Chopin zaśpiewał tenorem

2010/02/7, niedziela

Nie wiem, czy przejęto się wydźwiękiem cytowanej tu wcześniej recenzji Jacka Marczyńskiego, czy zaprotestował sam przeziębiony (co było słyszalne w głosie, choć ponoć i tak słabiej niż na premierze) wykonawca roli tytułowej, ale tytuł tej recenzji już jest nieaktualny - pan Steven Harrison chodzi cały czas ubrany i jeśli przez moment pokazuje klatę, to tylko gdy się kłania w lekko rozpiętej koszuli. No i lepiej - zdjęcia rzeczywiście nie ujmowały urodą. I ogólnie mam wrażenie, że owa klata niewiele by wniosła do całości. Całe to cudne napuszenie typu “szyderczy śmiech strażnika lodów, co rozkoszuje się ich bólem” (tj. fal, które tymi lodami zostały skute), “zastępy rycerzy dumnie podążają w dal przy dźwiękach trąb”, czy w finale opery “zastępy nienarodzonych dusz obwołają cię królem” (Chopin, król dzieci poczętych?), po prostu rozczulało. Co prawda tłumaczenie podobno nie było najlepsze, ale nawet gdyby było wybitne, i tak poetykę tego typu odbieramy dziś jako kiczowatą. Ale cóż, to dokument epoki. I dokument pewnego szlachetnego szaleństwa.

Giacomo Orefice (1865-1922) fascynował się Polską w ogóle. Najpierw czytał o niej, potem do niej jeździł… Chopin był jego obsesją - grał na fortepianie wszystko z jego utworów, co się dało. Ogólnie jednak chyba jego fascynacją były kraje Europy Wschodniej; Jego pierwsza z dziesięciu oper nazywa się Mariska, ale wbrew pozorom to nie Maryśka, bo rozgrywa się wśród Cyganów na Węgrzech. Następna opera, Consuelo, była już troszkę bliżej Chopina, bo bazowała na powieści George Sand. Po Chopinie zwrócił się na dalszy jeszcze Wschód - napisał operę Il pane altrui według Iwana Turgieniewa i Radda według Maksyma Gorkiego. A w ogóle poza tym był profesorem konserwatorium w Mediolanie, a jednym z jego studentów był Nino Rota.

Nie powiem, tego Chopina zmontował i zorkiestrował zręcznie, choć są momenty rozczulające po prostu, jeśli chodzi o instrumentację (zwłaszcza użycie dzwonów i dzwonków). Że Chopin się adaptuje do stylu operowego - to nie niespodzianka, w końcu belcanto to jeden z jego korzeni. Że np. środkowa część II Ballady F-dur pasuje do zilustrowania burzy na morzu - też nie zaskakuje. Ale moment, w którym na tle szemrzącej jednej nuty w basie zza sceny słychać śpiew o tym, ze Majorka to piękna wyspa, na melodię początku tejże ballady i brzmi to jak włoska piosenka ludowa (przy czym nieodparcie przypomina początek III aktu wystawionej rok wcześniej Toski) - to już zaskoczenie, i jest parę takich smacznych momentów. No i w sumie widać, że ten Orefice bardzo naszego Fryca kochał. Sama więc do końca nie wiem, w jakich kategoriach to oceniać. Laco Adamik pewne kiczarskie elementy celowo podkreślił. Te wszystkie turonie, gwiazdy, anioły i śmierć z kosą na początku, powstańcy, a potem uczestnicy paryskiego salonu zastygający w żywe obrazy - to jakoś tam współgra z kiczem tekstu, a jakoś tam jest kiczem niezależnym, całkowicie zresztą świadomym. I nawet fajnym pod względem plastycznym, co już jest zasługą Barbary Kędzierskiej.

Śpiewacy? O tytułowym wspominałam, pełnych jego walorów nie byliśmy w stanie poznać. Podobali mi się Ewa Vesin jako Flora, czyli George Sand (świetnie przy tym wystylizowana) i Mariusz Godlewski jako przyjaciel Chopina, Elio (kontaminujący zapewne kilka postaci); Aleksandra Szafir wykonująca rolę Stelli, czyli siostry kompozytora Ludwiki, miała głos zbyt ostry i obojętny. Koszmarny był pianista (Michał Szczepański), który w pewnym momencie musiał niestety zagrać gościom paryskiego salonu całe Scherzo b-moll… Orkiestra jednak była w porządku i ogólnie mimo całego tego kiczu miałam do tego całego Orefice pewien cień sympatii. I wydaje mi się, że wystawienie tego w Roku Chopinowskim było jednak zasadne.

Bach dla higieny

2010/02/4, czwartek

Ten tytuł można zrozumieć tak: ileż można tego Chopina, potrzebna jakaś odtrutka. Ale też tę odtrutkę stosował też sam Chopin - bardzo miał zdrowe muzyczne odruchy. Mianowicie, jak wiadomo z przekazów, rozpoczynał dzień od przegrywania sobie Bacha, zwłaszcza preludiów i fug z Das Wohltemperierte Klavier.

Na Folle Journée w Nantes poranki umilał Bachem m.in. Pierre Hantaï (jest nadzieja, że przyjedzie i do Warszawy). Cóż to była za przyjemność! Takie uporządkowanie świata; wszystkie klocki wskakiwały na swoje miejsce. Salka (niewielka) była wyciemniona, światło padało tylko na klawesynistę. Pan Hantaï (który na oko wygląda jak skromny urzędnik, ale pozory mylą) powiedział przed występem, że Chopin brał sobie te kawałki Bacha dowolnie, jak popadło, więc i on nie podał w programie, które preludia i fugi będzie grał. Pewnie założył sobie jakąś kolejność, miał w kilku miejscach pozakładane nuty, ale to właściwie nieistotne. Ogólnie tylko było wiadomo, że bierze na tapetę II tom.

Słuchałam tego z ogromną przyjemnością nie tylko dlatego, że bardzo mi się jego gra podoba, ale i dlatego, że automatycznie nasuwały mi się wspomnienia, jak sobie grałam te preludia i fugi w domu dla siebie, co mi się podobało, a co nie, które wolałam i dlaczego. I teraz nawet, jak - coraz rzadziej - zdarza mi się usiąść do klawiatury, pierwsze, co mi wchodzi pod palce, to niektóre fragmenty W.K. Także z II tomu, np. E-dur czy a-moll, czy też Es-dur z I tomu, które uwielbiam po prostu (oczywiście grałam to zupełnie inaczej niż pianiści w przykładach, może trochę bliższy mojemu spojrzeniu jest Gouldowy E-dur). No i te, które “oficjalnie” grałam w szkole, jak na przykład to. Takie sobie więc uprawiałam na tym koncercie miłe muzyczne “magdalenkowanie”.

I tak się zastanawiałam nad tym, że zwykle I tom bardziej jest ceniony od drugiego, częściej jest grywany i więcej tam hiciorów. Wydawało mi się czasem, że ten II tom to już trochę wymuszony, wychałturzony, już trochę brakło Bachowi inwencji, już te tematy nie takie wyraziste jak w pierwszym tomie - choć nie zawsze. Ale wiele jest momentów, nawet w fugach (np. g-moll), w których coraz mniej jest polifonii, a coraz więcej homofonii - jak to wytłumaczyć nieznającym terminów? Tak jakby z kilku linii toczących się równolegle (na tym właśnie polifonia polega) zrobiła się, jak u klasyków, melodia i akompaniament. I brzmiało mi to swego czasu jak uproszczenie, miałam jakby cień pretensji do Bacha, że poszedł już na taką łatwiznę. Dopiero dużo później zrozumiałam, że właśnie to było wypadem w przyszłość, że przecież nowoczesne było właśnie klasyczne spojrzenie. Carl Philipp Emanuel ponoć nazywał tatę “starą peruką”… Otóż peruką była właśnie ta polifonia, to ona była wtedy przestarzała. Punkt widzenia zależy od punktu słyszenia?

Uczmy się od Nantes

2010/02/2, wtorek

To nie do wiary: od środy do niedzieli (od środy do piątku - tylko po południu, w sobotę i niedzielę przez cały dzień, od 9 do północy i później nawet) odbyło się 241 koncertów w salach, 40 darmowych koncertów w wielkim hallu, 20 koncertów na mieście (uniwersytet, dzielnicowe domy kultury, a nawet więzienie), 48 wykładów; udział wzięło 1500 artystów, a pracowało (organizacja, techniczni itp.) 400 osób. Na 130 tys. biletów wykupiono 98 proc., czyli 128 tys. (ta liczba co roku rośnie), w tym 7 tys. dla uczniów. Środowiska szkolne narzekają, że to za mało i że w przyszłości można też wprowadzić koncerty dla dzieci w czwartek rano, kiedy tradycyjnie mają wolne. Zagrano też 157 koncertów w 11 miastach regionu. Oczywiście kosztowało to masę pieniędzy: najbardziej hojne było miasto Nantes, które dało 1 mln euro. 200 tys. dał region Pays de la Loire, 100 tys. ministerstwo kultury, 50 tys. departament Loire-Atlantique, 850 tys. od partnerów prywatnych. No i nie należy lekceważyć 1,74 mln euro z biletów. To już potęga.

