Mahlera Piąta – symfonia wspak

Udostępnij
Wyślij emailem
Drukuj

Podniosłe wydarzenie krakowskie się odbyło. Miłe zaskoczenie: w kościele św.św. Piotra i Pawła organizatorzy ustawili specjalną konstrukcję, która nad orkiestrą przysłaniała wnętrze kopuły i poprawiała akustykę. Zwykle w tym kościele nawet z przodu kiepsko się słyszy, tym razem i ze środka nie było źle. Choć oczywiście pogłosu wyeliminować się nie da. Ale Gergiev, człek doświadczony, dawał tempa, które pozwalały na dokładniejsze wysłyszenie, o co w tej muzyce chodzi.

Najpierw nowe dziełko (krótkie) Pendereckiego, Preludium dla Pokoju. Właściwie to raczej fanfara (czyli TROMBY), z brzmieniami pentatonicznymi, czyli trochę z chińska (kompozytor jest ostatnio zafascynowany Chinami), ale właściwie jakaś dziwna hybryda. Trochę jak muzyka filmowa. Przeleciała, szybko dała o sobie zapomnieć, przytłoczona wielką V Symfonią Mahlera.

To jest taka ludzka historia na odwrót. Zaczyna się marszem żałobnym, ciężkim, pod ołowianymi chmurami, w grubej żałobie, ale jednocześnie sarkastycznym. Przeciwko czemu ten sarkazm – śmierci? ludzkim płonnym życiowym zabiegom? Nie wiadomo. Bernstein w pięknym filmie telewizyjnym o Mahlerze (pokazywanym jeszcze czasem na Mezzo) zwraca uwagę, że Mahler jest jedynym kompozytorem, u którego w każdej symfonii jest marsz żałobny. Czy zaklina w ten sposób śmierć? Marsz z Piątej świetnie pasował do okazji, z jakiej go wykonano. Ale kolejne części coraz bardziej się od niej oddalały. Jakby życie szło do tyłu.

Piszemy o tym, co ważne i ciekawe

Mocne canadiano

Nowy premier Kanady Mark Carney jest chodzącym wzorcem wszystkiego, czego Donald Trump nienawidzi najbardziej. Czy będzie też prorokiem antypopulistycznej reakcji?

Łukasz Wójcik

Burzliwa część druga jest obrazem życiowych dramatów i rozdarć. Po nim Scherzo, w rytmie wiedeńskiego laendlera, symbolizuje uciechy życia, które momentami staję się gorzkie. Idziemy jeszcze bardziej do tyłu – Adagietto, romansidło naiwne jak u nastolatka (Mahler przekroczył już wówczas czterdziestkę, ale właśnie zakochał się jak smarkacz w Almie Schinder), po filmie Śmierć w Wenecji juz nieodparcie sie z nim kojarzące. I na koniec wesolutki finał pełen melodii, które brzmią jak dziecięce piosenki – optymizm w szczęśliwym momencie życia (ślub z Almą). Życie toczy się dalej. Ku szczęśliwej przyszłości? Przecież wiemy, że nie.

Gergiev pierwszą część poprowadził powoli, z namaszczeniem, drugą oczywiście szybciej, ale z umiarem, podobnie scherzo i finał. Na sali można byłoby zapewne lepiej docenić brzmienie orkiestry, składającej się z muzyków z orkiestr całego świata. Pozostało docenienie zasięgu, jaki ta orkiestra objęła osobowo: od Brukseli do Sao Paulo, od Dublina do Pekinu, od Tbilisi do Memphis, od Bombaju po Erywań, odTel Awiwu po Sankt Petersburg, od Aten po Cape Town. Imponujące! Z Polski trafiło do tego składu kilka osób: w pierwszych skrzypcach Robert Kabara z Sinfonietty Cracovii, w altówkach Artur Rozmysłowicz z Filharmonii Wrocławskiej, w wiolonczelach dwie członkinie Filharmonii Narodowej Karolina Jaroszewska-Rajewska (spotkało się więc dwoje dawnych członków orkiestry Zimermana) i Angelica Wais, w waltorniach Krzysztof Stenzel z Warszawskiej Opery Kameralnej, a w puzonach Andrzej Sienkiewicz, też z FN.

Udostępnij
Wyślij emailem
Drukuj