Znów dzień kontrastów
Klezmer czyli radość życia. Czy są jeszcze prawdziwi klezmerzy? Nie jazz-klez, tylko tacy, co potrafią naprawdę cieszyć się muzyką klezmerską taką, jaką kiedyś grywano na weselach w sztetlach? Okazuje się, że są… w Izraelu. Mówi się, że Oy Division to jedyny tam zespół klezmerski; w programie został zareklamowany jako “punk-klezmerzy”. Zapewne po to, by zachęcić publiczność, bo może bez tego by nie przyszła tak licznie. Ale doprawdy, związków z punkiem nie sposób się w ich muzykowaniu dopatrzyć; odległym skojarzeniem może być “punkowa energia”, cokolwiek by to oznaczało. Chłopaków jak widać nosi, rozpiera ich radość życia i muzykowania. Grają dla siebie i dla ludzi, żeby ich tą radością zarazić. Spełniają tradycyjne funkcje klezmerów - grają na weselach. Grają melodie tradycyjne, grywane od pokoleń, także te zapisane w najciekawszym i najbardziej wszechstronnym zbiorze Mosze Bieriegowskiego. I nie odczuwa się w tym cienia cepelii, lecz absolutną muzyczną szczerość. Wzruszyłam się rozpoznając wiele melodii śpiewanych mi w dzieciństwie - w jidysz i po rosyjsku. Bo niektórzy z tych młodych muzyków przybyli z Rosji, czego nietrudno się domyślić. Tylko emigranci stamtąd mogą dziś naprawdę kultywować tradycję aszkenazyjską…
Ten koncert, jak wszystkie główne koncerty festiwalowe, odbywał się również w synagodze Tempel; można powiedzieć, że tam nie pasował, bo był całkowicie świecki. A co się działo, to trudno opisać. Publiczność z miejsca oszalała. Zaczęły się tańce, jakich chyba nigdy w tym świątobliwym miejscu nie było. I po godzinie chłopcy nie wytrzymali i wyprowadzili publiczność na placyk przed synagogą. I wtedy się zaczęło! Ponad pół godziny jeszcze wielkiej, wspólnej euforii, grania i tańca. Tańczyli młodzi, starzy, z Polski i ze świata, Michael Alpert jak zręczny bocian tańcował z Januszem Makuchem, otaczały ich kręgi kolejnych taneczników, kto żyw, ten przynajmniej klaskał. Mnie w takich momentach coś łapie za gardło - trwaj, chwilo, jesteś piękna, kochamy się wszyscy, świat jest dla nas życzliwy i my dla niego. To niestety szybko się kończy…
A potem, o 22., zupełnie inny nastrój - Erik Friedlander, wiolonczela solo. Artysta bezkompromisowy, człowiek Zorna (wierny uczestnik projektu Masada), ale i sam z siebie eksperymentujący. Tu jednak nie grał takich numerów, ale muzykę łagodniejszą, o nastrojach z Masady właśnie (wiele utworów Zorna); jego zaś własne rzeczy były trochę bluesowe, trochę nawet z aluzją do bluegrassu - “z podróży przez Amerykę”, jak skomentował. W sumie jednak muzyka była raczej spokojna i uduchowiona; wywołała ciepłe reakcje publiczności.
Kontrasty - to jedna z dużych zalet tego festiwalu…
2008-07-02 o godz. 07:18
No jak to nie sposób dopatrzyć się związków z punkiem u Oy Division? Czy granie na akordeonie w samym podkoszulku to nie jest punk?
PS
Pobudka!!
2008-07-02 o godz. 07:26
Rozkaz, generale… słoneczko już wysoko

PS Czy ulissesoman widział wiadomość? (wczoraj 15:23)
2008-07-02 o godz. 08:17
No przecie się tam dopisałem na końcu!
2008-07-02 o godz. 08:17
[...] odbywał się również w synagodze Tempel; można powiedzieć, że tam nie pasował, bo był całkowicie świecki.