Praca na tę potęgę trwała 15 lat. René Martin wspomina, że z początku łatwo nie było. Dziś, jak zauważył mer Nantes, odchowało się już całe pokolenie Folle Journée: ci, co przychodzili tu na początku jako dzieci, dziś sami mają dzieci i przyprowadzają je na festiwal. Ale przecież na festiwalu się nie kończy. Przez te 15 lat ogromnie wzrósł pęd do wiedzy o muzyce, rozwinęło się szkolnictwo muzyczne, ale i ruch amatorski, powstała cała masa nowych zespołów.

A publiczność sprawia niesamowite wrażenie - zaangażowana, wypełnia szczelnie wszystkie sale, i te duże, i te małe. Po przesiedzeniu koncertu (przeciętnie 70 min.) cichutko jak myszki, ludzie wybuchają entuzjazmem. W ogóle nantejczycy sprawiają wrażenie ludzi pogodnych i otwartych (może to odwieczna tradycja tolerancji, jeszcze od czasów edyktu nantejskiego?), łatwo nawiązują kontakt, często się uśmiechają. Pewnie muzyka im w tym pomaga. Zagadują, pytają, wymieniają poglądy. Często odzywano się do nas serdecznie (oprócz mnie był Jacek Hawryluk; oboje mówimy po francusku, więc łatwo się nam porozumieć), a jedna pani nawet wykrzyknęła po naszemu: “Jak przyjemnie usłyszeć polską mowę! Moja mamusia była z Polski”.

Po wyjściu z koncertów czy wykładów długo konwersują, rozprawiają - podsłuchiwałam np. publiczność wychodzącą z Berlioza. Ktoś mówił, że to taki nowoczesny utwór na swoje czasy, ktoś inny, że to świetna muzyka do samochodu, inni analizowali szczegóły wykonania… Duży hall spełnia rolę agory, miejsca spotkań i właśnie wymiany poglądów. A poza tym można wysłuchać darmowych koncertów czy udać się do znakomicie zaopatrzonej płyciarni i księgarni. Co mnie uderzyło w asortymencie książkowym - ogromna ilość wydawnictw popularyzujących muzykę, dla ludzi w każdym wieku, ale ze szczególnym naciskiem na dzieci. O Frycku też bardzo dużo, ale normalnie i zwyczajnie, w różnym stylu pisarstwa i malarstwa, jednakowoż nikt tam nie robi z tata wariata, a z dzieciaka głuptaka, jak w nieszczęsnej książeczce pana Rusinka. Takie brednie nikomu tu nawet nie przyjdą do głowy, bo nikogo niczego nie uczą.

Co jeszcze ciekawe: rozwinięty jest nurt popularyzatorski także dla dorosłych, w formie odczytów. U nas formuje się właśnie program edukacyjny przed pierwszymi Szalonymi Dniami, ale tylko nakierowany na dzieci - a może by jednak warto pomyśleć i o dorosłych? Tylko że potrzebni byliby tacy wykładowcy, którzy umieliby mówić do ludzi dobrze, bezpośrednio i bez żargonu.

Żeby do tej beczki miodu dodać nieco dziegciu, wspomnę tylko, co budzi mój niepokój. Otóż René Martin tak już wychował swoją publiczność, że ta kupuje od niego wszystko, w tym i tych, którzy są po prostu jego przyjaciółmi, ale nie są, łagodnie mówiąc, dobrymi artystami (powtórzę, nie rozumiem fenomenu Borisa Berezovskiego, który rąbie jak drwal, a na Chopina powinien mieć zakaz sądowy, tymczasem jest hołubiony, ma przyjechać na Festiwal Beethovenowski, a potem oczywiście na Szalone Dni). Czyli ci ludzie jednak tak dobrze nie słyszą, jakby się wydawało?

Nie ma co jednak narzekać. Chciałoby się przynajmniej tego, a potem może przyjdzie pora na więcej. Na przyszły rok René ambitnie zaplanował postromantyzm, od Brahmsa i Mahlera po szkołę wiedeńską. Jeszcze pięć lat temu pewnie nie miałby odwagi zaserwować tutejszym dodekafonii, teraz już może sobie na to pozwolić. A na razie, po kolejnym udanym festiwalu (wszyscy nucili Chopina, raz jedna pani w windzie nawet zatańcowała sobie mazurka), po opuszczeniu Centrum Kongresowego przez całą publiczność, na górze rozkręciła się, jak co roku, impreza. I poznałam w końcu właściwy hymn La Folle Journée, znany tylko wtajemniczonym. Nie zgadlibyście, że jest nim to. Tańczyła głównie Sinfonia Varsovia - weterani festiwalu. A kto był didżejem? Oczywiście, jak co roku, René. Bo to rockowy facet.

Jeżeli ktoś jeszcze nie trafił, wszystkie zdjęcia są tutaj.

Chopin jest w Nantes

2010/01/30, sobota

Oj, tu to on naprawdę jest w dużych ilościach. Nasi oficjele boją się, że wszystkich zanudzimy tym Chopinem. A tu jakoś się nikt nie boi. Może nie byłabym taką optymistką jak ludzie z TV Arte, która wyprodukowała znaczek z wiadomą główką i napisem: Si j’avais su, je serais pas mort - gdybym wiedział, nie umarłbym. Nie wiem, czy by to wszystko tu wytrzymał, a już zwłaszcza liczne przeróbki, bo za przeróbkami swojej twórczości raczej nie przepadał. A tu można usłyszeć Chopina na orkiestrę dętą, na kwartet harmonijek ustnych, nawet na metalowe bębny z Trynidadu zespołu Renegade Steel Band (które mają bardzo interesującą historię - powstały ze zużytych zbiorników na paliwo lotnicze, pozostawionych przez Amerykanów po II wojnie światowej). Furorę robi tu też Zespół Polski Marysi Pomianowskiej, który tym razem jeszcze dodatkowo zatrudnił tancerzy pokazujących, jak się tańczy mazura, i Motion Trio ze swoimi zupełnie odjechanymi opracowaniami preludiów Chopina.

Ale to wszystko ma miejsce raczej w ogromnym hallu, który jest przestrzenią wspólną, gdzie są stoiska, wspaniale zaopatrzone księgarnia i płyciarnia (Leclerca - podobno obrót na festiwalu jest większy niż mają przez cały rok) i którędy idzie się na koncerty do sal różnej wielkości, które zależnie od bohatera Szalonych Dni mają nazwy wzięte od nazwisk jego przyjaciół. Tak więc w roku Beethovena były sale np. Lobkowitza czy Razumowskiego, a teraz jest Auditorium Fontana (na 1900 miejsc - należało się poczciwemu Julowi), Salle Grzymala, Salle Woyciechowski, Salle Kwiatkowski, Salle Franchomme, Salle Viardot itp. Do tych sal ustawiają się kolejki i karnie czekają na wpuszczenie. Wszystko zdyscyplinowane; osoby takie jak ja, z plakietkami prasowymi, muszą poczekać, aż wszyscy wejdą. Chyba że, jak ja, udadzą się do René Martina, mózgu całego tego szaleństwa, i wezmą bilety (ale musieli mnie do tego zachęcić, samej mi to nie przyszło do głowy).

W tych salach dzieją się rzeczy o wiele znaczniejsze, o zróżnicowanym poziomie, ale czasem bardzo wysokim. René postanowił, że połączy Chopina z tymi, których lubił, których cenił, których grywał i którzy go otaczali. Bardzo mnie ujęło, że na początek dnia jest zawsze Bach - bo Chopin zaczynał ponoć dzień od grania Wohltemperiertes Klavier. Dziś wysłuchałam porannego Bacha w wykonaniu Zhu Xiao-Mei, chińskiej pianistki o dramatycznej historii życiowej. Wzruszyła mnie, choć było w jej grze wiele niedoskonałości, ale była też ogromna bezpośredniość, własny głos. Z Polonezem-Fantazją Chopina, którego zagrała później, męczyła się niestety, ale widać było przynajmniej, że wie, o co tu chodzi, czego nie słychać u nader wielu pianistów. Potem byłam na przezabawnym koncercie sympatycznego belgijskiego Ricercar Consort, którzy na barokowych instrumentach grali lub utwory nawiązujące do polskich tanców z różnych wieków - od sonaty Carla Fariny La Polacca poprzez potpourri Johanna Heinricha Schmelzera Polnische Sackpfeiffen czy La Polonoise Marina Marais, no i Bacha oczywiście (z Suity orkiestrowej h-moll) do Haydna (z użyciem oczywiście barytonu - ulubionego instrumentu księcia Esterhazego), Paganiniego, po istny folk - szwedzkie tańce zwane polska oraz argentyński, nawiązujący ponoć także do polszczyzny, może tym, że był na trzy…

Potem przeniosłam się w czas romantyzmu. Ale nietuzinkowego. Najpierw późny Liszt: Brigitte Engerer, bardzo porządna pianistka, najpierw zagrała Funérailles, a potem towarzyszyła znakomitemu chórowi accentus prowadzonemu przez Laurence Equilbey, w przedziwnym utworze pt. Via Crucis. Mój Boże, cóż to za melanż zdumiewający - od nawiązań do chorału gregoriańskiego i motywów, które mogłyby wyjść dziś spod pióra Arvo Pärta po momenty zupełnie impresjonistyczne, z wklejonym w środku słynnym chorałem z Pasji Mateuszowej Bacha… A potem czekał mnie jeszcze jeden rarytas: Symfonia fantastyczna Berlioza na instrumentach z epoki (Anima Eterna Brugge pod dyr. Josa van Immerseela). Rewelacja! Jakoś mi się odbiór tego jeszcze wyczyścił (choć Scena na polu dłużyła się tak samo, jak we współczesnych wykonaniach, bo po prostu jest trzy razy za długa). Ale kotły, dęciaki, no i w ogóle brzmienie ostatnich dwóch części - no, odkrycie. “Chude” stare tuby brzmiały sarkastycznie grając temat Dies irae (a na współczesnych tego tak się nie odbiera!), a pianoforte (Pleyela chyba) wybijające północ było tak trumienne, jak współczesny fortepian nigdy nie będzie (a w tym miejscu powinien). Chyba kupię płytę.

