Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Co w duszy gra - Blog muzyczny Doroty Szwarcman Co w duszy gra - Blog muzyczny Doroty Szwarcman Co w duszy gra - Blog muzyczny Doroty Szwarcman

2.09.2019
poniedziałek

Wojna to nie zabawa

2 września 2019, poniedziałek,

Miasto Gdańsk zorganizowało muzyczne obchody 80. rocznicy II wojny światowej z prawdziwą klasą.

Upał był potworny i nawet niespecjalnie łagodziła go bryza, ale kto był akurat na Długim Targu czy jego okolicach, mógł o 15. wysłuchać z wieży ratuszowej prawykonania specjalnie na tę okazję zamówionego utworu Aleksandra Nowaka na najbardziej gdański instrument, czyli carillon, pt. Trzy wezwania, w wykonaniu miejskiej carillonistki Moniki Kaźmierczak. Do czego wezwania? Kompozytor nie precyzuje, mówi tylko, że utwór „nawiązuje do tradycyjnej funkcji dzwonów wieżowych oznajmiających istotne wydarzenia, momenty w ciągu dnia, roku czy liturgii lub nawołujących do zebrania czy modlitwy”. I dodaje: „Przedmiot tytułowych wezwań nie jest jednoznacznie określony; można potraktować je jako sugestię krytycznej refleksji nad ogółem rzeczy”. Ale zatytułował poszczególne wezwania jako: wczesne, późne i ostatnie. Najbardziej dramatyczne jest to późne, kończące się wręcz alarmującym spiętrzeniem dźwięków, ostatnie z kolei początkowo jest tak ciche, że niemal niesłyszalne – to jakby podzwonne. Całość trwa około 10 minut i jest chyba najambitniejszym współczesnym utworem, jaki powstał na ten instrument. Na pewno będzie żył dalszym życiem, obiecuje to wykonawczyni, a PWM już wydał nuty.

Pod wieczór w Polskiej Filharmonii Bałtyckiej zespoły Jordi Savalla – Hesperion XXI, La Capella Reial de Catalunya, Le Concert des Nations) wykonały program Wojna i pokój. Idealny na tę okazję i chyba najlepszy z jego projektów tego typu, bo pozbawiony kiczowatych elementów, jakimi bywały różne improwizacje odbiegające poziomem od reszty. W tym wypadku są to utwory autentyczne. Wojny w nich opisane są przeróżne, od wschodnich, głównie tureckich najazdów na kraje Europy (ilustrowały je głównie utwory z manuskryptu Dimitrie Cantemira z udziałem wschodnich instrumentów jak ud, kaval, kanun, santur) poprzez bratobójczą wojnę trzydziestoletnią po oblężenie Barcelony, miasta rodzinnego Savalla (z nim wiązała się wzruszająca pieśń ludowa, wyrażająca tęsknotę za wolnością tej tak niezależnej krainy, jaką jest wciąż Katalonia). Czasowo zawiera się to wszystko w latach 1615-1714.  Muzykę różnych krajów (Francja, Anglia, Niemcy, Turcja, Hiszpania) wykonują muzycy z różnych krajów – do projektów Savalla zawsze trafiają ciekawe osobowości, które w efekcie przyklejają się na dłużej. Wojna – to utwory o charakterze militarnym, zagrzewające do boju, np. battaglie Samuela Scheidta czy Jose Cabanillesa, pokój – to głównie dzieła religijne, dziękczynne. Te wojenne wydają się bardzo atrakcyjne. Ale wykonywane w tych kontekstach są właśnie dla świadomości, że wojna to nie jest atrakcja, nie jest zabawa. Jak we wstępie do wystawy w Muzeum II Wojny Światowej: to wielkie nieszczęście dla wszystkich. Ten napis jest jednym z powodów, dlaczego obecna władza tak tej wystawy – jej oryginału – nie lubi.

Podziwiam tych, którzy będąc na nogach od przedświtu na Westerplatte (jak wicemarszałek senatu Bogdan Borusewicz czy przedstawiciele władz miejskich; pani prezydent była zbyt zmęczona, czemu trudno się dziwić, ponieważ poprzedniej nocy prawdopodobnie w ogóle nie spała) przyszli na ten koncert. Była też rodzina Pawła Adamowicza oraz pani Danuta Wałęsowa.