Już wczoraj chciałem napisać, ale nie napisałem, bo jakoś ciężko. Jednak trudno, skoro temat znowu się pojawia — otóż nie mam poczucia sakralności tej synagogi. Czy to sprawa reform religijnych i tego, że nie pilnuje się, by wchodzący zakładali jarmułki (przynajmniej jak byłem ostatnio nikt się tym nie przejmował), czy względnej jasności wnętrza, jego pewnej prostoty i teatralności — nie wiem. Ale tego poczucia mi było zupełnie brak, w przeciwieństwie do Starej Synagogi (mimo charakteru muzealnego), czy Remu…
2008-07-02 o godz. 08:33
Oy Division - odważne skojarzenie, szczególnie jak na Izrael…
2008-07-02 o godz. 09:14
O tak, mnie się też bardzo spodobało i to jest prawdziwy, ale zarazem chyba jedyny, powód do nazywania ich punkowcami
Miło, że Paziak pamiętał. Ja ze swej strony spróbuję się wywiedzieć, czy coś można by pomóc w wykradzeniu 
Podobno dla łysych wymyślono już w Izraelu czy Stanach specjalne przyssawki, ale do nas to unowocześnienie jeszcze nie dotarło 
Hoko - nie zauważyłam pod poprzednim wpisem, a przyznam się szczerze, że poszłam jeszcze z godzinkę dospać
PAK: czy mówimy o tej samej synagodze? Bo Tempel (pięknie zresztą odnowiony) jest raczej ciemny niż jasny, nabożeństwa się tam odbywają, a teraz zawsze przy wejściu rozdaje się jarmułki z czarnej fizeliny. Nawet od razu z wsuwką do włosów
2008-07-02 o godz. 09:28
Ja o tej: http://bp3.blogger.com/_2ybxjiD_qJU/RsSagnCrqSI/AAAAAAAABQM/3nWYNYYqBWA/s1600-h/2007_0816Krakow0221.JPG
Może to dlatego, że ostatnio byłem tam w słoneczny poranek, przed koncertem, gdy ekipa (bez jarmułek) rozstawiała dodatkowe krzesła; jarmułki zaś leżały przy wejściu, trudne do zauważenia. I były chyba niebieskie…
PS. Jeszcze przyssawki nie potrzebuję
Ale dobrze wiedzieć 
2008-07-02 o godz. 09:39
No tak, zgadza się, to ta synagoga.
Może to ekipa festiwalowa tak tych kip pilnuje
2008-07-02 o godz. 09:45
W sprawie wykradania książek: Mój znajomy profesor kiedyś szczerze ucieszył się po konferencji, kiedy okazało się, że dwie jego książki zniknęły bez śladu z wystawy publikacji. Poczuł się bardzo doceniony jako autor
2008-07-02 o godz. 09:49
Ja, wyznam to szczerze i z bólem, w czasach studenckich ukradłam partyturę Livre pour orchestre Lutosławskiego z wystawy Polskiego Wydawnictwa Muzycznego na Warszawskiej Jesieni. Zboczenie, nie?
2008-07-02 o godz. 09:50
A w ogóle w tym miejscu jeszcze nie witałam Komisarza po urlopie

To witam!
2008-07-02 o godz. 09:58
Pani Kierowniczko , jakie tam zboczenie, toż to szlachetny pęd do wiedzy
2008-07-02 o godz. 10:24
No dobrze, ale wstyd na całe życie
Ale mam do dziś, mogłabym jeszcze zwrócić…
2008-07-02 o godz. 10:56
Ja i tak z góry wiem, że się Pani ze mną nie zgodzi, ale jest płyta popowa, która ma klimat żydowski i bardzo mi się podoba. To jest “Alkimja” Justyny Steczkowskiej, a jeszcze większe wrażenie robi program telewizyjny z tej płyty. Uważam, że Steczkowska jest w tej płycie świetna. A to “Austeria” z płyty “Alkimja”
http://pl.youtube.com/watch?v=93LlnFCb98A
Ps. Mówiąc o programie telewizyjnym mówię o całym jej koncercie, a nie o tych popłuczynach w YouTube.
2008-07-02 o godz. 10:58
Znalazłem swój ulubiony utwór i to z tego koncertu
http://pl.youtube.com/watch?v=umz7nA9EgYA&feature=related
Ps. Mikrofalówka jest niezdrowa.
2008-07-02 o godz. 10:59
Odpowiedziałam już pod poprzednim wpisem - wiem i nie używam
Co do płyty Steczkowskiej, to jest ona jednak całkiem popowa…
2008-07-02 o godz. 12:25
A to swojom drogom ciekawe, skąd pomysł na nazwe Oy Division. No bo zbiezność z nazwom zespołu, o ftórym w związku z filmem “Control” w papierowej Polityce tyz sporo sie gwarzyło, na pewno przypadkowo nie jest.

