Pierwszy weekend WarszeMuzik

Udostępnij
Wyślij emailem
Drukuj

Dla mnie niestety prawdopodobnie również ostatni, bo w przyszłym tygodniu wyjeżdżam, a potem z ChiJE nie bardzo będzie można się wyrwać. Ale nieustająco polecam.

Pierwszą wizytę złożyliśmy na Złotej 62, w miejscu już dobrze festiwalowi znanym, tam, gdzie jest fragment murów getta, a na ulicy przed wejściem są pierwsze w Warszawie stolpersteiny (i jakoś wciąż nie ma ich więcej…). Na tym podwórku nawet koty słuchają koncertów siedząc w oknie na parterze. Przychodzą nie tylko słuchacze, ale i turyści, którzy chcą obejrzeć mur, a przy okazji na trochę zostają.

Grał duet Małgorzata Wasiucionek-Potera i Andrzej Karałow. Skrzypaczka jest prymariuszką świetnego kwartetu Messages, ale też występuje solo. I bardzo dobrze, bo można wówczas w pełni docenić jej emocjonalną grę. Andrzej Karałow, którego w ostatnich latach słuchamy również regularnie na festiwalu Trzy-Czte-Ry, także tutaj wystąpił w podwójnej roli: pianisty (na pianinie tym razem) i kompozytora.

Piszemy o tym, co ważne i ciekawe

Mocne canadiano

Nowy premier Kanady Mark Carney jest chodzącym wzorcem wszystkiego, czego Donald Trump nienawidzi najbardziej. Czy będzie też prorokiem antypopulistycznej reakcji?

Łukasz Wójcik

Można było naprawdę się wzruszyć słuchając Kol Nidrei Maksa Brucha. Nie był on Żydem, ale z wyczuciem opracował ową legendarną melodię modlitwy na Jom Kipur. Później przyszła kolej na Sonatę na skrzypce i fortepian Karałowa, sprzed 11 lat, czyli jeszcze z czasów studenckich. Było coś ekspresjonistycznego i dekadenckiego w tej muzyce, co bardzo dobrze się połączyło z młodzieńczym Nokturnem Mieczysława Wajnberga. To dziełko 16-latka jest dekadenckie naprawdę, melancholijne, ale o posmaku tanga (czy może rumby) – Mietek pisywał już wówczas muzykę użytkową. Nokturn rozpłynął się w ciszy – i na koniec powrót do muzyki uduchowionej, ale w zupełnie inny sposób, kontemplacyjnie: ostatnia część Kwartetu na koniec czasu Oliviera Messiaena, Pochwała nieśmiertelności Chrystusa. Tu główną rolę gra śpiew skrzypiec, wznoszący się stopniowo do samego nieba; pianista tylko towarzyszy tu wspierającymi akordami.

Dziś z kolei pierwszy koncert na Umschlagplatz. Tym razem solowy – i nie fortepianowy, lecz wiolonczelowy: grała Magdalena Bojanowicz. Recital składał się z trzech dzieł; centrum stanowiła I Sonata na wiolonczelę solo op. 72 Wajnberga. Jakże to inna muzyka od tej wczorajszej: niełatwa, ale uwodząca. Poświęcona Mścisławowi Rostropowiczowi (napisana na jego prośbę), powstała w 1960 roku, czyli w późniejszym okresie twórczości kompozytora. Poprzedzona została II Suitą d-moll Bacha oraz Sonatą op. 25 nr 3 Paula Hindemitha; układ był przemyślany, bo utwór Wajnberga zaczyna się od tej samej tonacji d-moll, ale kończy się w C-dur, od której rozpoczyna się (no, może nie całkiem, ale na pewno od c) sonata Hindemitha. Rozmawiałyśmy po koncercie o tym, że Wajnberg jest trudny do rozczytania, mówiąc kolokwialnie – do rozkminienia. Podobnie mówi o nim wielu muzyków, jednocześnie zafascynowanych, bo gdy wreszcie rozwiąże się ten rebus, to rozumie się, że tak właśnie miało być. Cieszę się, że do zarażonych „wajnbergozą” dołączyła kolejna znakomita artystka.

Udostępnij
Wyślij emailem
Drukuj