Legenda z Sinfoniettą Cracovią

Udostępnij
Wyślij emailem
Drukuj

Cykl koncertów nazywa się co prawda „Gwiazdy z Sinfoniettą”, ale powiedzieć „gwiazda” o Gidonie Kremerze to mało – powiedział na początku wieczoru Jurek Dybał. I jak najbardziej słusznie.

Sinfonietta Cracovia wystąpiła dziś w sali teatralnej ICE w zwiększonym składzie. Po jednym niewielkim falstarcie na samym początku, kiedy to trochę posypała się Uwertura tragiczna Andrzeja Panufnika, było już imponująco, zwłaszcza w sekcji dętej – co mnie bardzo zaskoczyło: SC to orkiestra smyczkowa, dęte muszą być dopraszane, więc nawet zaczęłyśmy z koleżanką podejrzewać, że to byli ludzie z NOSPR (tym bardziej, że przy fortepianie w drugiej części usiadł katowiczanin Piotr Sałajczyk). Tymczasem, jak się okazuje, jest to młodzież z różnych uczelni. Zdumiało mnie to zgranie, a dyrygent wytłumaczył mi po koncercie, że ci młodzi muzycy już regularnie z orkiestrą współpracują.

Piszemy o tym, co ważne i ciekawe

Diabeł i raj Katarzyny Gärtner

83-letnia dziś Katarzyna Gärtner, słynna kompozytorka „Małgośki” i wielu innych przebojów, tuła się po domach przyjaciół i stara odzyskać dom, studio oraz swój dorobek artystyczny.

Violetta Krasnowska

Krótki utwór Panufnika był dramatycznym wstępem do centralnego punktu programu, jakim był występ Kremera. Artysta po nagraniu dwa lata temu znakomitej monograficznej płyty z muzyką Mieczysława Weinberga (ECM) wciąż się z tą twórczością nie rozstaje. Sam zaproponował wykonanie Koncertu skrzypcowego z 1957 r. – na tubie nie ma go w tym wykonaniu, jest w innym, niezłym zresztą. Nagrał go też z Filharmonią Narodową i Jackiem Kaspszykiem Ilya Gringolts. Ale interpretacja Kremera jest zupełnie inna, bardzo głęboka i intensywna. Pierwsza część, choć motoryczna, była grana jakby na jednym oddechu, co wzmagało napięcie. Dwie środkowe, śpiewne i pełne melancholii, nawet tragizmu, były jak pieśń żałobna. I finał, znów rytmiczny, z bardziej urywaną linią melodyczną i reminiscencjami poprzednich części. Bis, zagrany bez zapowiedzi, był zaskoczeniem: bardzo pasował, refleksyjny i smutny. Od Kuby Puchalskiego, który potem robił z Kremerem wywiad dla „Tygodnika Powszechnego”, wiem już, że było to jedno z 24 Preludiów na wiolonczelę solo, które Kremer ostatnio sukcesywnie opracowuje na skrzypce – zagrał je właśnie po raz pierwszy.

W drugiej części orkiestra została sama, ale poziom nie spadł. Jurek Dybał poprowadził I Symfonię Szostakowicza, genialne dzieło dyplomowe 19-letniego kompozytora, z ogromnym temperamentem i, co więcej, ze znakomitym wyczuciem groteski jak z commedii dell’arte. Na sali wybuchł entuzjazm i trzeba było bisować żywiołowym scherzem.

Udostępnij
Wyślij emailem
Drukuj