Maila, Poni Dorotecko, przecytołek, a w swojej skrzynce nojdzie Poni dowód, ze godom prowde, ze przecytołek
A jesce jako ten ulissesoman fciołbyk spytać sie, cy pon Paziński mógłby moze przetłumacyć “Finnegans Wake” na polski? Piiiiknie pytom. Bo jaz tak dobrze angielskiego, coby Dżojsa w oryginale cytać, to owcarki nie znajom
2008-07-02 o godz. 12:28
Owcarki podhalańskie znacy sie. Bo angielskie to co inksego
2008-07-02 o godz. 12:53
„Bo niektórzy z tych młodych muzyków przybyli z Rosji, czego nietrudno się domyślić. Tylko emigranci stamtąd mogą dziś naprawdę kultywować tradycję aszkenazyjską…”
Ja w tej sprawie.
Żydzi aszkenazyjscy, których mową był język jidysz, powstały w oparciu o niemiecki i hebrajski z wpływami słowiańskimi, wywodzą się z krajów niemieckich. Nazwa wzięła się z biblijnej nazwy Niemiec: Aszkenaz.
Migracja ich zaczęła się na przełomie XII i XIII wieku a nasiliła się w okresie reformacji.
Znakomita większość z nich trafiła do Polski, gdzie mieli warunki do życia. Z wybuchem powstań kozackich 1648, których jednym z celów było wypędzenie Żydów z Ukrainy skończył się złoty wiek Żydów aszkenazyjskich i nowym kierunkiem migracji znów stał się zachód do Niemiec i dalej.
Żydzi aszkenazyjscy narzucili polskiej społeczności żydowskiej własny język i kulturę religijną, przyniesioną z zachodu, skąd się wywodzili.
Znakomita większość Żydów aszkenazyjskich osiadła w Europie środkowej i zachodniej.
Obecnie zamieszkują przede wszystkim w USA, Izraelu, Niemczech, Rosji, Ukrainie, Meksyku i Argentynie, z których Rosja nie jest uznawana za dominujące skupisko.
Doskonale zatem mogę sobie wyobrazić, że nie tylko emigranci z Rosji (do Izraela zapewne) ale też Żydzi aszkenazyjscy mieszkający w w/w krajach „mogą dziś naprawdę kultywować tradycję aszkenazyjską”
2008-07-02 o godz. 15:01
Czytałam Pani artykuł w Polityce. To brzmi niewiarygodnie, jak bajka. I jest możliwe chyba tylko w muzyce.
2008-07-02 o godz. 15:15
Jeszcze w sprawie wykradania ksiazek w czasach dawnej warszawki (koniec lat 70-tych i lata 80-te). Wielu dziennikarzy i tzw. ludzi z towarzystwa intelektualnego potepiloby kradziez czegokolwiek, ale sankcjonowalo kradziez ksiazek podczas przyjec domowych. Ot, podwojna moralnosc. Tradycja zyje
2008-07-02 o godz. 15:20
zeenie, cóż za uczony powrót

) oraz ludzie, którzy dawno od tej kultury odeszli i nie wiedzą o niej zgoła nic. Ostatnia fala z 1968 roku to byli ludzie w większości zasymilowani, ale wśród nich część jeszcze miała pewne pojęcie o swoich korzeniach i kulturze (przed 1968 na koloniach żydowskich śpiewało się piosenki w jidysz, ale nawet nie zawsze znało się znaczenie słów); przeważająca większość z nich (w tym i ja) wywodziła się z fali ocaleńców, którzy przeżyli wojnę w Związku Sowieckim, więc nie mieli kłopotu z identyfikowaniem się z żydowskością.
Pierwsza część - to oczywiście prawda. Ale z drugą - to bardziej skomplikowane. Rosja, za czasów sowieckich nie prowadząca oficjalnych statystyk, była i jest wciąż ogromnym skupiskiem Żydów aszkenazyjskich, jednym z tych większych. Nawiasem mówiąc swego czasu, czytając po raz pierwszy Mój wiek Wata, doznałam szoku, gdy zauważyłam, że podczas swych lat spędzonych w sowieckich więzieniach i na wygnaniu wszędzie spotykał głównie Żydów - to mi uświadomiło ogrom tej populacji w tym kraju.
