Tromba nad trombami

No, kto, zgadnij, koteczku? Miles oczywiście.

Wreszcie miałam trochę czasu, żeby zacząć zapoznawać się z łupami, jakie przywiozłam jeszcze z Poznania, z wizyty w maleńkim sklepie Fripp pod arkadami koło Rynku, prowadzonym przez firmę Multikulti, czyli p. Tomasza Konwenta. P. Tomasz, który jest również dystrybutorem, co jakiś czas przysyła mi wieści o nowościach, ja się oblizuję, ale mi głupio o coś prosić, bo nie wiem, czy uda mi się gdzieś coś napisać. Ale usłyszałam, że ma mi nie być głupio i na dowód dostałam kilka DVD, w tym coś, co mi się od jesieni marzyło: rejestrację z koncertu Milesa w Warszawie z 1983 roku!

No, co tu gadać, duża rzecz. Niestety niski poziom dźwięku, nie wiem, czy z powodu nagrania, czy także z powodu nagłośnienia, które się chrzaniło i na które Miles reagował gniewnym trąbnięciem – a może mnie się trafił taki egzemplarz? No i trudno oddać tę atmosferę, która jest już dziś nie do wyobrażenia, i to z kilku powodów. Po pierwsze z powodu kontekstu: to nie było długo po stanie wojennym, komuch łaskawie zezwolił na wydarzenie w ramach tzw. normalizacji, dla publiczności więc była to w tym momencie po prostu oaza wolności. Po drugie: Miles odwiedził wówczas Polskę po raz pierwszy (miał się jeszcze pojawić pięć lat później). Po trzecie: wówczas nie było jeszcze restrykcyjnych przepisów przeciwpożarowych, to więc, co się działo na sali, to było chyba 200 procent frekwencji…

Wspaniały to był zestaw: Bill Evans na saksofonach, John Scofield na gitarze, Robert Irving II na keyboardzie, Darryl Jones na basie, Al Foster na perkusji i Mino Cinelu na przeszkadzajkach. Zgrani jak maszyna. Niesamowite solówki Scofielda, Evansa i zupełnie szalony Cinelu. Ale Miles oczywiście panuje nad tym wszystkim, choć niby nic, niby jest obok, niby taki autystyczny, często odwrócony tyłem do publiczności i/lub grający w skłonie (przejął od niego potem tę manierę Tomek Stańko). Wystarczy jednak mały pionowy ruch ręką, żeby wszystko chodziło jak w zegarku – tak też uciszał publiczność, gdy wybuchała oklaskami; koncert był jedną całością, wszystkie utwory były grane attacca, czyli bezpośrednio jeden po drugim. A Miles wchodził z nutką, frazą, rąbnięciem akordu w keyboard, stawiał kropki nad i, a te kropki tak wielobarwne, że oczy można było przecierać.

No i ta reakcja – dopiero na koniec pokazano na filmie salę. I owe słynne skandowane „We want Miles”, i trzy bisy (przez cały koncert w czerwonej skórzanej kurtce z frędzlami, na ostatni bis już ją zdjął. oczywiście nie zdejmując kapelusza), i w końcu „Sto lat” publiczności…

Drugie DVD z Milesem, które właśnie obejrzałam, to z koncertu w 1971 r. w Berlinie, gdzie wystąpił m.in. z Keithem Jarrettem grającym na elektrycznych keyboardach; wyróżnia się też w tym nagraniu saksofonista Gary Bartz. Jarrett jest tu taki młodziutki (ale rusza się i miny robi jak zawsze), Miles też (jeszcze nie chodzi w kapeluszu). Niełatwa muzyka, ale wspaniała. Jako uzupełnienie (jak to się mówi – bonus) parę solówek – improwizacji Jarretta z Umbria Jazz Festival w Perugii, tym razem na tradycyjnym fortepianie (Kawai niestety).

No, uczta po prostu. Ale można ją polizać – jest trochę tego warszawskiego koncertu na tubie. Nie będę dawać linków, bo jest tego dużo. Berliński koncert niestety wywalono.