Kategorie:

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 13

Dodaj komentarz »
  1. Dzięki za relację. Jeszcze mam świeżo w głowie wspomnienie z początków czerwca.
    Może gdzieś będzie nagranie.
    A w ogóle polubiłam Gdańsk.

    W Warszawie było wg. mnie dobrze, ale najgorzej. Żartuję.
    Zwłaszcza pierwsza część bardzo mi się podobała.
    Może bywalcy coś napiszą.
    Dodam tylko, że brzeg sceny na całej długości był dzisiaj udekorowany kwiatami, a przy wyjściu wręczali licznej publiczności piękne, długie pąsowe róże.
    Ja też zostałam obdarzona.
    Hmm.

  2. Było dobrze, ale NIE najgorzej.
    Tak miało być.

  3. Myślę, że watro tu (bo gdzie indziej?) podsumować, choćby zwięźle, piętnastą edycję ChiJE. Z wyjątkiem opuszczonych 3 koncertów byłem na wszystkich, więc mam pewien ogląd całości. Znów trzeba przypomnieć, że ta najbardziej wymagająca cześć publiczności, która inwestuje w bilety niemałą w końcu kwotę (acz relatywnie te bilety są bardzo przystępne cenowo w stosunku do jakości i innych imprez), a przede wszystkim mnóstwo czasu i uwagi, nawet jak narzeka (także tu) na to, czy owo, to przede wszystkim bardzo docenia ogromną pracę organizatorów, nie zapominając wielkim wysiłku włożonym w to, by idealne koncepcje dopasować do rzeczywistości i wcielić w życie. Idealny festiwal na papierze może sobie ułożyć każdy – jeśli idzie o wykonawców i repertuar, natomiast realne poskładanie tego do kupy i dopięcie finansowe to wielka praca, kapitał doświadczenia, kontaktów, dyplomacja etc. Sam tu sobie w różnych komentarzach pisałem, że można by jeszcze wykonać to czy tamto, ale wiem doskonale, że to nie jest takie „pstryk – i jest”. Każdy stały bywalec widzi też, jakie jest to przedsięwzięcie logistyczne i tym bardziej docenia sprawność, z jaką to się wszystko odbywa. Jest to ciężka praca wielu osób, wcale nie taka niedostrzegalna. W tym roku, w stosunku do 14. edycji, było jak w znanym kawale o rabinie i kozie – po szarpaninie z salami w 2018 r., z różnymi niedogodnościami w TWON, bieganinie pomiędzy wieloma miejscami, teraz w zasadzie niemal wszystko działo się w Filharmonii i świetnie z nią skomunikowanym Studio Lutosławskiego – i bardzo dobrze!
    Co do programu i wykonań, to było różnie. Oczywiście grupa mniej więcej kilkudziesięciu osób chodzących tu na niemal wszystko od lat (nie tylko na ten Festiwal) doskonale już się pointegrowała i – rzecz jasna – rozmawiamy sobie nieustannie o wykonaniach. Są to osoby w różnym wieku, różnych profesji etc., oczywiście różniące się gustami i przez to często spierające się tak w kwestii pryncypiów, jak i detali, jednak w tym roku wiele opinii wydawało się być wyjątkowo zgodnych.
    – W zasadzie większość Koleżeństwa nie różniła się opiniami co do tego, co było najlepsze, niezwykłe. Przede wszystkim Belcea Quartett i Christoph Prégardien. Bardzo dobry występ Apollon Musagète Quartett i jak zwykle magiczna aura wokół grania Ensemble Dialoghi (mimo kiksującej waltorni). Z pianistów – świetnie przygotowana i przyjęta Awdiejewa, poetycki i frapujący Abłogin, imponujący pianistycznie Grosvenor, wciąż czarujący Katsaris. Chołodenko, fantastyczny muzyk, szkoda, że nie w solowym recitalu. Bardzo solidnie grający Hamelin oraz Lu, a także „nasz” Goerner – znów w „swojej” formie. Produkcje Luksa i Biondiego jako całość, pomijając oczywiste w takich zespołowych rzeczach zróżnicowanie poziomów poszczególnych śpiewaków. To co wzbudzało więcej kontrowersji, to z pewnością Bożanow, któremu nikt nie może odmówić wielkiej techniki i świetnego przygotowania, choć opinię o efekcie estetycznym ostro polaryzowały się. Hope, dla mnie jak zwykle bardzo dobry, dla niektórych był poniżej swojego poziomu.
    – W tym roku objawiły się szczególnie transparentnie banalne prawdy. Po pierwsze – bez solidnego przygotowania (dostosowanego do własnych możliwości, co każdy świadomy artysta powinien mieć do bólu rozpoznane) nie ma co liczyć na udane efekty. To jest prosta kwestia, trójkąt wyznaczany przez: A. obiektywne możliwości wynikające z posiadanej techniki, kondycji w danym momencie, konstrukcji psychicznej (nerwy), wieku etc; B. repertuaru dobranego do tych właśnie uwarunkowań; C. pracy którą trzeba włożyć w opanowanie repertuaru, ćwiczenia, próby etc. by mieć pewność, że produkcja pójdzie, jeśli nie fantastycznie, to przynajmniej solidnie. Niestety, w tej edycji w pewnych przypadkach widać było zwykłe nieprzygotowanie – niekiedy dramatyczne, niekiedy „tylko” właśnie zwykłe. Odnosiło się wrażenie, że cześć artystów, być może ze względu na zadomowienie w Festiwalu, jego miłą, rodzinną atmosferę, uznało, że to taka Hausmusik, można po prostu położyć sobie nutki i zgrać, o tak, z nonszalancją. Otóż, niestety, w większości tych przypadków – nie można było. Dotyczyło to zazwyczaj świetnych, doświadczonych artystów (i orkiestr), których (które) tu bardzo lubimy i cenimy, tym bardziej było przykro – był to pod tym względem festiwal wielu rozczarowań. Inna sprawa, to młodzi artyści, którzy nie zawsze „wyrabiają” się emocjonalnie (a przez to psują wykonania) – wykładając od 24 lat na uczelni (artystycznej, choć nie muzycznej) widzę zresztą, że w ogóle coraz bardziej młodzi ludzie stają się nieodporni na krytykę, mają coraz cieńszą skórę. No i muzycy starszej daty, dla których warsztatu czas okazał się bezwzględny, a którzy zdają się tego nie zauważać.

