Dwie opery

Udostępnij
Wyślij emailem
Drukuj

Jedna z drugą nie ma nic wspólnego, tylko tyle, że najpierw wysłuchałam jednej, potem drugiej. Nie będę się więc bawić w porównania, bo i po co. Po prostu garstka refleksji na świeżo.

1. Ercole su’l Termodonte w Krakowie. Co tu dużo gadać, wielkie wydarzenie. Mieliśmy już możność podziwiać na tej scenie kunszt zarówno Fabia Biondiego z Europa Galante (tym razem w dużym składzie), jak większość z występujących wczorajszego wieczora solistów. Ale zawsze to niesamowita przyjemność. I to, że każdy był inny (do znudzenia eksploatowano w zapowiedziach wydarzenia zwrot „pojedynek głosów i osobowości”, ale przecież właśnie tak było) i miał możność pokazać się w co najmniej paru, jeśli nie kilku aspektach, to była jeszcze dodatkowa atrakcja.

Piszemy o tym, co ważne i ciekawe

Z tej ciąży nie ma już co zbierać, mówi lekarz na USG. „I czego pani od nas oczekuje?”

Nie wrócę do ginekologa, który prowadził moją ciążę, bo musiałabym skłamać, że poroniłam, opowiada Wioletta. Przez kilka tygodni żyłam jak tykająca bomba, nie jadłam, nie spałam, wyznaje Karolina. Obie przerwały ciążę w drugim trymestrze.

Agata Szczerbiak

Kto ten „pojedynek” wygrał? Trudno powiedzieć. Jaroussky (Alceste) był jakby „poza konkursem” – śpiewał leciutko i łagodnie, z nieprawdopodobną swobodą. Vivica Genaux (Antiope) jak zwykle bezkonkurencyjna jako typ wścieklicy żądnej zemsty, ze swoją bardzo szczególną, nieporównywalną emisją. Maria Grazia Schiavo (Ippolita) – no, po prostu wirtuozka, oddająca sopranem wszelkie niuanse nastrojów. Romina Basso (Teseo) – to o jej barwie głosu powiedziałabym: miodzio, jest właśnie taka miodowa, lejąca się. Artystka śpiewała o wiele piękniej niż na Misteriach Paschaliach; przy niektórych dźwiękach po prostu ciarki chodziły po krzyżu. No i Herkules, Carlo Vincenzo Allemano – trochę profesorek, ale, jak słusznie napisała Beata, jak przyszło co do czego, potrafił użyć też dużego aktorskiego wdzięku. To absolutnie pierwszy rząd; nieco w tyle, ale też na mocnych pozycjach, znaleźli się Emanuela Galli jako waleczna Orizia, Stefanie Iranyi jako młoda naiwna Martesia, wreszcie Filippo Adami (Telamone). A nad wszystkim czuwał – i sam wykonał parę świetnych skrzypcowych solówek – maestro Fabio Biondi (po jednej takiej Maria Grazia Schiavo, której towarzyszył, posłała mu całusa). W sumie nawet lepiej, że było to wykonanie koncertowe i nic nie rozpraszało kontaktu z czystą muzyką.

2. Teraz parę słów o dzisiejszym Napoju miłosnym w Operze Wrocławskiej. Michał Znaniecki wyreżyserował ten spektakl oczywiście zupełnie inaczej i wedle innej koncepcji, niż dwa lata temu na Pergoli, choć część strojów z tamtego przedstawienia – damskie zielone sukienki (i niebieska – głównej bohaterki) oraz mundury żołnierzy, wykorzystał w obecnej realizacji. Ale coś tam pochachmęcił w treści, zaczyna sie to w jakimś Teatro Provincial (taki napis nad wejściem w murze), kończy w koszarach, pojawia się jakiś rewolwer, który ma się rozumieć wypala w ostatnim akcie (ale do kogo i po co, nie da się ustalić). Co artysta chciał przez to powiedzieć, trudno wyczuć, a nie opowiadał się nam, zwłaszcza że go nie było. Pani Dyrektor coś tam nam po spektaklu tłumaczyła, że niby wojna domowa w Kraju Basków w 1940 r., że doktor-szarlatan Dulcamara wraz ze swymi pseudolekami przemyca broń dla partyzantów itp. Groch z kapustą. Chyba Pan Michał za często realizuje, lepiej może byłoby rzadziej, a logiczniej… Ale spektakl miał też jasne punkty, z których głównym była Aleksandra Kubas w roli Adiny – dość nowy nabytek w operze, właśnie zrobiła dyplom na wrocławskiej uczelni. To naprawdę obiecujący głos i osobowość sceniczna! I właściwie na niej stało przedstawienie. Rafał Bartmiński (Nemorino) ustawiony, poniekąd słusznie – bo to taka postać – jako idiota na rykowisku, wzdychulec w ohydnym sweterku w romby, który wierzy święcie w takie głupoty jak napój miłosny, głosowo troszkę zawiódł – warunki ma znakomite, ale chyba trochę się prześpiewał w nieoperowych rzeczach, ogólnie był za głośny, a i z intonacją nie zawsze było idealnie, choćby w słynnej arii Una furtiva lagrima. Reżyser też go nie rozpieszczał, kazał mu śpiewać np. robiąc pompki… No i jeszcze przezabawny Bogusław Szynalski jako Dulcamara, i Jacek Jaskuła świetny aktorsko jako sierżant Belcore. Ale Adina przebijała wszystkich – to będzie kolejna chluba Wrocławia.

Udostępnij
Wyślij emailem
Drukuj