Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2

21.05.2017
niedziela

Zabawnie o czasie, poważnie o śmierci

21 maja 2017, niedziela,

Dzisiejsze koncerty festiwalu Kultura Natura mogły zniknąć w masie imprez odbywających się w NOSPR w związku z Nocą Muzeów, schowane tym razem w Sali Kameralnej. Ale to na nich warto było być.

Był to zresztą właściwie jeden koncert, w którym uczestniczyła Orkiestra Muzyki Nowej pod batutą Szymona Bywalca (wchodziło się zresztą na ten sam bilet), ale organizatorzy mieli potrzebę wyraźnego oddzielenia dwóch tak różnych utworów.

Wyliczanka Pawła Mykietyna została zamówiona przez festiwal; było to jej prawykonanie. Marcin Gmys, który napisał omówienie do książki programowej, zaliczył ten utwór do „nurtu temporalnego” w twórczości Mykietyna, czyli zabaw z czasem, z jego rozciąganiem i przyspieszaniem. Wyobrażam sobie, że dla wykonawców musi to być piekielnie trudne utrzymać się tu w ryzach. Rzeczywiście bowiem z początku jest ciągłe przyspieszanie, od bardzo wolnego tempa, coraz szybciej, a gdy ktoś się już nie wyrabia, przechodzi na kolejny poziom grając (lub śpiewając) wolniejsze motywy. W drugiej połowie utworu rzecz się odbywa w odwrotną stronę: coraz wolniej. W środku zaś pojawia się fragment kojarzący się z wczesnym dziełem Mykietyna 3 for 13. Udział biorą trzy wokalistki, śpiewając w różnych konfiguracjach tekst popularnej wyliczanki „Triumf, triumf, Misia Bela…”, oraz skład przypominający popularne holenderskie zespoły muzyki współczesnej: flet, saksofony, pojedyncza blacha (oprócz waltorni), saksofony i perkusja. Materiał muzyczny jest dość prosty, w kontraście do dzieł z poprzedniego okresu twórczości Mykietyna, kiedy to z upodobaniem używał mikrotonów. Wyliczanka jest jakby z muzyki popularnej, ale zupełnie inaczej wymodelowana. Śledząc te wyginania czasu można nieźle się bawić, ale może nawet nieco zakręcić się w głowie.

Z zupełnie innych powodów może zakręcić się w głowie przy wielkim – tak, choć kameralnym – dziele Gérarda Griseya Quatre chants pour franchir le seuil (Cztery pieśni na przekroczenie progu). Wciąż mam w pamięci wrażenie, jakie ten utwór wywarł na publiczności 14 lat temu na Warszawskiej Jesieni – ludzie zerwali się z miejsc, przez chwilę stali w ciszy, potem były gromkie brawa, niektórzy płakali. Śpiewała Sylvia Nopper z Ensemble Court-Circuit. Wykonanie Agaty Zubel wydaje mi się o wiele lepsze (w tym zupełnie nieprawdopodobny dialog brzmień z trąbką czy fletem). Szkoda bardzo, że na ten utwór została na sali już niewielka publiczność. Ale Szymon Bywalec chciałby to wykonanie jeszcze powtarzać. Naprawdę bardzo warto.