A propos płyt: robią tu płyty z niektórych koncertów, które są gotowe nawet w pół godziny! To taki jeden z wielu szczegółów, o które się dba. Jak i o to, żeby ludzie łatwiej dojeżdżali - są specjalne darmowe autobusy, co wożą co kwadrans publiczność od centrum miasta do Centrum Kongresowego i z powrotem, choć na nóżkach można przejść tę trasę w 20 minut, ale jednak jest to pewna oszczędność czasu, który przecież można poświęcić muzyce. Kierowcy są przebrani w kostiumy nawiązujące do romantyzmu (kolega trafił na kierowczynię, która była przepięknie wystylizowana; ja widziałam tylko faceta w cylindrze). No i gra Chopin. I nic nie nudzi.

Jeszcze czeka mnie dziś parę koncertów, w tym Sinfonia Varsovia pod Kaspszykiem, z Alexeiem Volodinem. A wczorajszy pogrzeb, jesli tak można powiedzieć, wypadł znakomicie, choć nie wszyscy soliści równie mi się podobali - świetna była szwajcarska młoda sopranistka Charlotte Mueller-Perrier i brytyjski baryton Peter Harvey. Publiczność była entuzjastyczna. I zwykle jest.

Chopin był w Cannes

2010/01/27, środa

Fizycznie nie był w Cannes nigdy - owszem, spędził parę miesięcy w nie tak odległej Marsylii, ale tu nie dotarł osobiście. Teraz pojawił w całej okazałości: chyba nigdy żaden kompozytor nie miał tu tak wielkiego konterfektu jak ten na Pałacu Festiwalowym. Pod spodem, tradycyjnie w Audytorium im. Debussy’ego (który zapewne w grobie się przewraca z powodu akustyki tego wnętrza), odbyła się wczoraj gala wręczania MIDEM Classical Awards. Niektórzy z Was jej słuchali i wiedzą, że rzecz odbyła się w totalnym bałaganie; słyszę też, że Sinfonietta Cracovia, którą słyszałam już w lepszej formie, i tak wyszła obronną ręką, bo bidaki tylko przyleciały, miały jedną próbę - i na głęboką wodę. A trzeba było zagrać np. piękną Rapsodię na klarnet i orkiestr autorstwa patrona Audytorium czy Chanson triste Henriego Duparca - wątpię, by dotykali tych utworów kiedyś w życiu. A jeszcze trzeba było na początek zagrać Chaconnę Pendereckiego - po co taki żałobny utwór w takim miejscu i momencie (napisany po śmierci Jana Pawła II), doprawdy nie rozumiem. Bo dlaczego, to łatwo się domyślić…

Jaś Lisiecki też nie bardzo wczoraj wypadł, potrafi lepiej. Ogólnie jednak zaprezentowaliśmy się tu wyraziście po raz kolejny - Polska od lat ma dobre chody u szefostwa MIDEM. Polskie stoisko rzeczywiście po raz kolejny wyróżniało się urodą i klasą, a konferencja wypadła tym razem naprawdę przyzwoicie.

Jednak mnie bardziej ciekawi, kiedy Chopin pokazuje się w innych kontekstach. Oglądałam oczywiście codziennie trochę trailerów filmów telewizyjnych z cyklu Avant-Premiere. Dużo rejestracji wydarzeń (znów dużo było Dudamela, tym razem z okazji objęcia przezeń kierownictwa Los Angeles Philharmonic), oper (od Powrotu Ulissesa Monteverdiego poprzez Legendę o grodzie Kitieżu Korsakowa po Jackie O, operę o Jacqueline Kennedy Michaela Daugherty), filmy o wielkich muzykach, ale najbardziej wzruszały mnie takie historie, jak pewnego pianisty hinduskiego, który jeździ ze swoim fortepianem po kraju (jak jaki Zimerman, tylko instrument wyglądał na wiele gorzej zabezpieczony), stawia go pośrodku wsi, zbiegają się wszystkie okoliczne dzieciaki rąbać w tego cudaka, dorośli się przyglądają, a on gra im - no, kogo? Chopina. Słuchają z rozdziawionymi buziami.

Ta sama firma (sounding images GmbH z Niemiec) pokazała też, poza kawałkiem dokumentu o Murrayu Perahii, kawałek filmu o jedynej orkiestrze symfonicznej w Czarnej Afryce - w Kinszasie (Kongo). Żaden, za przeproszeniem, białas tam ich do niczego nie namawia ani nimi nie kieruje, sami chcą grać, odkrywając przy okazji afrykańskie rytmy u Beethovena czy Carla Orffa (pokazane jest, jak grają początek Carmina burana). Ja, przyznam się, jestem zafascynowana takimi opowieściami i nieodmiennie mnie wzruszają. Tak, jak - z zupełnie innej beczki - niesamowity portret śpiewaczki włoskiej, która - pięknie! - śpiewa mając już koło osiemdziesiątki. Jak się na to patrzy, z początku ma się wrażenie jakiegoś montażu - pomarszczona staruszeczka na korytarzu hotelowym, a daje z siebie głos młodej, pięknej heroiny.

No i, wracając do Chopina, nie my (TVP Kultura pokazała dziś rano trailery filmów o Panufniku, Szymanowskim i Pawle Łukaszewskim), lecz inni - i bardzo dobrze - kręcą o nim filmy. Znów niemiecka firma - Pars Media GmbH - pokazała zapowiedź filmu, który dopiero jest kręcony: Chopin at the Opera, o miłości Chopina do bel canto i powiązaniach stylistycznych. Bardzo ciekawe i muzycznie wyłożone, np. w wykonaniu Etiudy cis-moll op. 25 nr 7 z wiolonczelą i sopranem…

Jeszcze tylko wspomnę, że obok jubileuszu Chopina, Schumanna, Mahlera, mamy w tym roku jubileusz Pergolesiego, który urodził się 300 lat temu. Włoska fundacja Pergolesi-Spontini, która reprezentuje region Marche, gdzie leży Jesi, rodzinne miasto twórcy La serva padrona, organizuje festiwale w kilku pięknych osiemnastowiecznych, wspaniale odrestaurowanych teatrach w okolicy, a także zabiera się za nagranie - przy pomocy firmy Unitel Classica, która robi filmy dla telewizji - wszystkich jego oper. Nie jest ich tak dużo, bo sześć, ale w końcu biedak żył zaledwie 26 lat. Nagrywać będą takie zespoły jak Europa Galante, Les Talents Lyriques czy Accademia Bizantina, której realizację opery Il Flaminio ma reżyserować Michał Znaniecki - takie małe polonicum. Dopiero szukają teraz kogoś, kto wyda to na DVD…

Pierwszy dzień MIDEM

2010/01/25, poniedziałek

W sobotę po południu, kiedy akredytowaliśmy się na targach, poszliśmy jeszcze zobaczyć, co się dzieje na polskim stoisku. Jego design opiera się na zeszłorocznym projekcie, ale został pozytywnie zmodyfikowany - jest większa przestrzeń i więcej zapleczy na przechowywanie różnych potrzebnych rzeczy. Jak przyszliśmy, wszystko było już na tip top i nikogo nie zastaliśmy, ale w innych miejscach praca wciąż wrzała - pierwszy raz widziałam MIDEM w takim stadium. Uwieczniłam to na zdjęciach.

W niedzielę już było zupełnie inaczej. I znowu młyn targowy, znów dowiadywanie się, kiedy jaka konferencja, co gdzie można uzyskać… Ale ogólnie jedno wrażenie: jest coraz skromniej. Nawet w porównaniu z zeszłym rokiem. Są całe przestrzenie, gdzie jeszcze wtedy były stoiska, a teraz targi wykorzystały je na własne sprawy, m.in. na konferencję midem.net. Branża, ogólnie rzecz biorąc, przenosi się do Internetu w coraz większym stopniu i już mało komu opłaca się bulić słone wpisowe, żeby otwierać swoje stoisko. Choć wciąż są tacy, którzy uważają, że wciąż jednak warto.

Choć w tym roku głównym gościem targów jest Południowa Afryka (wracam właśnie z dużej imprezy otwierającej, na której rozpoczęło się od fajnego folku, takich typowych chórków i tańców, a dalej rozwinęło się w to, co jest wszędzie, więc nawiałam), Polska ma w tym roku pozycję szczególną dzięki nagrodom chopinowskim w ramach MIDEM Classical Awards, a także dzięki temu, że we wtorek wieczorem na gali zagra nie koszmarna miejscowa orkiestra, jak w zeszłym roku, ale Sinfonietta Cracovia pod batutą Johna Neala Axelroda. A Chopek na Pałacu Festiwalowym jest tak wyeksponowany, że lepiej nie można.

