Niespodzianki spodziewane

Udostępnij
Wyślij emailem
Drukuj

Dobry dzień na Jazzowej Jesieni. Najpierw z nagłego zastępstwa John Medeski’s Mad Skillet, a potem wspaniały Dave Holland z przyjaciółmi.

Piszemy o tym, co ważne i ciekawe

Mocne canadiano

Nowy premier Kanady Mark Carney jest chodzącym wzorcem wszystkiego, czego Donald Trump nienawidzi najbardziej. Czy będzie też prorokiem antypopulistycznej reakcji?

Łukasz Wójcik

Nigdy specjalnie nie przepadałam za Medeskim (zwłaszcza w wersji Medeski, Martin & Wood), ale ta wersja nawet mi się podobała. Mad Skillet udało się sprowadzić, ponieważ zespół grał akurat parę dni temu na festiwalu Jazz Jantar. W Warszawie mieliśmy okazję słuchać go na Warsaw Summer Jazz Days w zeszłym roku. Skwitowałam wówczas ten występ dwoma zdaniami: „…nikt nie wiedział, co to ma być za projekt, a okazało się, że coś na kształt funky. Medeski grał na hammondzie i na fortepianie – czasem jednocześnie, a w zespole dawał się zauważyć dekoracyjny i ciekawie wykorzystany suzafon”. Tym razem suzafon (Kirk Joseph) nie tylko dał się zauważyć, ale często wychodził na pierwszy plan ze swoją specyficzną podwójną rolą instrumentu zarazem basowego i melodycznego, a przy tym wnoszącego humor – trochę było tak, jakby wpuściło się słonia na estradę. Barwowo świetnie komponował się zwłaszcza z hammondem, ale i z gitarą (Will Bernard). Perkusista Terence Higgins był bardzo sprawny, ale jakiś jednopłaszczyznowy. Może mniej interesujące były utwory bluesowo-funkowe, za to były i ciekawsze, przypominający muzykę do filmów noir. Odnosiło się wrażenie dobrej zabawy, które było zaraźliwe. Sam Medeski też w tym kontekście zaskoczył mnie pozytywnie.

Ale drugi występ przyćmił pierwszy całkowicie. Po raz kolejny słuchałam tego samego lub podobnego składu co na Warsaw Summer Jazz Days – tym razem z 2014 r., i stwierdzam, że w bielskim Beceku zdecydowanie lepiej się słucha niż w landarze w warszawskiej Soho Factory (nieistniejącej już niestety). Nagłośnienie jest lepszej jakości, jest nastrój. Trzy lata temu na WSJD Dave Holland wystąpił w swoim kwartecie Prism – z tegoż kwartetu pojawił się w Bielsku gitarzysta Robin Eubanks (brat znanego nam również puzonisty Kevina). W Warszawie grali z nimi jeszcze lubiany również tutaj pianista Craig Taborn oraz perkusista Eric Harland, który i tu się pojawi, ale w ramach tria Chrisa Pottera. Z Hollandem i Eubanksem wystąpił za to młody Obed Calvaire, perkusista po prostu ognisty, ale subtelny zarazem. Wspaniały nabytek. Holland i Eubanks rozmawiali sobie muzycznie jak starzy przyjaciele, a Calvaire był łącznikiem, kontrapunktem. Było po prostu transowo. Skomplikowane rytmy, obsesyjne niemal powtórzenia, prawdziwy dialog – nie ma chyba (po nieodżałowanym Charlie Hadenie) drugiego basisty, który byłby tak melodyczny. Czysta poezja. I dziś, tak jak na koncercie przed trzema laty, pod koniec bywało dość głośno, ale tym razem w ogóle mi to nie przeszkadzało. Stojak był automatyczny i powszechny, a artyści dali jeszcze bis i w sumie grali dwie godziny. Wygląda na to, że mieli też dobry dzień.

Udostępnij
Wyślij emailem
Drukuj