Zupełnie inaczej wyglądało przechowywanie tradycji w społecznościach np. w Stanach Zjednoczonych, gdzie albo trzeba było dostosować się do zewnętrznych warunków, zasymilować się do pewnego stopnia, albo zewrzeć szeregi i zamknąć się w swoistym skansenie. Skansen tworzy cepelię - taka jest jego natura.
W Rosji, po latach sowieckich, kiedy bywało różnie, wszystko było jakby zamrożone i w końcu odtajało. Bardzo wiele jest społeczności posługujących się jidysz w żywy sposób, kultywujących jakby w prostej linii to, co działo się kiedyś na tych samych ziemiach - tu nie było efektu przeszczepu, raczej efekt lodówki. W ostatnich latach zetknęłam się z licznymi takimi grupami.
Owszem, można powiedzieć, że społeczności amerykańskich ortodoksów, kontynuatorów tradycji dworów chasydzkich z dawnych ziem polskich i ukraińskich, też kultywują tradycję aszkenazyjską, ale to trochę coś innego. Mnie chodziło o kulturę związaną w sposób naturalny z życiem codziennym, niekoniecznie z religią. Nb. język jidysz używany był i jest przez Żydów rosyjskich (z wyjątkiem całkowicie zasymilowanych) cały czas. Mieli oczywiście problemy związane z rozmaitymi falami antysemityzmu, ale tam nie było doświadczenia Zagłady i nie było oporów przed używaniem tego języka.
Wśród amerykańskich i izraelskich ortodoksów też był swego czasu wymóg używania jidysz na co dzień (bo hebrajski jest językiem świętym, służącym do modlitwy), teraz owszem, w niektórych społecznościach nadal tak jest, ale nie we wszystkich.
Wśród polskich Żydów większość była aszkenazyjczykami (jakaś garstka sefardyjczyków też się kiedyś osiedliła, ale słuch o nich zaginął), ale na skutek doświadczeń kolejno Zagłady i fal emigracyjnych 1949, 1956 i wreszcie 1968 znikli stąd prawie wszyscy, którzy mieli na temat swoich korzeni pewne pojęcie. Zostały niedobitki (w tym ja
Oni zresztą w Izraelu i innych miejscach emigracyjnych byli raczej grupą identyfikującą się z Polską, nie z kulturą żydowską, i szybko wtapiali się w społeczeństwo nowego kraju. Z “Rosjanami” jest zupełnie inaczej - jest ich w tej chwili w Izraelu tylu, że mają swoje enklawy i trzymają się swoich zwyczajów i upodobań.
2008-07-02 o godz. 15:24
haneczko - tak, to jest chyba po prostu jakiś cud. I niech ktoś powie, że muzyka nie jest czymś cudownym
Ale całości nie przetłumaczył… Pon Paziński człek wielce uczony, ale tłumaczeniami się nie zajmuje niestety. A to byłoby zadanie karkołomne…
Owcarku, za fragmenty Finnegans Wake zabrał się kiedyś Joe Alex
2008-07-02 o godz. 15:38
A jeszcze o nazwie Oy Division - oczywiście początkiem musiało być “oj” - tradycyjne westchnienie Żydów aszkenazyjskich
Skojarzenie z Joy Division - na zasadzie przekory i podobieństwa Joy i oj. Może poeta miał coś więcej na myśli, ale tego nie wiem.
2008-07-02 o godz. 16:34
Artykuł Pani Kierowniczki w dzisiejszej “Polityce” mógłby dać do myślenia decydentom w sprawach kultury. Muzyka ma potencjał prostowania życiorysów, ale potrzeba do tego rozwiązań systemowych. Od tego wenezuelskiego przykładu El Sistema serce rośnie.