Jak juz przy tych nagrodach jesteśmy, właśnie po południu oficjalnie ogłoszono, kto je otrzymał. Jeśli chodzi o te chopinowskie, wiedziałam już od kilku dni i teraz tu legalnie już napiszę, że za najlepsze nagranie chopinowskie w dziejach zostało wyróżnione nagranie Dinu Lipattiego (14 walców, Barkarola, Nokturn Des-dur, Mazurek cis-moll), a za najlepsze powstałe w zeszłym roku - Nikolai Demidenko za płytę nagraną dla wytwórni Onyx (Preludia op. 28. Sonata b-moll). Z innych ciekawostek: za muzykę dawną nagrodzono Savalla za Jerusalem, za recital wokalny - Sandrine Piau z Accademią Byzantiną w Haendlu (Naive, która została też firmą roku), za operę - Nos Szostakowicza w wykonaniu artystów Teatru Maryjskiego pod batutą Gergieva, za płytę solową - Thomas Zehetmair za interpretację kaprysów Paganiniego (wystąpi na tegorocznym ChiJE); jedynym polskim akcentem jest obecność Mariusza Kwietnia w Eugeniuszu Onieginie Teatru Bolszoj pod dyrekcją Alexandra Vedernikova. A za całokształt nagrodzona jest w tym roku Mirella Freni.

Interesujące, acz krótkie (zaledwie pół godzinki), było spotkanie z Peterem Gelbem, dyrektorem Metropolitan Opera. Opowiadał o tym, jak zabierał się do wypromowania tej opery, znanej z największego chyba w świecie konserwatyzmu. Jedyną i najwłaściwszą drogą były nowe media. Ciekawa jest statystyka: z 290 mln dolarów, jakie idą na roczną działalność Met, 30 mln wydawane jest na nowe działania medialne, czyli na transmisje na żywo do kin na całym świecie, i z tych 30 mln zwraca się im połowa. To naprawdę nieźle. Wielokrotnie też podkreślał Gelb wspólne emocje przy tych transmisjach ze sportem: można śledzić na bieżąco, czy ulubiony tenor wytrzyma daną partię i czy ogólnie muzycy dadzą radę i się nie wykopią…

Takie emocje pamiętam z pierwszej w historii transmisji opery na żywo w plenerze: Toski w 1992 r. w trzech miejscach Rzymu, tych, w których akcja dzieła sie rozgrywa.  W 2000 r. powtórzone to zostało z Traviatą w Paryżu (ostatnio tu o tym wspominaliśmy). A ja miałam właśnie dziś zaszczyt poznać reżysera tych superprodukcji telewizyjnych - Andreę Andermanna, który planuje kolejną transmisję - Rigoletta. Gdzieś we Włoszech, ale jeszcze nie wiadomo, gdzie i kiedy.

Inna ciekawa znajomość, którą dziś zawarłam, to pewien pan ze Sztokholmu, który przyszedł na stoisko polskie w zeszłym roku i zaczepił Bognę Kowalską z Polskiej Orkiestry Radiowej. Okazało się, że reprezentuje firmę Sterling, wydającą europejską romantyczną muzykę symfoniczną. Wydawałoby się, kogo to obchodzi, a jednak. A w Polsce przecież mamy trochę tego typu przykładów. Wybór Szwedów padł na Zygmunta Noskowskiego; skorzystano z nagrań POR. I oto mam przed sobą płytę z uwerturą Morskie Oko, I Symfonią i uwerturą do opery Pan Zołzikiewicz (pierwsze słyszę o takiej operze). Co jeszcze ciekawe, tekst omawiający w broszurce napisał szwedzki muzykolog (tłumaczony na polski i angielski). “Muzyka Zygmunta Noskowskiego jest niezwykle barwna i pełna frapującej melodyki, płynie z lekkością i ukazuje wielki ładunek emocjonalny. Dzięki temu jest to bardzo polska muzyka” - kończy pan Jan Henrik Amberg. No i znów wyszliśmy na tych od emocji… Płyt z Noskowskim ma być cztery, a jak już wszystkie wyjdą, powstanie z tego box.

Tutaj wrzucam już zdjęcia.

Podróż do wnętrza orkiestry

2010/01/22, piątek

We środę w Filharmonii Łódzkiej odbyło się spotkanie z Łukaszem Borowiczem. Piszę, że odbyło się, a nie - że ja je prowadziłam, bo właściwie prowadzić go nie było potrzeby, a i Lech Dzierżanowski, dyrektor filharmonii, też zadawał pytania. Ale przede wszystkim bohater wieczoru jest człowiekiem bardzo komunikatywnym i otwartym, świetnym mówcą, gawędziarzem nawet. Spotkanie trwało bite dwie godziny, a widać było, że publiczność (ok. 40 osób) wytrzymałaby jeszcze dłużej.

Bo też i było o czym posłuchać. O tym, czy dyrygent jest w ogóle potrzebny i dlaczego. O tym, jak to jest z dyrygowaniem na pamięć i czy to dobrze, jak się w ten sposób dyryguje, czy nie. Wielu muzyków orkiestrowych twierdzi, że nie czują się komfortowo w takiej sytuacji, bo nie są pewni, czy dyrygent się nagle nie wysypie, w końcu to też człowiek. Wśród dyrygentów są dwie szkoły - skrajnym przykładem zwolennika dyrygowania bez nut był Arturo Toscanini, który, gdy po raz pierwszy w życiu przydarzyła mu się wpadka pamięciowa (a miał już lat 87!), odłożył batutę i więcej nie wziął jej do ręki (żył jeszcze trzy lata). Przeciwnie Karl Böhm - gdy go kiedyś spytano, dlaczego dyryguje z nut, miał odburknąć: “Bo umiem czytać nuty”.

Inna sprawa, że trudno sobie wyobrazić np. dyrygowanie operą bez partytury. Byłoby to wręcz nieodpowiedzialne działanie. Także właśnie z powodów czysto psychologicznych - żeby artyści czuli się pewnie. W ogóle bardzo ciekawe jest spojrzenie z orkiestry - o wielu sprawach w ogóle nie mamy pojęcia. Na przykład o tym, że dźwięk rozchodzi się inaczej z przodu, a inaczej z tyłu sceny, i dęte i perkusja muszą być odrobinkę w tyle za pierwszymi skrzypcami, żeby publiczność odnosiła wrażenie, że jest równo. Łukasz opowiadał, jak kiedyś to odkrył siedząc (jako asystent) koło puzonów, bo go zainteresowało, jak to jest. Sam zresztą był swego czasu skrzypkiem i będąc na I roku pojechał na obóz orkiestrowy nie przyznając się, że studiuje dyrygenturę.

Dzisiejsi dyrygenci zresztą - i on to potwierdza - są coraz bliżej orkiestry, bo też orkiestry są inne niż kiedyś. Muzycy są lepiej wykształceni. Łukaszowi opowiadano w Filharmonii Narodowej, że jeszcze za czasów Witolda Rowickiego było tam wielu muzyków słabiej wykształconych - pokłosie wojny. Teraz wszyscy są po studiach, wszyscy są mądrzy, i dyrygentowi coraz trudniej zdobyć autorytet. Trzeba być z nimi bliżej, ale też nie stawać się kumplem, pewien dystans powinien być. I tak muzycy nigdy nie będą kochać dyrygenta, wielu będzie go wręcz nienawidzić, więc najlepiej ten efekt maksymalnie zminimalizować. Nie jest to więc czas dyrygentów-tyranów, dyrygentów-sadystów. Nie mówiąc o przepisach kodeksu pracy, na podstawie których można przełożonego oskarżyć o mobbing.

Z technicznych spraw ciekawe jest też - opowiadał Łukasz - że niektóre orkiestry grają równo z ruchami dyrygenta, a inne - z opóźnieniem, i czasem trudno się przestawić. Interesujące, że jest tu jakaś zależność kulturowa, są różne tradycje w tej dziedzinie w różnych krajach.

Jeszcze była mowa o repertuarze. Borowicz stał się specjalistą od muzyki zapomnianej, także operowej - przypomnijmy Lodoïskę Luigiego Cherubiniego i Berggeista Louisa Spohra, wykonane na Festiwalu Beethovenowskim i potem wydane z Polskim Radiem na płytach. Ostatnio radio wydało (jeszcze nie ma na rynku) kolejne ciekawostki: Marię Romana Statkowskiego i Przygodę Króla Artura, operę radiową Grażyny Bacewicz. A propos Statkowskiego: jego inna opera, Filenis (nigdy wcześniej nie słyszałam o tym tytule), rozgrywająca się w starożytnej Grecji, miała premierę w Covent Garden po tym, jak zdobyła I nagrodę na konkursie w Londynie. Co zaś do Marii, posłuchaliśmy orkiestrowego fragmentu odmalowującego tętent kozackich koni, który brzmiał jak z Wagnera. Łukasz opowiada, że sprawdził, co grano w Teatrze Maryjskim, gdy Statkowski studiował w Petersburgu - okazało się, że m.in. Walkirię.