To dzieło nie uwolni się już od spekulacji, czy Grisey pisząc je przewidywał własną rychłą śmierć, czy odwrotnie: zajmowanie się tematem śmierci przyniosło mu taki stres, że przyspieszyło jego koniec (z tego, co pamiętam, przyczyną był tętniak). Niezależnie zresztą od tych spekulacji pieśni są przejmujące. Gra z czasem jest tu również obecna, sam kompozytor pisał: „Spokojny, minimalistyczny i precyzyjnie zbudowany fragment poprzez układ proporcji wprowadza pewne struktury metryczne. Ślad ich zostanie zachowany również w dwóch kolejnych częściach Quatre chants. Zauważamy jakby nadmiar czasu w strukturze metrycznej. Ów fatalny błąd syntaktyczny to sygnał, że zapadł wyrok śmierci na poezję i na poetę”. Pierwsza część mówi o śmierci anioła (co jest metaforą śmierci marzeń), druga – to odczytywanie dokumentacji napisów z egipskich sarkofagów – wyliczanie numerów, powtarzające się słowo „zniszczone” i co jakiś czas zaskakujący urywek, jak np. „to, co świetliste, pada do wnętrza…” (nie wiadomo czego) albo „uczyń mi drogę światła, pozwól mi przejść”. O ile pierwsze części są jakby zamrożone, to kolejne są bardziej dramatyczne, a zwłaszcza początek ostatniej pochodzący z eposu o Gilgameszu i ilustrujący kataklizm potopu niszczącego ludzkość. I na koniec, po znaczącej pauzie (w czasie której parę osób wyszło z sali i było to słychać aż tak dobrze, że mogłabym ich zadusić…) – kołysanka, jaką Gilgamesz opowiada umierającemu światu. Kompozytor pisze, że jej zadaniem jest nie usypiać, lecz budzić – „to muzyka nowych narodzin ludzkości, uwolnionej wreszcie od koszmaru”. Mnie to jednak bardziej wygląda na zajrzenie gdzieś tam na drugą stronę…

Na tym zakończył się dla mnie tegoroczny festiwalu Kultura Natura. Jeszcze pozostaje niedzielny jazz – bardzo przyjemny koncert, na którym już niestety nie będę, bo muszę rano jechać do Warszawy. Zamiast tego – wrzucam tu próbkę, jak gra Enrico Rava (będzie z innym pianistą, a raczej pianistką – Geri Allen).

Kategorie:

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 16

Dodaj komentarz »
  1. Pobutka 21 maja F. Waller https://www.youtube.com/watch?v=10jS-TBGYsc
    Jeszcze jeden – ostatni – dodatek do wiejskiej muzyki https://www.youtube.com/watch?v=0pe5G6BodNQ

  2. Wczoraj na Zamku Królewskim po raz pierwszy w Warszawie zagrała Accademia Bizantina.

  3. No właśnie, ja nie byłam w stanie dotrzeć, a jak to wypadło? W programie był, o ile pamiętam, Vivaldi.

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. Skoro o śmierci, to zmarł Zbigniew Wodecki, m.in. skrzypek Orkiestry Symfonicznej PRiTV oraz Krakowskiej Orkiestry Kameralnej.

  6. „Zacznij od Bacha”…
    https://www.youtube.com/watch?v=yiTuD80LtmE
    Nawet nie wiedziałam, że grał w krakowskiej Radiówce. To dobra orkiestra była.

  7. Dawno to było…ale rok temu wystąpił z Mitch&Mitch i NOSPRem. Z perspektywy laika, swoimi wywiadami przyczyniał się do szerzenia kultury muzycznej. Potrafił ciekawie o tym opowiadać. No i pokazywał, że nawet wykonując tzw. muzykę popularną, warto mieć opanowane rzemiosło.

  8. A poza tym miał poczucie humoru…

  9. @Gatsby:
    Tylko raz byłem na koncercie, zresztą przyznaję, że trochę z przypadku… Ale byłem pod wielkim wrażeniem osobowości scenicznej, tej całej umiejętności znalezienia kontaktu z publicznością, autoironii, humoru…

  10. Raczej zabawnie (w obrębie poetyki) o czasie, czasach, scenie polskiej piosenki, Wykonawczyni, która jutro odhaczy dekadę blogowego intonowania… 😉