2008-07-02 o godz. 18:10
Ja cały czas mam wrażenie, że opinie o muzyce zwanej niezręcznie poważną lub klasyczną (nie ma dobrego terminu) biorą się z uprzedzeń. I ten przykład jest dla mnie dowodem na tę tezę. Tak jak napisałam na początku artykułu - wenezuelskim dzieciakom nikt nie powiedział, że klasyka jest nudna…
Ja pamiętam też przykład ze Wschodniego Harlemu - był taki film Koncert na 50 serc z Meryl Streep w roli głównej, oparty na autentycznej historii skrzypaczki Roberty Guaspari, która uczyła (i nadal uczy) muzyki tamtejsze, slumsowe dzieci. Film wydaje się kiczowaty, ale tak właśnie stało w życiu! I naprawdę doszło do koncertu dzieciaków w Carnegie Hall z Isaakiem Sternem, Icchakiem Perelmanem i innymi sławami
2008-07-02 o godz. 18:31
Tak mi się skojarzyło: Polski misjonarz-naukowiec ks. prof. Piotr Nawrot (zresztą z UAM) jest odkrywcą jednego z najcenniejszych na świecie zbioru nut baroku amerykańskiego, które zrekonstruował poświęcając temu ponad dwadzieścia lat pracy. Wędruje też po indiańskich wsiach w Boliwii, gdzie prowadzi próby z młodzieżą (i nie tylko). Podobno są takie wsie gdzie na 2 tys. mieszkańców 600 osób czyta nuty. Oglądałam o nim film: Z ubogich chat dobiegał dźwięk wiolonczeli i skrzypiec. Indianie potrafią ćwiczyć godzinami - nie mają telewizorów i innych rozrywek, które by ich od tego odciągały. Najbardziej ujęły mnie w tym filmie ogromne skupienie i szczera radość na ich twarzach. Widać, że muzyce oddają się bez reszty, bez stawiania warunków. Im też nikt nie powiedział, że tzw. klasyka jest nudna.
I jeszcze dla ew. zainteresowanych sylwetka ks. prof. Piotra Nawrota
http://150.254.193.77/thfac/p/pr/pomoce/nawp/gpoznan.html
2008-07-02 o godz. 18:35
O tak, to też jest przepiękna historia!
Widzę, że zaczynamy zbierać Muzyczne Historie Krzepiące
Na razie! Idę na koncerty. Wrócę w nocy…
2008-07-02 o godz. 18:38
Tłumaczenie Finnegans Wake? W sieci jest jedno…
Tutaj, bo link strasznie długi
Ale chyba poza Słomczyńskim jeszcze się ktoś za to brał, parę lat temu w Literaturze na Świecie były jakieś fragmenty
PS
Jeśli o wykradanie książek idzie, to może najprościej zamówić w wydawnictwie całą partię i napaść na kuriera - trasę przesyłki można obserwować w internecie, więc no problem…
2008-07-02 o godz. 18:45
Buuuuuu… w nocy? A tam mój komentarz na redzie stoi… - albo przez link, albo przez namawianie do przestępstwa…
2008-07-02 o godz. 19:53
Historią krzepiącą jest też to, że nasza Kierowniczka zabrała ze sobą laptop do Krakowa i na gorąco może rewelować stamtąd. Bardzo ciekawe dziś wpisy. W Polityce pani Dorota zachwala album z koncertami Mozarta, ponieważ nie tylko polegam na jej guście ale kupuję Mozarta wszystko - wiec udałem sie do Empiku. Nie mieli. To znaczy - może są, ale od jakiegoś czasu nie ma kto rozpakować nowych dostaw i wprowadzić faktur do komputera - a bez tego nie da rady sprzedawać. Ale za to byłem świadkiem niezwykłej sceny. Elegancka dama, w wieku, w ktorym sĄ wszyscy normalni ludzie - i wyglądająca na normalną, zapytala afektowanym głosem pracownika Empiku:
- Czy dostanę jakieś płyty Ewy DEMARCZUK?
2008-07-02 o godz. 19:58
Beato, siedzę w linku, który podrzuciłaś. Niesamowita historia. Niesamowita osobowość.
2008-07-02 o godz. 20:47
Allo, ks. Piotr Nawrot to rzeczywiście piękna postać.
Tymczasem podrzucam jeszcze film o muzykowaniu na misjach w Boliwii i przeobrażającej roli muzyki. Będzie w trzech odcinkach:
http://www.youtube.com/watch?v=-X88odq9jHE
Przy okazji proszę Panią Kierowniczkę o niewpuszczanie mojego komentarza z trzema linkami do tego samego filmu (znów się zapomniałam
)
2008-07-02 o godz. 20:47
cz. II
http://www.youtube.com/watch?v=TlPXbr5VxMw
2008-07-02 o godz. 20:48
cz. III
http://www.youtube.com/watch?v=LXq0AdhRKOY
2008-07-02 o godz. 21:54
Beato, dzięki za bardzo ciekawy termat; pierwszy link to wzruszajace rzępolenie ale nastepne to już coś naprawdę.
