Szaleństwa Orlanda w Łazienkach

Udostępnij
Wyślij emailem
Drukuj

Kto się wybiera na Orlanda Haendla do Teatru Królewskiego w Łazienkach, może być spokojny: spektakl jest znakomity. Bez większych eksperymentów, za to zachwycający głosami i (jak w wielu inscenizacjach Natalii Kozłowskiej) wciągający świetną zabawą.

Orlando w przeciwieństwie do zeszłorocznej Agrippiny nie dzieje się w abstrakcyjnej przestrzeni. Na scenie mamy po prostu przedłużenie Łazienek: park, drzewa, krzewy… tajemniczy ogród. Zoroastro, czarodziej powodujący bohaterami jak demiurg, jest w tym wydaniu pisarzem, twórcą całej historii, co na jedno właściwie wychodzi, i występuje w ciemnym, współczesnym garniturze. Czworo natomiast bohaterów jest poubieranych w białe stroje – każde w innym fasonie i stylu – i na tle zieleni wyglądają jak duchy.

Emocje rzeczywiście kipią. On kocha ją, ona kocha kogoś innego, tego innego kocha jeszcze inna ona… w efekcie mamy szaleństwo głównego bohatera, który morduje niewierną ukochaną i rywala. Ale dzięki temu, że mamy na scenie postać Zoroastra, który występuje tu jako deus ex machina, wskrzesza zmarłych i uzdrawia z szaleństwa, wszystko kończy się dobrze. Nie trzeba szukać jakiegokolwiek sensu w tej historii, tylko cieszyć się tym, jak śpiewacy wyrażają te emocje.

Tytułowym Orlandem jest, jak już tu wspomnieliśmy, Jan Jakub Monowid, rzeczywiście w tej roli znakomity. Nie tylko zresztą głosowo – ma tu duże pole do popisu – ale i aktorsko. Ma tu do wyśpiewania wielką rozmaitość uczuć, od czułości i rzewności zakochanego poprzez zazdrość i ból po furię. Zwłaszcza scena szaleństwa jest niezwykle sugestywna (spotkany przeze mnie PMac stwierdził, że niech się schowa szaleństwo Łucji z Lammermoor przy takiej scenie). W tym szaleństwie jest najpierw niebezpieczny, potem bezbronny. Ogromna ilość zadań.

Piszemy o tym, co ważne i ciekawe

Mocne canadiano

Nowy premier Kanady Mark Carney jest chodzącym wzorcem wszystkiego, czego Donald Trump nienawidzi najbardziej. Czy będzie też prorokiem antypopulistycznej reakcji?

Łukasz Wójcik

Całkowitym kontrastem do niego jest władczy Zoroastro – Artur Janda, który świetnie się ostatnio rozwija. Ujmująca jest Dorinda – młoda i obiecująca Dagmara Barna. Ale szczególnie zaciekawiły mnie głosy, których dawno nie słyszałam. Aleksandra Zamojska, mieszkająca w Salzburgu, zaczynała kiedyś w Warszawskiej Operze Kameralnej, a w ostatnich latach można było ją usłyszeć tylko za granicą, i to w bardzo ciekawych kontekstach. Świetnie jednak, że mamy teraz możliwość ją tu usłyszeć. Ma piękną, miękką barwę głosu i emisję, jej głos brzmi całkowicie naturalnie i lekko. Podobnie z Damianem Ganclarskim, świeżo po studiach w Londynie u Michaela Chance’a – i jakby cień tego pedagoga, oczywiście w niegdysiejszej formie, w tym głosie słychać. Też piękna i naturalna emisja. Rolę miał może mniej wdzięczną aktorsko, musiał tylko być rzewnym amantem, ale dzięki temu właśnie na barwę mógł kłaść nacisk.

Polecam więc bardzo ten spektakl. Uprzedzam tylko – trwa ponad trzy godziny, ma dwie przerwy.

Udostępnij
Wyślij emailem
Drukuj