  11. O, to ktoś już przypomniał! 😀
    Rzeczywiście raczej zabawnie 😆 To lepsze niż sen, który przydarzył się mnie wczoraj – przyśnił mi się w jakiejś niesympatycznej roli meloman, z którym naprawdę się lubiliśmy. Aż go w myślach przepraszałam po obudzeniu, choć biedny już od paru lat nie żyje… 🙁
    Co te sny potrafią.
    Ja nie byłam na występie Wodeckiego, na ten z Mitchami nawet chciałam iść, ale coś się inaczej ułożyło jak zwykle. Ale to i owo można zobaczyć na tubie, jak świetnie razem się bawili. Zaledwie rok temu…
    https://www.youtube.com/watch?v=3qukBkM9kos

  12. Co zaś do mojego własnego śpiewania 😉 właśnie nagrywałyśmy z siostrą i siostrzenicą płytę poglądową do naszego śpiewnika. Teraz kolega reżyser bierze się za obróbkę – jak to długo potrwa, trudno powiedzieć, bo bardzo zajęty zawodowo. Ale przy tej okazji obie z siostrą stwierdziłyśmy, że trzeba było się za to zabierać z dziesięć lat temu… 😉
    Tymczasem zapraszamy do Muzeum POLIN na 7 czerwca na godz. 18. na spotkanie promocyjne tegoż śpiewnika.

  13. Przy pomocy studio U22 posłuchałem nie tak dawno III kwartetu smyczkowego Mykietyna. Też tam sporo tych zmian tempa, ale na moje ucho, jest tam jakiś ukryty i niezmienny w czasie puls (i sens) muzyki. Rzekłbym nawet (nie wiem, czy nadto górnolotnie?) – Canon XXI w. No…

    Czym zaś są i te „ulatujące marzenia” i te „powracające marzenia”, na nowo, i dla mnie również interesująco, pokazano nam w Operze Narodowej „Jezioro Łabędzie” wystawiając. Pan Pastor połączył tu w jednym spektaklu fabularny balet kostiumowy z baletem „bez-kostiumowym” 🙂 powiedzmy „przezroczystym” (a tegoż właśnie drugiego wspaniałym reprezentantem są, jak dla mnie, np. jego „Góreckie Deszcze” sprzed lat). Moim zdaniem, połączył więc z powodzeniem, więc mnie się nie dłużyło.
    A zaczynając od Bacha, Monteverdiego… wszyscy jakoś próbujemy „iść dalej”…
    U mnie to się jakoś tak dziś z ranka poskładało… pa pa m

    lubię… lubię dalej iść, choć nie wiem sam
    czy „w tym dalej” jakiś dalszy plan…
    czy ze snu sen?
    – czy znajoma twarz
    ominąwszy straż
    nic nie powie, nic nie spyta
    kiedy przyjdzie do powitań…

  14. A ja, tradycyjnie już, nie na temat! 🙂

    Jeśli Pani Kierowniczka pozwoli…
    chciałbym pochwalić się jeszcze jednym utworem na chór a cappella, tym razem skomponowanym do łacińskiego tekstu Psalmu 117 „Laudate Dominum”. Jestem „niedzielnym kompozytorem”, więc nie odnajdą Państwo w tej muzyce nowatorskich, awangardowych rozwiązań warsztatowych. Tworzę z potrzeby serca i jako były chórzysta staram się, by moją muzykę dobrze się śpiewało i słuchało. Tak więc, będzie to raczej spontaniczna wypowiedź z łatwo wpadającą w ucho melodią i gładką harmonią, choć mam nadzieję, że nie przekroczyłem jeszcze złowrogiej granicy kiczu. 😉

    Poniższe nagranie zostało zarejestrowane podczas koncertu dyplomowego klasy dyrygentury chóralnej Akademii Muzycznej w Bydgoszczy. Dyryguje Łukasz Hermanowicz – mój młodociany przyjaciel z zespołu muzyki dawnej Collegium Vocale, któremu m.in. ta interpretacja (w moim przekonaniu świetna) zapewniła posadę na uczelni. 🙂

    https://www.youtube.com/watch?v=cNIqvuAVHd0

css.php