Opowiadał też, jak studiował dzieje wykonań utworów, oglądając notatki i podpisy składane przez muzyków orkiestrowych na swoich głosach (tak się mówi na nuty z pojedynczą partią danego muzyka). Czasem, zwłaszcza, gdy są stare, układają się w fascynującą historię. To są czasem jedyne ślady po tych cichych bohaterach, których działania składały się na wspólną kreację, która uleciała gdzieś w przestrzeń…

PS. Zrobiłam teraz ten wpis nie tylko dlatego, że temat ciekawy, ale i dlatego, żeby Was z czymś zostawić - raniutko wylatuję. Kiedy się odezwę - nie wiem, pewnie jakoś w drugiej połowie dnia, a może i pod jego koniec, z hotelu.

Po niemiecku, po brazylijsku

2010/01/20, środa

Zaliczyłam w ostatnich dniach dwa kolejne koncerty Roku Chopinowskiego w Filharmonii Narodowej - w sobotę koncert symfoniczny z udziałem Larsa Vogta, dziś - recital Cristiny Ortiz. I tak sobie myślę o refleksji, którą się ze mną podzielił właśnie dziś Stanisław Leszczyński - że my mamy zwyczaj patrzeć na Chopina poprzez obraz, który nam się uklepał na Konkursach Chopinowskich. A przecież pianiści wywodzący się z innych kultur patrzą na niego całkiem inaczej, przefiltrowując swoje interpretacje przez własną kulturę, doświadczenia i upodobania.

Lars Vogt, który w tym roku skończy 40 lat, jest cenionym pianistą niemieckim; jako dwudziestolatek dostał II nagrodę na konkursie w Leeds. Kiedyś słuchałam, niestety tylko przez radio, jego recitalu z Dusznik; uznałam go za pianistę na swój sposób interesującego, ale na pewno nie chopinistę. To mi się teraz potwierdziło. W Warszawie, z orkiestrą FN pod batutą Mirosława J. Błaszczyka (czemu on się tak stara na Kaspszyka pozować?), zagrał dwa koncerty: Schumanna i Chopina (e-moll).

I tu potwierdziło się też, co pisałam w poprzednim wpisie o różnicach między Schumannem i Chopinem. Vogta nazwałam po tym występie na własny użytek pianistą kwadratowym. Nie bardzo wylewnym, trochę chłodnym, grającym tak trochę schodkowo - ciszej, głośniej, jakby bez płynnych przejść, bez swobodnego kształtu frazy, bez wahań rytmicznych. W Schumannie to nawet było odświeżające - granie bez cienia romantycznej egzaltacji, wyraziście, trochę jakby klasycznie. Choć i sztywnawo. Naromiast w Chopinie to było dla mnie nie do wytrzymania. Chopin to jednak jest poeta odcieni, improwizator z ducha, fantazja to jego drugie imię. Tak się po prostu grać go nie da. Sobotnia publiczność zareagowała jednak z entuzjazmem, byli nawet wstający. W piątek ponoć aż takich oklasków nie wzbudził, ale i takie, jakie były, wystarczyły, by zabisował - w oba dni tym samym Nokturnem cis-moll op. posth.

Cristina Ortiz jest o 20 lat starsza (była zwyciężczynią konkursu Van Cliburna w 1969 r.), ale w grze sprawia chwilami wrażenie o 20 lat młodszej - mieszka od wielu lat w Londynie, ale brazylijski temperament jej nie opuszcza. Byłam kiedyś na jej recitalu w Dusznikach i stwierdziłam, że mało kto gra tak utwory Alberta Ginastery jak ona, no chyba, że Martha Argerich, ale ona coraz rzadziej. Cristina gra jednak poza tym bardzo różną muzykę, w tym i Chopina. Na tutejszy recital wybrała bardzo ambitny program i bardzo sprytnie ułożony: w pierwszej części I Scherzo, II Ballada, III Scherzo, IV Ballada, w drugiej - I Ballada, II Scherzo, III Ballada, IV Scherzo. No i to była świetna ilustracja spojrzenia na Chopina z całkiem innej perspektywy, w tym wypadku latynoskiej. Oznacza to bardzo giętkie podejście do rytmu z idealnym przy tym wyczuciem pulsu, co do Chopina jest podejściem jedynie słusznym w tej dziedzinie. Cristina potrafi jednocześnie wydobywać po parę planów z jego muzyki, a przy tym pięknie to wszystko cieniuje. To nie znaczy, że wszystko było idealnie, było trochę zaczepek i niedograń (może nie doćwiczyła?), ale muzykalność i temperament zwyciężały, choć pewne szczegóły interpretacyjne, wynikające właśnie z innej perspektywy, mogły nas zaskakiwać. Bisowała dwa razy - najpierw pięknym i smutnym utworem zapewne z jej rodzinnych rejonów, ale zapowiedziała go tak cicho, że zrozumiałam tylko słowo victims, co kazało się domyślać, że poświęca ten bis ofiarom trzęsienia ziemi w Haiti, a potem zagrała jeszcze Chopina - Etiudę As-dur op. 25 nr 1, tą samą, którą bisował Lang Lang, ale jakże inaczej! Bez cienia efekciarstwa, pastelowo, trochę impresjonistycznie, przywodząc na myśl w środku zimy wiosenny wietrzyk.

PS. Jutro (a właściwie już dziś, piszę to po północy) o 19. w Filharmonii Łódzkiej prowadzę spotkanie z Łukaszem Borowiczem. Na wyjazd maluszka nie wezmę, bo z doświadczenia wiem, że i tak czas tam będę miała raczej na życie towarzyskie… A w czwartek rano już wracam. A w sobotę do Cannes.

Chopin, Schumann, dwa bratanki?

2010/01/18, poniedziałek

W naszym Opusie Zbiorowym pozwoliłam sobie (akt IV, scena I, na melodię fragmentu Chopin z Karnawału Schumanna) na zwięzłe satyryczne ujęcie relacji Schumann-Chopin. To były oczywiście żarty, ale jak to było naprawdę między Chopinem a jego rówieśnikiem Schumannem?

W 1831 r. w piśmie “Allgemeine Musikalische Zeitung” Schumann opublikował literacki esej, w którym jego dwa alter ego: porywczy Florestan i flegmatyczny Euzebiusz rozprawiają na temat Wariacji na temat “La ci darem la mano” Chopina. I to właśnie Florestan wypowiada te słynne słowa: Hut ab, meine Herren - ein Genie!  Schumann od początków swych działań na rynku muzycznym szedł w dwie strony - dźwięku i słowa. Działał później przez wiele lat jako krytyk muzyczny i wielokrotnie omawiał dzieła Chopina w wydawanym przez siebie piśmie “Neue Zeitschrift für Musik” (coraz bardziej zresztą ich nie rozumiejąc; nie umiał sobie np. poradzić - nie on jeden zresztą - z finałem Sonaty b-moll). Chopin zaś, choć miał niezwykły talent językowy, wrodzoną elegancję wypowiedzi i cienkie poczucie humoru, pozostawiał te wszystkie skarby wyłącznie dla rodziny i przyjaciół, o czym możemy się przekonać czytając jego listy. Pisaniem dla szerszych mas czytelników nigdy nie chciał się zajmować, zresztą dobrze wiedział, czego od niego chciano - z całą pewnością nie tego. Był w ogóle oszczędny w wymowie, obca mu była egzaltacja. Klasyk, nie romantyk.

Tak więc mimo talentów w tych samych dziedzinach Chopina i Schumanna dzieliło niemal wszystko. A już zwłaszcza upodobania w kwestii relacji między słowem a muzyką. U Chopina wszystko było raczej w domyśle, Schumann był za literackimi inspiracjami. Chopin był człowiekiem niuansu, Schumann - opowieści. Dwa różne aspekty, dwa bieguny nawet, romantyzmu. Nic dziwnego, że nie mogli się zrozumieć. Spotkali się parę razy w życiu, ale choć Schumann był wielkim entuzjastą muzyki Chopina, nie było to wzajemne, a kontakty nie wyszły poza kurtuazję. Lepiej już Chopinowi porozumiewało się z Mendelssohnem - łączyła ich pewnie miłość do klasyki, choć też byli zupełnie od siebie różni i obaj mieli tego świadomość - po wspólnym muzykowaniu Mendelssohn napisał w liście do siostry Fanny: “…było tak, jakby spotkali się i prowadzili rozmowę Kafr z Irokezem”. Ale muzykować razem mogli. Z Schumannem - już nie bardzo.

