What the beautiful things…

Udostępnij
Wyślij emailem
Drukuj

happen to you and me – takie właśnie słowa przewijały się w jednej z wstępnych solowych improwizacji Bobby’ego McFerrina, wyłaniając się ze scatowych sylab. I to prawda. Piękne rzeczy spotkały nas, bo go słuchaliśmy, i jego, bo się z nami dzielił, co w widoczny sposób uwielbia…

Wczoraj czekając na koncert RtF rozmawiałam ze znajomym fotografikiem, który opowiedział mi, że koncert Pata Metheny poprzedniego dnia (na którym nie mogłam być z powodu Krakowa) był świetny, bo jazzowy, a nie z piosenkami. Natomiast na McFerrina się krzywił, że cyrkowiec. Powiedzieć coś takiego, to nie rozumieć w ogóle, o co Bobby’emu chodzi. Jego koncerty są prawie jak seanse terapeutyczne służące rozluźnieniu, otwarciu, wreszcie rozśpiewaniu. I czuje się, że on uważa, że ma taką właśnie misję. Nieraz już dawał wyraz swemu zdaniu, że śpiewać naprawdę każdy może. I powinien, bo to jedna z piękniejszych spraw. What the beautiful things

Koncert nazywał się „Duety”, bo do współuczestnictwa zostali zaproszeni Anna Maria Jopek i Leszek Możdżer. Ale oni wykonali z Bobbym pośrodku koncertu tylko po jednym kawałku oraz jeden w trójkę. Świetnie wypadł duet z Możdżerem, weszli w przezabawny onomatopeiczny dialog, który rozwinął się, aż Leszek poddał temat Ellingtona Take the A Train i dalej poszło tym tropem, aż pod koniec muzycy się zamienili – Bobby odsunął Leszka od fortepianu i sam zaczął grać, a Leszek wziął mikrofon i zaczął coś nadawać głosem… Z biedną AMJ było dużo gorzej, była chyba potwornie stremowana i dlatego jej obecność wypadła dość cienko.

Piszemy o tym, co ważne i ciekawe

Z tej ciąży nie ma już co zbierać, mówi lekarz na USG. „I czego pani od nas oczekuje?”

Nie wrócę do ginekologa, który prowadził moją ciążę, bo musiałabym skłamać, że poroniłam, opowiada Wioletta. Przez kilka tygodni żyłam jak tykająca bomba, nie jadłam, nie spałam, wyznaje Karolina. Obie przerwały ciążę w drugim trymestrze.

Agata Szczerbiak

Ale główny dialog McFerrin prowadził z publicznością. Po trzech solowych utworach rozpoczął swoje sztuczki. Podzielił publiczność na dwie grupy, każda śpiewała „swój” motyw. Potem skakał po scenie i  od miejsca, gdzie skoczył, zależała wysokość śpiewanych przez nas dźwięków – to wszystko było ćwiczeniem nie tylko na słuch, ale na pamięć i refleks. (Czy nie tak należałoby uczyć muzyki – na zasadzie zabawy?) Był też oczywiście numer z Ave Maria, tylko melodia publiczności coś cicho brzmiała. Za to po występie z gośćmi Bobby wszedł w bezpośrednie dialogi z ludźmi zgłaszającymi się z publiczności. Co do paru osób, zabrzmiały całkiem zawodowo, ale nie widziałam z daleka (I rząd amfiteatru), kto to mógł być. Jeszcze parę znanych przebojów (Aria na strunie G Bacha, Beatlesowski Blackbird, potem Somewhere over the Rainbow znów z naszym udziałem), jeszcze przyjmowanie pytań od publiczności (ktoś spytał, czy podobał mu się wczorajszy koncert, Bobby odpowiedział, że bardzo, i widać było, że mówi to szczerze) – i wyszliśmy z uczuciem niedosytu, za to we wspaniałym humorze…

Jak się dzielić, to się dzielić – wspaniałym humorem także… Oto stronka Bobby’ego, a z prawej jej strony napis „Click to launch radio”. Bardzo polecam nakliknięcie…

Udostępnij
Wyślij emailem
Drukuj