Pierwszy Chopin na Chopiejach

Udostępnij
Wyślij emailem
Drukuj

Tak, w tym roku dopiero piątego dnia festiwalu Chopin i Jego Europa zabrzmiała muzyka patrona. I to dwukrotnie ten sam utwór, choć słuchając poszczególnych wykonań można by mieć pewne wątpliwości…

Koncert f-moll po południu w Studiu im. Lutosławskiego zagrał Kevin Kenner z Quatuor Mosaïques i kontrabasistą Grzegorzem Frankowskim – mieliśmy na tym festiwalu już w zeszłym roku w tym samym wykonaniu Koncert e-moll. Niestety, kwartet ten to już nie to, co kiedyś, zbyt często słyszało się po prostu fałsze, i to nie mówię o różnicach wynikających ze stroju nietemperowanego, tylko o nietrafieniach nut czy fraz. Ale Chopin i tak wypadł lepiej. Kenner grał na buchholtzu – z tym instrumentem mam taki sam kłopot jak z grafem, długo muszę się przyzwyczajać do tego dźwięku – który ma brzmienie tak delikatne, że jeśli gra się ciszej, można być niesłyszalnym, i tak właśnie było w tym wypadku – często zdarzały się po prostu niedogrania.  Ale było subtelnie. Niestety gdy zaprezentował się wcześniej sam kwartet w Kwartecie F-dur op. 59 nr 1 Beethovena, usterek było więcej i uszy chwilami mi się skręcały, choć stylistycznie mogło to mieć urok. Szkoda.

Piszemy o tym, co ważne i ciekawe

Z tej ciąży nie ma już co zbierać, mówi lekarz na USG. „I czego pani od nas oczekuje?”

Nie wrócę do ginekologa, który prowadził moją ciążę, bo musiałabym skłamać, że poroniłam, opowiada Wioletta. Przez kilka tygodni żyłam jak tykająca bomba, nie jadłam, nie spałam, wyznaje Karolina. Obie przerwały ciążę w drugim trymestrze.

Agata Szczerbiak

Wieczorny Koncert f-moll za chorego Nelsona Freire zagrał Krzysztof Jabłoński. Po sobotnich doświadczeniach obawiałam się, że połączone orkiestry znów wystąpią w takiej masie i zamiast Chopina będzie przesuwanie szafy. Na szczęście skład do tego utworu był mniejszy, a i dyrygent, Tatsuya Shimono, był bardziej elastyczny od wczorajszego. Ale niestety solista grał bardzo masywnie, może z wyjątkiem części drugiej, gdzie potrafił chwilami być liryczny. Części skrajne jednak były po prostu zbyt głośne. Ale wielu ludziom się to podobało, były owacje i stojak i w efekcie trzy bisy, wyłącznie chopinowskie: Polonez As-dur, Nokturn cis-moll op. posth. i dość już histerycznie (i z potknięciami) zagrana na koniec Etiuda rewolucyjna. Tak słuchając tego wszystkiego myślałam, że wielu pianistów, głównie polskich, słuchamy niemal wyłącznie w Chopinie, a chciałoby się posłuchać, jak grają inną muzykę…

W koncercie wieczornym bardziej zaciekawiła mnie część pierwsza – może z wyjątkiem pierwszego punktu programu, czyli Bajki Moniuszki, która miała podobne mankamenty jak wczorajsza IX Symfonia: niby wszystko było na swoim miejscu, ale zbyt masywne. Dalej jednak był XX i XXI, który zabrzmiał o wiele ciekawiej: Procession for Peace Andrzeja Panufnika, czyli marszowy rozwój muzyczny typowych dla tego kompozytora harmonii, Tren Pendereckiego (wiadomo) i wreszcie dwuczęściowe Umi Daia Fujikury. Szkoda, że nie wspomniano w programie, że ten kompozytor w 1998 r. wygrał Międzynarodowy Konkurs Kompozytorski im. Kazimierza Serockiego mając zaledwie 21 lat, a więc będąc najmłodszym jego zwycięzcą w historii (zwycięski utwór: Children na sopran chłopięcy i orkiestrę symfoniczną). Dzieło wykonane tego wieczoru jest jednym z wywodzących się (było ich więcej) z napisanej cztery lata temu opery Solaris według Lema (wspomniałam o niej kiedyś w artykule na 10-lecie śmierci pisarza na temat dzieł muzycznych na kanwie jego książek – samych Solarisów naliczyłam pięć). Umi oznacza morze – a pamiętamy, że żywy, myślący, tajemniczy ocean jest jednym z bohaterów książki Lema. To rzeczywiście niezwykła, sugestywna idea, którą Fujikura próbował oddać w przewalających się masach dźwiękowych. Dość banalne temaciki, które się z nich wyłaniały, mogły być strzępami idei pojawiającymi się w tym oceanie. Słuchało się tego dobrze, w ogóle muzyka współczesna w takim kontekście działa odświeżająco.

Udostępnij
Wyślij emailem
Drukuj