2008-07-02 o godz. 22:22
Piotrze, polecam też płyty “Bolivian Baroque” cz. 1 i 2, nagrane przez brytyjski zespół “Florilegium” pod kierunkiem flecisty Ashleya Solomona, z udziałem solistów z Boliwii. Nagranie boliwijskiej muzyki barokowej, wykonywanej niegdyś w jezuickich ośrodkach misjonarskich (większość utworów odkryto niedawno w krypcie kościoła w Concepcion, wzniesionego w 1707 roku) powstało własnie w kościele Concepcion pośrodku boliwijskiej dżungli.
Do płyty załączony jest też krążek DVD z 45-minutowym filmem „The Making of Bolivian Baroque” A oto próbka http://www.youtube.com/watch?v=uKrKqS3rjHM
2008-07-02 o godz. 22:44
Beato, bardzo Ci za to dziekuję, próbka bardzo mi sie podoba, zapisałem sobie te płytę i ją zdobędę.
2008-07-02 o godz. 22:52
To może jeszcze dla pełniejszego obrazu trochę więcej próbek:
Vol. 1 http://www.emusic.com/album/Florilegium-Bolivian-Baroque-vol-1-MP3-Download/11002136.html
2008-07-02 o godz. 22:53
Beato, jeszcze wszystkich części nie widziałam, zaczęłam od trzeciej. Zafrapowały mnie słowa wypowiedziane przez księdza: “Stworzylismy tę orkiestrę, by obudzić piękno”.
W takiej biedzie, w takiej nędzy, w dzielnicy, którą sami mieszkańcy uznają za niebezpieczną, budzi się piękno.
2008-07-02 o godz. 22:53
Vol. 2 http://www.emusic.com/album/Florilegium-Bolivian-Baroque-Vol-2-Music-from-the-Missions-an-MP3-Download/11000431.html
2008-07-03 o godz. 00:27
Poni Dorotecko, jo właśnie o to mom najwięksy zol do pona Dżo Aleksa - cemu on pomorł, zanim zdązył “Finnegans Wake” przetłumacyć? Nie mioł prawa tak robić!
2008-07-03 o godz. 00:52
Co jak co, ale umierać to wszyscy mamy prawo…


Ale popodrzucaliście… i kiedy ja biedna mam to obejrzeć? A wszystko pasjonujące. Ja zaś padam na pyszczek, klezmerzy i Romowie (najpierw osobno, na koniec jeden kawałek razem) mnie wykończyli…
Jeszcze a propos tego, co pisałam o 15:20. Co do używania języka jidysz, dotyczy to jednak przede wszystkim starszych pokoleń, i już od dawna nie jest to pierwszy język. Trudno, trzeba się chyba pogodzić z tym, że ten język umiera, choć wciąż nowi ludzie się go uczą. Ale przecież nawet w mojej rodzinie było tak, że dla mojej siostry to był pierwszy język, a dla mnie już nie - rodzice bali się, że będę miała akcent czy cóś… bez sensu, siostra nie ma żadnego akcentu. Do dziś mam do nich o to pretensję.
W Polsce są dziś studia jidyszystyczne, którymi zajmują się głównie Polacy…
A Yasmin Levy, śpiewaczka wykonująca pieśni sefardyjskie (trochę na modłę flamenco), która miała dziś koncert o 19., twierdzi, że używany przez Sefardyjczyków język ladino już umarł.
Też niestety miał prawo…
Hoko: a czy przypadkiem w tej “Literaturze na świecie” to nie było właśnie tłumaczenie Słomczyńskiego? Głowy nie dam, ale coś mi się tak zdaje.
A teraz dobranoc
2008-07-03 o godz. 07:45
Mirkowicz tłumaczył (o ile pamiętam) początek Finnegas Wake. A teraz przypadkiem dowiaduję się, że od pięciu lat nie żyje
2008-07-03 o godz. 08:10
Dzień dobry!
