Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Co w duszy gra - Blog muzyczny Doroty Szwarcman Co w duszy gra - Blog muzyczny Doroty Szwarcman Co w duszy gra - Blog muzyczny Doroty Szwarcman

5.01.2018
piątek

Minimalistycznie, ale w całości

5 stycznia 2018, piątek,

Rzadko zdarza się widzieć wystawione Wesele Figara w całości, bez wykreślonej jednej nutki. Choćby dlatego warto je zobaczyć w wersji Polskiej Opery Królewskiej.

Minimalizm tego spektaklu dotyczy paru czynników. Po pierwsze orkiestry: jej liczebność ograniczono do minimum, by jakoś zmieścić ją w malutkim kanale Teatru Stanisławowskiego. Sześć I skrzypiec, pięć – drugich, cztery altówki, trzy wiolonczele i jeden kontrabas. Za nimi jeszcze z jednej strony oboje, z drugiej fagoty, a we wnękach obok flety i waltornie. Na balkonie, w lożach koło sceny, umieszczono z jednej strony klarnety, z drugiej kotły. No i jakoś to brzmiało, momentami nawet tak mały skład zagłuszał głosy – w końcu ten kanał, inaczej niż w operach, jest na zewnątrz. No i trochę się miejscami rozłaziło, zwłaszcza w uwerturze – Ruben Silva wziął chyba zbyt szybkie tempo jak na tak trudne warunki.

Minimalne są też elementy inscenizacyjne – i to bardzo dobrze, jest to odświeżające jak w spektaklach odbywającego się w tym samym miejscu Festiwalu Oper Barokowych. W Weselu Figara wystarczy stolik i fotel; ten ostatni z oczywistych względów – ma swoją rolę w I akcie. Jeszcze kolumny, nawiązujące do tych miejscowych, a w tle projekcje obrazów; co ciekawe, oddalających się stopniowo od widza (najpierw pojawia się jedna postać, później coraz bardziej odjeżdża, pojawiają się kolejne postacie z obrazu itp. A w ostatnim akcie solistom towarzyszy już tylko gwiaździste niebo.

Maksymalna jest pod względem rozmiarów, jak już wspomniałam, zawartość muzyczna. Jeśli jest w obsadzie dobra Marcelina, która „wyrobi” swoją arię w ostatnim akcie – a jest nią Aneta Łukaszewicz – to świetnie, że tej arii możemy posłuchać. Podobnie z następującą później arią Basilia (Andrzej Marusiak). Wszystko w sumie trwa trzy i pół godziny wliczając jedną przerwę – po II akcie.

W większości śpiewacy wywodzą się z dawnej Warszawskiej Opery Kameralnej, choć jest i parę osób nowych. W roli Hrabiego występuje Witold Żołądkiewicz, ale mam wrażenie, że ta partia mu nie bardzo leży; to śpiewak charakterystyczny, w jego interpretacji Hrabia staje się safandułą, któremu nic nie wychodzi – ale może tak miało być? Figaro jest w tym spektaklu ukraiński: Makar Pihura. Początkowo sztywny, z czasem się rozkręca. Podobnie jest z Iwoną Lubowicz w roli Zuzanny. Chciałoby się więcej jeszcze scenicznego wdzięku u obojga. Anna Wierzbicka śpiewa partię Hrabiny dobrze, ale zrobiona jest na żałobną wdowę i w tym kontekście trudno się dziwić, że Hrabia jej nie chce. Nie przystaje to do samej opery, gdzie Hrabina jest obiektem adoracji Cherubina, no i umie pokazać swój wdzięk. Tutaj ma to utrudnione. Cherubinem jest Marcjanna Myrlak, córka dawnego śpiewaka WOK Kazimierza Myrlaka. Nie wiem, na ile to jest celowe, ale obie arie rzeczywiście brzmią tak, jakby śpiewał je sopran chłopięcy – trochę ostro, a przy tym bezpośrednio. Jeszcze Piotr Kędziora jako Bartolo i Julita Mirosławska w dobrej aktorsko roli Barbariny (ma też w repertuarze Cherubina). I, last but not least, Sławomir Jurczak jako ogrodnik Antonio, zagrany z humorem (był też asystentem reżysera).

Po tych paru styczniowych przedstawieniach (jeszcze jutro, we wtorek i środę) spektakl ma powrócić dopiero w marcu. Na 26 stycznia zaś przewidziana jest w tym miejscu premiera Aleksandra i Apellesa Karola Kurpińskiego.

Kategorie:

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 5

Dodaj komentarz »
  1. Byłam na generalnej, skład był zamienny do opisanego powyżej, tzn. Gierlach, Boberska, Klimczak i Mirosławska jako Cherubino. No i Wierzbicka też, czyli chyba Olga Pasiecznik jednak nie śpiewa (może jeszcze będzie?). Uwertura też nie brzmiała dobrze, może to rzeczywiście sprawa tempa. Mimo minimalnego składu, orkiestra chwilami bardzo donośna, ale to pewnie dlatego, że w tym wnętrzu zwykle grają instrumenty historyczne. Boberska była świetna, Gierlach dobry, Klimczak jak zwykle. Postaram się jeszcze wpaść w przyszłym tygodniu, bo uważam to wykonanie za całkiem przyzwoite – w końcu Mozart to najwyższe operowe progi. No i jednak Wesele Figara to magia absolutna! Moje wrażenia z próby na dolce-tormento.blogspot.com.
    PS. Pozdrawiam serdecznie i liczę na kolejne miłe spotkanie na katowickim dworcu! 12 stycznia w NOSPR Acis i Galatea…

  2. Niekoniecznie musi być na dworcu 🙂

  3. A propos tak optymistycznego zapatrywania się red. Kozińskiej na potencjał metropolitalny Warszawy, że wszystko miałoby się zmieścić, w tym 3 Opery…Warto zauważyć, że trudnym testem dla tego potencjału będzie czas po oddaniu sali Sinfonii Varsovii (1850 miejsc). Licząc z Filharmonią Narodową (1079), nierzadko jednego wieczoru trzeba będzie zapełnić 2 sale ok. 3 tysiącami słuchaczy. Na razie w samej Narodowej podobno nie zawsze są komplety. A gdzie TWON i rzeczone opery mniejsze? Do tego konkurencja innych instytucji kultury… No zobaczymy.

    Takie wyzwania nie dotyczą zresztą tylko Warszawy.

  4. No tak. Bo to są dwie różne sprawy: „czy w tej wielkości mieście jest miejsce” i „czy dla publiczności z tego miasta jest miejsce”.
    Ale myślę, że te dwie małe opery jakoś skonsumują swoje potrzeby, choćby ze względu na małe widownie miejsc, w których działają 🙂

css.php