„Cosi” jak za dawnych lat

Udostępnij
Wyślij emailem
Drukuj

Jutro kończy się festiwal Warszawskiej Opery Kameralnej, dziś zaczął się – Polskiej Opery Królewskiej. Na inaugurację wystawiono w Teatrze Królewskim Cosi fan tutte w nowej realizacji Jitki Stokalskiej.

Ogląda się to z przyjemnością – reżyserka stworzyła przedstawienie dowcipne i pogodne, dekoracje Marleny Skoneczko całkowicie zgrane z anturażem, rokokowe, we wnętrzach celowo i rozkosznie kiczowate. Chór w bieli i z pomalowanymi twarzami odgrywa jednocześnie rolę staffu służących, komentujących akcję pantomimą (bardzo dobry również ruch sceniczny zaprojektowany przez Zbigniewa Czapskiego; wokalnie chór przygotowała Lilianna Krych). Każdy niemal dźwięk miał swoje odzwierciedlenie w geście – z ducha przypominało mi to dawny pamiętny spektakl w reżyserii prof. Aleksandra Bardiniego, o którym nieraz już tu wspominałam. Myślę, że pani Jitka mogła go mieć w pamięci – nawet postać Despiny (świetna jak zwykle Marta Boberska) była ustawiona trochę podobnie (zwłaszcza gdy udawała doktora i notariusza) jak rola Krystyny Kołakowskiej w tamtym spektaklu.

Piszemy o tym, co ważne i ciekawe

Mocne canadiano

Nowy premier Kanady Mark Carney jest chodzącym wzorcem wszystkiego, czego Donald Trump nienawidzi najbardziej. Czy będzie też prorokiem antypopulistycznej reakcji?

Łukasz Wójcik

Teatralnie więc spektakl satysfakcjonuje, tylko szkoda, że z muzyką nie jest już tak dobrze. Całość prowadzi Dawid Runtz – dyrygent młody i energiczny, wyglądało nawet na to, że za energiczny – tempa brał bardzo szybkie, same w sobie nawet mi się podobały, ale co z tego, jak muzycy się nie wyrabiali. I to zarówno w orkiestrze (uwertura!), jak i wśród solistów. Poza Boberską mógł się jeszcze podobać Robert Gierlach jako Don Alfonso – tu także, jak w spektaklu Marka Weissa z Warszawskiej Opery Kameralnej sprzed 6 lat – ustawiony trochę zbyt safandułowato, ale bardziej dowcipnie. No i jeszcze Anna Radziejewska w roli Dorabelli. Natomiast z Aleksandrą Orłowską, która wykonywała rolę Fiordiligi, było podobnie jak w niedawnym Weselu Figara w WOK: zbyt donośna i ostra barwa, trochę się później temperująca. Niestety zawiedli obaj panowie: Sylwester Smulczyński – Ferrando i Robert Szpręgiel – Guglielmo. Jeszcze z czasów dyrektora Sutkowskiego pamiętam, że obaj mieli kłopoty z intonacją. Niestety to im zostało.

Sukces więc jest połowiczny, ale szacunek wielki dla pani reżyser.

Udostępnij
Wyślij emailem
Drukuj