Znałam Tomka Mirkowicza, współpracował z “Wyborczą”, kiedy tam pracowałam, gazeta zawdzięcza mu erudycyjne teksty o literaturze anglojęzycznej. Kiedy usłyszałam o jego śmierci (już nie pracowałam wtedy tam), doznałam szoku - to był młody człowiek, miał zaledwie 50 lat…
Tu o nim:
http://free.art.pl/akcent_pismo/pliki/nr1-2.03/kutnik.html
Może to jednak właśnie jego robota była w tej “Literaturze na świecie” - nie pamiętam, czy ją jeszcze mam (kilka najciekawszych numerów z lat 80. zachowałam), teraz nie mam jak sprawdzić.
2008-07-03 o godz. 09:04
Po małym gugielku wygląda na to, że to jednak był Słomczyński: http://pl.wikipedia.org/wiki/James_Joyce#Wydania_Joyce.27a_w_Polsce
2008-07-03 o godz. 09:06
Ja czytałem początek Finnegans Wake po polsku (chyba w tłumaczeniu Tomasza Mirkowicza) w jakimś innym wydawnictwie — z konferencji w Krakowie poświęconej Joyce’owi, czy jakoś tak. Już nie pamiętam. Literatura na Świecie była z przekładem części pierwsza.
2008-07-03 o godz. 10:02
E, to stare wydanie “Literatury”
W tym z 21 wieku tłumaczył niejaki Krzysztof Bartnicki
http://katalog.czasopism.pl/index.php/Literatura_na_%C5%9Awiecie_7-8/2004
2008-07-03 o godz. 10:08
Za mną ciągle jeszcze chodzi problem aszkenazyjczycy-sefardyjczycy (następny wpis poświęcę tym drugim, bo jest na nich położony akcent programowy w tym roku). Otóż trzeba tu jeszcze dopowiedzieć, że kultura aszkenazyjska w Izraelu przez wiele lat nie była ceniona. Poza enklawami ortodoksyjnymi, gdzie kultywowanie dawnych obyczajów doprowadzono do absurdu, społecznie nie istniała, bo kojarzyła się z galutem, czyli wypędzeniem Żydów z Ziemi Izraela (a potem jeszcze z miejscem Zagłady). Można spytać, dlaczego nie spotkało to kultury sefardyjskiej, która też powstała na wygnaniu? A no dlatego, że wielu Sefardyjczyków uciekając z Hiszpanii trafiło na Bliski Wschód, w tym na dawne (i obecne) ziemie Izraela, i na północ Afryki; to były społeczności, które uznano w Izraelu za “tutejsze”. Choć pomysł powstania państwa był pomysłem aszkenazyjskim (Theodor Herzl), i to w centrum Europy narodził się ruch syjonistyczny, ale nic dziwnego, że to właśnie oni chcieli odciąć to wszystko, co kojarzyło się z wiekami wygnania. Stąd ożywienie języka hebrajskiego, stąd wypieranie jidysz, stąd obyczaj zmiany imion i nazwisk na hebrajskie (np. znajomy mojej mamy nazywał się w Polsce Lejb Tojbman, co w Izraelu zmienił na Arie Jonatan, co oznacza to samo - lejb i arie to lew, tojb i jonatan - gołąb
).
2008-07-03 o godz. 10:12
Hoko, tego nowego tłumaczenia nie znałam - “LnŚ” dawno nie czytuję…
2008-07-03 o godz. 12:12
Hej, zrobiłam teraz krótką wyprawę na Rynek (kupić bilet powrotny - już jutro rano niestety
) i cóż widzę. Jest hejnał z Wieży Mariackiej. Trębacz trąbi, a potem… z minutę macha ręką
Kiedyś to chyba było nie do pomyślenia…
A ja już zawsze słysząc hejnał będę myśleć o ojcu Jasnego Gwinta
Nieznani bohaterowie naszej codzienności…
Pędzę dalej!
2008-07-03 o godz. 12:39
Moze ten trębac ryktowoł rękom wiater, coby zmienić trajektorie strzały wystrzelonej przez tatarskiego najeźdźce?