Smutne są zdania, które można przeczytać w jednym z przypisów w ciekawej książce prof. Jean-Jacquesa Eigeldingera pt. Chopin w oczach swych uczniów:

“Chopin pozostał całkowicie zamknięty na sztukę Schumanna, zaś dedykacja Ballady op. 38 - A Monsieur Robert Schumann - była jedynie formą kurtuazji, oficjalnym podziękowaniem za dedykację Kreislerianów op. 16. (…) Nie wydaje się, żeby spotkania z Schumannem i dowody jego nieskrywanego zachwytu zmieniły pełną rezerwy postawę Chopina wobec kompozycji Florestana-Euzebiusza. Smutkiem napawa też relacja Mathiasa [Georges Mathias, uczeń Chopina - DS]: ‘Innego dnia, gdy Chopin będąc chorym przyjął nas [...], ujrzałem na jego stoliku nocnym pierwsze wydanie Karnawału Schumanna z kartą tytułową ozdobioną litografią. Gdy ojciec mój zapytał go, co sądzi o tym utworze, Chopin odpowiedział z taką obojętnością, jakby tylko pobieżnie znał to dzieło Schumanna. Było to w roku 1840, a Karnawał powstał w roku 1834 [wydany był de facto w roku 1837] i, jak już powiedziałem, Chopin nie tylko sprawiał wrażenie, iż nie znał dziewiątego opusu Schumanna, ale wydawało się też, że nie ma najmniejszej chęci zapoznać się z nim’ (s.6). Zdarzenie to potwierdzają wspomnienia S. Hellera (Niecks II, s. 112-113), zwłaszcza podane przezeń stwierdzenie Chopina, według którego ‘Karnawał nie jest bynajmniej muzyką’. Nie wiemy, co myślał polski kompozytor o sugestywnym portrecie muzycznym, jaki nakreślił Schumann w roznamiętnionej kantylenie op. 9!”.

Czyli - biedny Robert…

Strumyk lubi w dolinie…

2010/01/14, czwartek

sarna lubi w gęstwinie, w polu lubi ptaszyna, lecz dziewczyna, dziewczyna… No tak, z ludzkim rodzajem największy kłopot. Bardzo mnie zawsze śmieszyła (ale sympatycznie) ta piosenka Chopina. Bo jego pieśni to w większości właściwie piosenki, muzyka popularna, śpiewnikowo-domowa, bez pretensji. Pisał je przez całe życie: najwięcej w latach 1829-30, czyli jeszcze w Polsce i “na wylocie”, a potem w późniejszych latach trzydziestych, a kilka, bardziej już posępnych (z wyjątkiem znanego przeboju Śliczny chłopiec [czego chcieć, czarny wąsik, biała płeć], który pochodzi z 1841 r., czyli jeszcze z czasów muzykowania w Nohant) - już w latach czterdziestych, pod koniec życia. Nie wydawał ich nigdy, zrobił to dopiero przyjaciel kompozytora Julian Fontana po jego śmierci. Więcej o pieśniach można przeczytać tutaj - przy okazji muszę pochwalić bujny rozwój strony internetowej NIFC - a jak nakliknąć na pojedynczy tytuł, można znaleźć trochę informacji o każdej z pieśni, a nawet wysłuchać wrzuconych na YouTube nagrań Ewy Podleś z Garrickiem Ohlssonem.

Na YouTube jest więcej nagrań - jakiś Wenezuelczyk podrzucił też całą serię z Elżbietą Szmytką, nie wymieniając jej nazwiska, dopiero gdzieś w komentarzach (tutaj z kolei się w komentarzach tłumaczy, że jest Wenezuelczykiem). Ciekawe, że przy każdej z pieśni podał tekst, więc jak ktoś zainteresowany, może tu znaleźć.

Wyszły teraz dwie kolejne płyty z pieśniami. Obie ciekawe, zupełnie inne od siebie, choć przecież zawierają te same utwory. Jedna w czarnej serii NIFC - Aleksandra Kurzak, Mariusz Kwiecień i na pleyelu Nelson Goerner. Druga w serii Wydania Narodowego (BeArTon) - Iwona Sobotka, Artur Ruciński, Ewa Pobłocka (na steinwayu).

Opisałam je właśnie dla papierowej “Polityki” na Afisz, ale tu mogę to zrobić nieco dokładniej. Są takie pieśni, które są raczej przeznaczone dla męskiego wykonawcy (np. Moja pieszczotka), są i raczej dla kobiet (Śliczny chłopiec). Te zasady są w obu zbiorach zachowane, ale są też takie, których “płeć” nie jest określona, więc Gdzie lubi, od którego zaczęłam ten wpis, wykonuje w czarnej serii Kwiecień, a w Narodowym - Sobotka. Następny w kolejności Poseł  śpiewają Kurzak i Ruciński. Także jedna z najbardziej dramatycznych pieśni, Leci liście z drzewa, na czarnej płycie śpiewana jest przez Kurzak, a w Narodowym przez Rucińskiego. Jest też jedna ciekawostka w Narodowym, której nie ma w czarnej serii - solowy Mazur, wpisany do sztambucha bez akompaniamentu, jako pieśń o bardzo chłopsko-polskim zabarwieniu. Śpiewa go Ruciński, ale głosem bynajmniej nie stylizowanym na ludowo, tylko swoim operowym, co mi zresztą przywiodło na pamięć, że jego rodzice swego czasu występowali w zespole Mazowsze.

Zarówno Kurzak, jak Kwiecień starają się być bardzo aktorscy, przy czym Kurzak zaskakuje ciemnym jak na sopran głosem, śpiewa też dość nisko. Wydaje mi się jednak, że oboje trochę w tym swoim aktorstwie słodzą, zaznaczając paradoksalnie w ten sposób pewien dystans - epokowy, stylistyczny, emocjonalny. Goernerowi za to iskry lecą spod klawiszy, np. w jednej z Chopinowskich opowieści o duchach - Narzeczonym. Ogólnie płyta sprawia dużą satysfakcję, choć nie wszystko odpowiada mojej wymarzonej interpretacji - ale… śliczna płytka, czego chcieć.

Na drugiej płycie w uszy rzuca się przede wszystkim coś dziwnego, co robi Sobotka. Już zwracaliśmy na to uwagę na koncercie podczas zeszłorocznego ChiJE; tu jest to trochę bardziej stonowane, choć bardzo momentami rażące. Podoba mi się jasna barwa i brak wibracji. Denerwuje ckliwe przeciąganie dźwięków i szum w głosie jak u jakiejś piosenkarki pop, no i bywa, że dochodzi wręcz do fałszów. A zdarza się też po prostu kicz. Śliczny chłopiec jest lubieżny jak z filmu erotycznego. Strasznie mnie to zasmuciło, bo mi się kiedyś głos Sobotki podobał; nie wiem, czy to jednorazowy wyskok, czy tendencja trwała… Z kolei Arturowi Rucińskiemu można zarzucić tylko nadmierną już może obiektywizację tych utworków, choć zdarzają mu się też bardziej zaangażowane interpretacje. Ale jego bym się bardzo nie czepiała. A Pobłockiej już w ogóle.

Obie płyty opierają się na wersjach pieśni z Wydania Narodowego, więc w różnych szczegółach (np. rytmiczne i tekstowe w Życzeniu) bywają inne niż te wersje, które popularnie się dotąd wykonywało i do których jesteśmy przyzwyczajeni. No, ale w Roku Chopinowskim trzeba pokazywać Chopina autentycznego.

PS. Dziś wreszcie NIFC i Polskie Radio podpisały porozumienie o współorganizacji Dekady Chopinowskiej (urodzinowej), ChiJE i Konkursu Chopinowskiego. Będą więc transmisje i retransmisje, to i owo nie tylko w Dwójce, ale i na innych antenach.

Z koncertu na koncert

2010/01/10, niedziela

Piątek, Filharmonia Krakowska. Nie było tłumów, w Królewskim Stołecznym Mieście w ogóle na szeregowych koncertach filharmonicznych trudno o tłumy, a poza tym na pewno wielu odstręczyła parszywa naprawdę pogoda: jak to się w prognozach mawia, marznąca mżawka powodująca gołoledź. Na Balicach nie dało się wylądować, czego skutkiem była nie tylko nieobecność Martina Buscha i grupy przyjaciół z Niemiec, ale i fakt, że występ Dominika Połońskiego - czwarte, po Warszawie, Łodzi i Kielcach, wykonanie Koncertu wiolonczelowego na prawą rękę Olgi Hans - nie został nagrany. Miał go nagrać właśnie Martin swoim znakomitym sprzętem. A Dominik naprawdę dał z siebie wszystko. Zwykle zresztą daje, ale tym razem jakoś emocje mu się jeszcze bardziej spotęgowały, mówił potem, że wciąż miał łzy w oczach. (Moja krakowska koleżanka-recenzentka też mi powiedziała, że się popłakała.) Ja odbierałam z większego dystansu - z balkonu, więc doceniałam przede wszystkim to, co robił z dźwiękiem, z jego barwą. To było tak różnorodne i tak intensywne, że chwilami ciarki przechodziły. No i techniką zaskoczył starych wyjadaczy - byłam świadkiem, jak skrzypaczka z orkiestry po koncercie wypytywała go, w jaki sposób robi flażolety…

Straszna więc szkoda, że to wykonanie nie zostało zarejestrowane. Jest tylko rejestracja prawykonania i być może powstałaby z tego płyta, ale Dominik nie jest już z tej wersji zadowolony. Już poszedł dużo dalej… To wspaniałe.

