Ariadna-Furia

Udostępnij
Wyślij emailem
Drukuj

Kiedy Ewa Podleś pojawia się na scenie, dominuje nad całym wieczorem. Choć więc program był bardzo ciekawy – zawierał też m.in. dwa znakomite, dawne utwory Pawła Szymańskiego – i tak zerwaliśmy się natychmiast po tym, gdy artystka zakończyła dramatycznie Ariadnę na Naxos Haydna.

Haydn, nawiasem mówiąc, dość nietypowo w tej kantacie nakreślił postać bohaterki, która zwykle przedstawiana jest jako nieszczęsne, opuszczone i zrozpaczone dziewczę, wciąż wzdychające do niewiernego Tezeusza, lamentujące i pragnące śmierci, póki nie znajdzie pocieszenia przy Dionizosie. W tym utworze przechodzi kolejne etapy stresu: najpierw nie zdaje sobie sprawy z tego, co się stało, później staje się świadoma i rozpacza, a na koniec wpada w furię i krzyczy: Barbaro! Gdyby ten barbarzyńca dostał się w tym momencie w jej ręce, mogłoby się to źle dla niego skończyć… Tak to się odczuwało w interpretacji Ewy Podleś. W innych wykonaniach (na tubie można znaleźć m.in. Kassarovą, Koženą czy Bartoli) też jest dramatycznie, ale nie aż tak.

Za każdym razem ta barwa głosu zaskakuje. Zawsze głęboka i ciemna, jeszcze jakby z czasem zwiększyła ten walor i – przemknęło mi przez głowę – chwilami w tym głosie jest coś jakby męskiego. Może to po tych licznych męskich rolach śpiewanych przez artystkę na scenach operowych? Uderzające było to także w Rapsodii na alt i orkiestrę Brahmsa, uderzającej w melancholijne, wręcz posępne tony.

Piszemy o tym, co ważne i ciekawe

Z tej ciąży nie ma już co zbierać, mówi lekarz na USG. „I czego pani od nas oczekuje?”

Nie wrócę do ginekologa, który prowadził moją ciążę, bo musiałabym skłamać, że poroniłam, opowiada Wioletta. Przez kilka tygodni żyłam jak tykająca bomba, nie jadłam, nie spałam, wyznaje Karolina. Obie przerwały ciążę w drugim trymestrze.

Agata Szczerbiak

Niestety nie jestem (nie od dziś zresztą) zachwycona dyrygentem – Willem Crutchfieldem. O ile w utworach wokalno-instrumentalnych ma jedną pozytywną cechę – stara się słuchać śpiewaka, to w instrumentalnych to już wychodzi gorzej. Już na sam początek kompletnie się wywalił w Uwerturze smyczkowej Lutosławskiego, która wbrew pozorom nie jest wcale takim sobie krótkim, łatwym kawałkiem, nie tak prosto jest tu zapanować nad rytmem. To się zupełnie nie udało. Lepiej już było w obu utworach Szymańskiego, bo też one są wspaniałe. I Gloria z 1979 r. na chór żeński i, by tak rzec, połowę orkiestry, i późniejsze o 16 lat In Paradisum na chór męski. Kompozytor był bardzo zadowolony zwłaszcza z przygotowania chóru męskiego (przez Henryka Wojnarowskiego) i stwierdził, że po raz pierwszy zostało to wykonane tak, jak sobie zamyślał – nie wpisał w partyturę oddechów, bo myślał, że śpiewacy będą się wymieniać, ale jak dotąd wykonywały to tylko zespoły kameralne, jak Camerata Silesia i chyba Bornus Consort, więc oddechy były wówczas słyszalne. Teraz ten niesamowity, kontemplacyjny utwór zabrzmiał rzeczywiście w sposób ciągły, unosił gdzieś daleko.

Na początek drugiej części koncertu, przed kantatą, była jeszcze symfonia Mit dem Paukenschlag – też niejedno jej brakowało, początek był jakiś kompletnie sztywny, parę nut w dętych zabrzmiało wręcz fałszywie. Ale później jakoś się rozwinęło, a już przy kantacie zapomnieliśmy o tym, co było wcześniej.

Udostępnij
Wyślij emailem
Drukuj