2008-07-03 o godz. 14:24
Jeśli Pani tego nie zna, to polecam: Itzhak Perlman plays klezmer http://pl.youtube.com/watch?v=DkmFgQ9fM94&feature=related
2008-07-03 o godz. 18:03
Przylaczylbym sie do dyskusji o jezyku i identyfikacji kulturalnej. Moje cale otoczenie w pracy to albo Zydzi amerykanscy ( w tym terminie nie ma nic obrazliwego, troche inaczej niz w Polsce) albo emigranci z innych krajow. Otoz, Zydzi amerykanscy, nawet ci bardzo religijni (moj boss) nie znaja ani hebrajskiego ani jidysz. I nie widza w tym nic zlego. Dla nich identyfikacja to religia i obyczaje, nawet przy calkowitym zanurzeniu w nowoczesnym zyciu amerykanskim. Nawet nie kultura zydowska, bo o literaturze i kulturze zydowskiej wiedza niewiele. Znam rowniez osoby, ktore nie sa religijne, ale przestrzegaja obyczaja i swiat zydowskich, tak jak ja, agnostyk- Boze Narodzenie.
Co do jezyka- ten brak kultywowania oryginalnego jezyka ojczystego w kolejnym pokolenia jest raczej praktyczne. Moja corka mowi po polsku, ale namowienie jej na czytanie po polsku jest cokolwiek trudne.
2008-07-03 o godz. 19:56
A dziś w “Panoramie” w TVP 2 pokazywano “zjazdowy” hostel. Pokazali nawet stolik przy którym żeśmy zena pili
2008-07-03 o godz. 22:23
No to ta ekipa Panoramy sie spóźniła. Powinna przybyć do tego hostela półtora tyźnia temu
2008-07-04 o godz. 00:11
Witam PI! Znam, znam, prawie przy tym byłam
Mam dwie płytki i DVD…
W nadesłanych zdjęciach widzieliście, że inna telewizja (nie piszę która, bo to nie product placement, kto dostał maila, ten wie
) zdążyła na zjazd, co prawda nie do hostelu, ale do Łazienek 

PA2155 - dlaczego określenie Żydzi amerykańscy miałoby być obraźliwe? Nie bardzo rozumiem. W Polsce, a i w innych krajach, są ludzie chorzy. Co nie znaczy, że ich choroba ma być chorobą całego narodu…
Ale z tą nieznajomością nie tyle nawet języka, co kultury, to bardzo smutne. W Polsce pojawiają się od czasu do czasu młodzi ludzie pragnący konwertować się na judaizm. Tak robią - i żyją religią, a kulturę odrzucają, bo nie jest ich. Jak ta kultura ma nie umrzeć?
Ja mogę się zaliczyć do takich właśnie agnostyków, co obchodzą święta dla tradycji i z przywiązania do kultury…
Quake, Owcarek: TVP jak zwykle w ariergardzie
A teraz zabieram się za ostatni wpis z FKŻ. Jutro skoro świt wyjeżdżam z upalnego Krakowa. A wieczorem kolejne atrakcje, o których także napiszę…
2008-07-04 o godz. 00:42
O, Pani Kierowniczka! Rzadkie ostatnio zjawisko…

A mnie się dziś akurat wyjątkowo wcześnie ziewa, więc tylko dzieńdobro-dobranocnę, w kłębek się zwinę, ślepia zapluszczę i postaram się nie chrapać, żeby nie zbudzić ludzkiego brata śpiącego (na szczęście tylko jednego)
2008-07-04 o godz. 01:14
Kierowniczka:
Chyba nalezy sie asekurowac z pewnymi terminami i ich konotacja. W Ameryce Pln. zyjemy pod presja “political correctness”. Stad np. “Blacks” sa gorsi znaczeniowo niz “African Americans”. Polscy “Murzyni” byliby nieakceptowalna obelga. Mam znajomych o kolorze czarnym skory i oni preferuja “Blacks”. Podobnie jest z grupa zydowska. Zamiast rozszyfrowywac niuanse na wlasna reke, warto sie zapytac, co jest wlasciwe, a co nie.
Wydaje mi sie, ze jest duzo swiat pochodzacych z judaizmu i nie nalezy pozostawiac celebrowanie ich jako formy wlasnosci tylko ludziom, ktorzy sa aktywni religijnie. To samo dotyczy muzyki sakralnej chrzescijanskiej, ktora jest wlasnoscia wszystkich melomanow.
2008-07-04 o godz. 01:15
Hej, pieseczku! To prawda. Ale już wracam do się…
2008-07-04 o godz. 01:16
PA2155 - zgadzam się. A przy okazji anegdota: pewien mój znajomy homoseksualnej orientacji nienawidzi słowa “gej” i najbardziej lubi, jak się o nim mówi “pedał”