Łukasz Borowicz mądrze skomponował program, obudowując ten utwór dziełami dwudziestowiecznymi - Uwerturą bohaterską Panufnika i symfonią Mathis der Maler Hindemitha. Ten ostatni utwór podobał się publiczności (bo ta publiczność, co była, była bardzo ciepła) na tyle, że fragmencik finału został zabisowany. Bardzo to lubiłam, jak miałam gdzieś z 15 lat. Ołtarz z Isenheim (przechowywany w Colmar) Grünewalda, który był inspiracją dla Hindemitha, najpierw sobie wyobrażałam, potem widziałam marne reprodukcje, ale szokiem było ujrzenie go w końcu na żywo. To jeden z przypadków, w których reprodukcja w ogóle nie oddaje istoty dzieła. Ani muzyka oczywiście, bo jest z innej bajki…

Sobota, Studio im. Lutosławskiego. Rzeczywiście nastrój był iście karnawałowy - z powodu programu (Rossini), no i oczywiście z powodu konferansjerki. MM wyszedł, powiedział obowiązkowe polskie “Dobry wieczór” i “Szczęśliwego Nowego Roku” (coraz lepiej idzie mu wymowa) i zapowiedział parę zmian w programie. W sumie nie tak istotnych - po prostu zmianę kolejności, zastąpienie jednej arii drugą i wykreślenie kawałka orkiestrowego - ale i tak zmienione rzeczy poszły w bisach. Rozstawione były mikrofony, co oznacza, że nagrywanie płyty już się rozpoczęło. Z czego wniosek, że będą musieli zrobić dubel m.in. uwertury do Kopciuszka, bo nie poszła najlepiej. Ale potem wyszła Julka i się zaczęło…

Jest to okaz, naprawdę. Przedziwne zresztą jest to pomieszanie dziecięcości (w wyglądzie), dorosłego brzmienia, wirtuozowskich, leciutkich jak piórko koloratur i jednak przy tym pewnego niewypierzenia, a może już niedostatków (to się pewnie z czasem okaże) - np. niezbyt mocno rozwiniętego dolnego rejestru, bez którego śpiewanie mezzosopranowych partii Rossiniego nie błyszczy pełnym blaskiem. Może Lezhneva jest po prostu raczej sopranem, a może te doły jeszcze rozwinie. W każdym razie sala kupiła ją natychmiast - brawa, okrzyki, standing ovation na koniec itp. A dziewczynka skromna i przesympatyczna, podobno w kontaktach pozascenicznych także. Minkowski bardzo szarmancko ją z początku traktował, całował z polska w łapkę, ale na końcu już dawał jej buziaki. No, nie da się ukryć, że było za co.

A i orkiestra w końcu się sprężyła i świetnie się bawiła. Bo Rossini to wspaniała zabawa. Pyszne więc było i Pas de deux z Wilhelma Tella, i uwertura do Sroki złodziejki. I w końcu orkiestra też zarobiła porządną owację.

A co wykonała Julia? Niespodziewanie zaczęła od słynnej arii Rozyny Una voce poco fa z Cyrulika sewilskiego (i tu właśnie zabrakło jej trochę dołów, choć koloraturki były piękne). Potem była aria Matyldy z Wilhelma Tella, aria Kopciuszka (Nacqui all’affanno), a w drugiej części zamiast podanej w programie arii tytułowej postaci z Zelmiry - Tanti affetti z La donna del lago; Minkowski skomentował tę zmianę tak: “Ta sama historia. Triumf głównej bohaterki”. W sumie Zelmira pojawiła się jako ostatni, efektowny bis; jeszcze wcześniej była aria Pamiry z L’assedio di Corinto.

Płyta ma być gotowa jesienią, i oczywiście do nas spłynie później. Ale kto wie, może coś się sprokuruje… ;-)

Chiński ambasador Chopina

2010/01/8, piątek

Około dwudziestu koncertów chopinowskich ma w tym roku zagrać Lang Lang - w Europie, Azji, Ameryce. Zaczął już w zeszłym roku, miesiąc temu, inaugurując Rok Chopinowski w Pekinie. W Warszawie zrobił to dopiero teraz. Zagrał Andante spianato i Wielki Polonez, a potem Koncert f-moll, który jest jednym z jego ulubionych utworów i, jak uważa, jednym z najpiękniejszych dzieł w historii muzyki w ogóle, zwłaszcza środkowa część. (Na bis zagrał jeszcze Etiudę As-dur op. 25 nr 1.) Kiedy nagrywał oba koncerty z Zubinem Mehtą, wypytywał i jego, i Barenboima, jak pracowali z innymi chopinistami, zwłaszcza z Arturem Rubinsteinem. Opowiadali mu też o kontekstach: o operach Belliniego i nokturnach Fielda, o historii Polski i powstaniach… Powiedział nam to na konferencji prasowej przed koncertem. Muszę powiedzieć, że mimo, że wciąż sprawia wrażenie chłopaczka, wypowiada się w sposób o wiele bardziej dojrzały niż podczas poprzedniej wizyty.

Chopin był (i wciąż jest) nie tylko jednym z jego ulubionych kompozytorów, ale podstawową częścią jego repertuaru - mówi, że kiedyś zajmował 85 proc. jego repertuaru. Jest to naturalne w Chinach, gdzie jest to najważniejszy twórca piszący na fortepian, ma miejsce bardzo specjalne.

W Warszawie gra też w piątek (tym razem Koncert e-moll; w Dwójce radiowej nadadzą oba po sobie), a w niedzielę - w Łodzi, gdzie po występie ma wyjść i ukłonić się w kostiumie kosmity, w którym występuje w filmie Chopin Project, animowanym w technice 3D. Scenarzysta zadecydował, że Lang Lang będzie postacią w tym filmie. Będzie mówił do postaci animowanych o Chopinie, o jego muzyce, o tym czego jego muzyka i jego życie nas uczy. O Etiudzie rewolucyjnej, o bólu i tęsknocie. Ulubioną jego sceną jest moment, gdy ma grać z animowanym Chopinem…

A jak zagrał na żywo? Ktoś z Was może oglądał to w telewizyjnej Dwójce, ktoś może posłucha w radiowej. Ja odebrałam to z wyrazami sympatii. Lang Lang już nie jest tak cyrkowy, choć szczeniaczość pozostanie mu już w pewnym stopniu na stałe. Jest impulsywny, emocjonalny, może się w jego interpretacji nie wszystko podobać, ale na pewno ta muzyka żyje. I widać, że pianista rzeczywiście ją kocha, zwłaszcza właśnie tę wolną, liryczną część. Jest szczery i przez to ujmujący.

Niestety w drugiej części koncertu został wykonany gniot tak potworny, że zęby bolały - Missa solemnis Liszta, bardzo rzadko wykonywana (i zrozumiałe, dlaczego). Nie wiem, dlaczego dyr. Wit wybrał ten utwór - pewnie dlatego, żeby było pompatycznie, dostojnie i kościelnie, no i Liszt był przyjacielem i pierwszym biografem Chopina. Ale nie tylko we mnie ten utwór wywołał niejaką irytację. Pół sali zresztą nawiało po pierwszej części. (A między częściami Koncertu oczywiście klaskano. Z dołu nie widziałam, czy zrobił to również prezydent Kaczyński, ale założę się, że też…)

MM, SV, Lezhneva (Rossini)

2010/01/5, wtorek

Wreszcie! Marc Minkowski nagrywa płytę z Sinfonią Varsovią dla firmy Naïve. Właśnie jutro zjeżdża do Warszawy. Przez tydzień, od 6 do 13 stycznia będą ze sobą muzycznie obcować - próbować i nagrywać, a publiczność warszawska będzie mogła usłyszeć efekt ich współpracy już 9 stycznia o godz. 19 w Studiu im. Witolda Lutosławskiego.

W projekcie weźmie też udział chór Warszawskiej Opery Kameralnej oraz solistka - młoda, zaledwie dwudziestoletnia (urodziny miała w grudniu) Rosjanka Julia Lezhneva. Z Minkowskim współpracowała już wykonując jedną z partii sopranowych w Mszy h-moll (to ona śpiewa tam Laudamus te), ale to nie jedyny jej sukces. Uczyła się muzyki od piątego roku życia, studiowała w Konserwatorium Moskiewskim nie tylko śpiew, ale i grę na fortepianie; teraz studiuje w Cardiff International Academy of Voice. W koncertach wokalnych zaczęła brać udział już jako dwunastolatka! Wcześnie rozpoczęła też startowanie w konkursach. Wygrała oba konkursy organizowane przez Elenę Obrazcową: dla młodych śpiewaków (2006) i dla młodych śpiewaków operowych (2007), jest też laureatką konkursu im. Mirjam Helin w Helsinkach (2009). Śpiewa rozległy repertuar, od Bacha, Vivaldiego czy Haendla poprzez Mozarta, Schuberta, Belliniego i Rossiniego po Mahlera czy Rachmaninowa. Na tubie jest jej dużo - i wcale się nie dziwię. Proszę, tak śpiewa Rossiniego: tu i tu. Tu dla odmiany Haendel, a tak śpiewa Lascia ch’io pianga. No i w końcu Broschi (brat Farinellego). To zaraz będzie taka gwiazda, że nie będzie nas stać na jej sprowadzenie, a przede wszystkim ona nie będzie miała czasu. Minkowski ma nosa.

