że było to pismo z prawdziwą klasą (kiedyś czytywali je zarówno muzycy, jak melomani; dziś kształconych melomanów jest niestety daleko mniej…) i szkoda byłoby, aby ten dorobek został zaprzepaszczony. Ale może to już takie czasy, że pisma z klasą są skazane na wymarcie? Oby nie.