Póki co, Sinfonia Varsovia podaje, że bilety po 50 zł będą do kupienia na godzinę przed koncertem; jest też możliwość rezerwacji do piątku w godz. 12-14 pod tel. 22 645 52 52. Mają też być wejściówki (15 zł). Transmisji w Dwójce nie będzie, bo to sobota i tradycyjny wieczór operowy. Czy będzie rejestracja tego koncertu, jeszcze nie wiem. Ale mam nadzieję, że wszyscy dadzą z siebie, co najlepsze, żeby powstała atrakcyjna płyta. Mają na niej być fragmenty różnych oper Rossiniego: Kopciuszka, Semiramidy, Zelmiry, Wilhelma Tella, Otella, Cyrulika sewilskiego, Cór Koryntu i Sroki złodziejki. To będzie debiut płytowy nie tylko zestawu MM/SV, ale i Julii.

Uwaga, Gergiev!

2010/01/4, poniedziałek

Dużo było świąt i wolnego, więc jakby trochę w cień zeszło, że już zaczynają się duże wydarzenia tego roku. Pierwsze takie w Operze Narodowej będzie już w środę. Otóż teatr wznawia pamiętną realizację Oniegina Czajkowskiego, stworzoną prawie siedem lat temu przez Mariusza Trelińskiego ze scenografią Borisa Kudlicki. Realizację pamiętną, bo pokazującą Czajkowskiego inaczej; pod pewnymi względami kontrowersyjną, ale na pewno interesującą. Tutaj moja ówczesna recenzja z premiery. Na jakiś czas spektakl zszedł ze sceny i był to jeden z tych, których się żałowało.

Teraz wraca, i to nie byle jak, bo pod dyrekcją samego Valerego Gergieva. Szef petersburskiego Teatru Maryjskiego, a przy tym tytan pracy obecny na całym świecie, m.in. w nowojorskiej Met i w London Symphony Orchestra, której jest od paru lat głównym dyrygentem (był też wcześniej szefem orkiestry filharmonicznej w Rotterdamie), ma dla nas czas tylko 6 stycznia, ale dobre i to. Tak się składa, że będzie to dokładna rocznica pierwszego kontaktu tego dyrygenta z tym zespołem: 6 stycznia 2009 r. Gergiew pokierował w Warszawie innym dziełem Czajkowskiego - Damą pikową, także w realizacji Mariusza Trelińskiego. Ich współpraca artystyczna datuje się od 2005 r., kiedy to Gergiev wystawił w Teatrze Maryjskim Madame Butterfly w inscenizacji naszego reżysera; dwa lata temu przyszła kolej na Króla Rogera (w wersji wrocławskiej), którego potem Gergiev zawiózł z wielkim sukcesem na festiwal w Edynburgu. Zaprosił też później Trelińskiego do wyreżyserowania dwóch rosyjskich jednoaktówek: Aleko Rachmaninowa i Jolanty Czajkowskiego, które zostały pod jego batutą nagrane na DVD z Anną Netrebko w roli głównej.

We środę (początek o godz. 19) tytułową rolę zaśpiewa Artur Ruciński (był to swego czasu jego efektowny debiut). Gościnnie wystąpi paru rosyjskich solistów: Inna Mataeva (Tatiana), Sergei Skorokhodov (Leński), Sergei Alexashkin (Książę Griemin).

I teraz okazja. Cztery bilety mam od Opery Narodowej do rozdania dla blogowiczów. Bardzo proszę o zgłoszenia na adres: d.szwarcman[at]polityka.com.pl. Mogą być do odebrania w recepcji “Polityki”, mogę też umówić się na inny odbiór - to do ustalenia. Kto pierwszy, ten lepszy :-D

Pierwsza premiera w tym roku

2010/01/3, niedziela

Tak ściśle rzecz biorąc to trudno powiedzieć, czy to pierwsza premiera w tym, czy ostatnia w zeszłym: odbył się już spektakl przedpremierowy (30.12.), sylwestrowy (31.12.), noworoczny (1.01.), ja byłam wczoraj na premierze prasowej, a dziś jest premiera oficjalna. Dość to zabawne i ciekawe, czy ten zwyczaj zagości już w Operze Wrocławskiej na stałe, czy też może był to wyjątek z powodu eksperymentu…

Bo to był eksperyment i to z kilku powodów - od początku miałam to wrażenie, a potem w rozmowie potwierdziła mi to pani dyrektor Ewa Michnik. W programie spektaklu na wszelki chyba wypadek nie napisano nic o realizatorach, ale ja dostałam dodatkowe materiały, w których było wiele ciekawych rzeczy, napisanych zresztą językiem niespecjalnie budzącym zaufanie. Otóż sam spektakl, tenże Czarodziejski flet autorstwa tych samych realizatorów, został już wcześniej, w 2007 r., wystawiony w Filharmonii Sudeckiej w Wałbrzychu, a po dwóch latach, we współpracy z Akademią Muzyczną w Łodzi, w studiu telewizyjnym Toya. Jego zainstalowanie w Operze Wrocławskiej odbyło się przy wsparciu marszałka województwa dolnośląskiego.

Kierujący spektaklem Dariusz Mikulski, to wedle materiałów zaiste człowiek renesansu, a raczej człowiek-orkiestra. Jest dyrektorem naczelnym i artystycznym Filharmonii Sudeckiej, adiunktem łódzkiej Akademii Muzycznej, konsultantem artystycznym Thailand Philharmonic Orchestra, a poza tym ma swoje biuro koncertowe, agencję artystyczną i reklamową - a w ogóle to jest waltornistą i krąży między Polską a Niemcami. Anna Długołęcka, odpowiedzialna za reżyserię i scenografię, jest ponoć projektantką mody (nie słyszałam, ale przyznaję, że specjalnie się na tej dziedzinie nie znam), która w pewnym momencie zajęła się operą. Flet był jej pierwszą pracą; w Wałbrzychu ponoć zrobiła jeszcze Toskę.

Pani dyrektor przystała na ten eksperyment, ponieważ przede wszystkim ciekawiło ją, czy projekcje filmowe w spektaklu operowym mogą być interesującym środkiem. Nie trafiła na najlepszy przykład, bo choć z początku rzecz zapowiadała się nawet ciekawie - od wyświetlenia abstrakcyjnego symbolu, nawiązującego jednak do symboliki masońskiej, to potem rozwinęło się to w niejaki groch z kapustą. Kostiumy - opierające się głównie na stylistyce gigantycznych robótek ręcznych - były nierównej jakości; najciekawszy był strój i sceneria związane z Królową Nocy i Trzema Damami. Reszta była raczej niepiękna, a już jakimś dziwnym anachronizmem było ubranie towarzyszy Sarastra po prostu w pomarańczowe szaty krisznowców. Jednak ja nie mam wątpliwości, że projekcje mogą być w operze środkiem bardzo mocnym, jeżeli są przemyślane i w przemyślany sposób wprowadzone. Szkoda więc, że szansa została zmarnowana. Inna jeszcze sprawa, że choć w Flecie można sobie poszaleć realizacyjnie, boć to przecież wielka bajka, to do pewnych elementów widz jest przyzwyczajony - musi być na początku smok, przy grze Tamina na flecie - słuchające go zwierzątka itp. Mnie ich brak akurat nie przeszkadzał, ale był niekonsekwentny - gdy na początku smok się nie pokazał, myślałam, że realizatorka pójdzie w stronę psychologiczną, że się Taminowi przyśnił, że podświadomość itp. Ale niestety był bałagan.

Drugim eksperymentem było obsadzenie w ważnych rolach bardzo młodych, początkujących wręcz solistów. Trochę się tu zaczynam bać - pani dyrektor twierdzi, że Mozart to dla nich dobra szkoła. To na pewno, ale już widać, że to nie takie proste. Aleksander Zuchowicz, który dopiero co w Opowieściach Hoffmanna w przezabawnej roli Franza ukradł cały show, tym razem musiał udźwignąć rolę Tamina i choć wiele brzmień miał naprawdę pięknych, to na górne dźwięki musi bardzo uważać. Aleksandrze Szafir jako Paminie trzeba przyznać, że każda nuta była czyściutka, żadnych problemów intonacyjnych, niestety śpiewała cały czas donośnym, nawet ostrym głosem, jakby się bała, czy zostanie usłyszana. Mało było w tym plastyczności, uczuć - śpiewała z ekspresją dziewczynki, podczas gdy Pamina, choć młoda, jest już czującą kobietą. Poniżej swoich możliwości śpiewała tym razem Joanna Moskowicz jako Królowa Nocy, choć dopiero co olśniewała jako offenbachowska Olimpia; poniżej zaś swoich możliwości aktorskich (które też znam z innych przedstawień) wykonywał rolę Papagena Łukasz Rosiak. Podejrzewam, że te usterki związane są po pierwsze z niedopracowania inscenizacyjnego, a po drugie - ze zbyt wolnych temp nadawanych przez dyrygenta. Stąd być może uderzająca często sztywność. Ale spektakl ma przejąć doświadczony dyrygent Tadeusz Zathey, który na pewno będzie dawał tempa rozsądniejsze.

W każdym razie wolę tę realizację od poprzedniej w tej operze (autorstwa Marka Weissa), w której np. smokiem goniącym za Taminem była ogromna baba z wielkimi cycami. Owszem, w Czarodziejskim flecie faktycznie są pewne akcenty antyfeministyczne, ale to już raczej była przesada…

A tu klip wersji wałbrzyskiej.