    Następna kluczowa kwestia, to ogranie. Zazwyczaj jeśli nie fantastycznie, to przynajmniej bardzo solidnie wypadało to, co było po prostu częścią trasy koncertowej (lub przynajmniej jakiejś części granego w danym sezonie repertuaru) lub powtarzaniem rzeczy wielokrotnie już wykonywanych i do bólu wyćwiczonych – np. recital Grosvenora, Awdiejewej, Hope’a z Knauerem etc. Hamelin grał Koncert e-moll, który nagrał go na płytę z Kentem Nagano i wykonuje teraz często w ramach „promowania”. Są rzecz jasna muzycy o nieprawdopodobnej łatwości i zręczności – np. Katsasirs, który niemal a vista wszystko gra fantastycznie. I Howard Shelley – swoisty „koń roboczy”, który wciąż imponuje ilością nagrywanych płyt z nowym repertuarem i kondycją – nigdy nie schodząc poniżej bardzo solidnego poziomu.
    Kolejna kwestia: murarz domy muruje, krawiec szyje ubrania… Stała publiczność festiwalu naprawdę docenia to, iż jego Dyrekcja stworzyła tu rodzaj artystycznego poligonu, gdzie artyści mogą poeksperymentować sobie z repertuarem, instrumentarium, gdzie przekraczane są bariery estetyk, praktyk wykonawczych. Jest coś wspaniałego w tym, iż „duże dzieci” mogą tu się cały czas bawić, na zasadzie: a zobaczmy, co będzie jak… To jest jedna z „flagowych” specjalności tego Festiwalu. Eksperyment zawsze wnosi jednak element ryzyka. I w tym roku owe eksperymentowanie chyba troszkę poszło nie tam, gdzie trzeba. Bach Collegium Japan – jednak chyba nie powinno wychodzić poza to, co robi od lat naprawdę fantastycznie. Orkiestra XVIII Wielu może jednak nie powinna grać bez dyrygenta, zwłaszcza w dziełach z 2. poł. XIX w. Łączenie Sinfonii Varsovii z orkiestrą z Hiroszimy i jeszcze pod batutami nie zawsze najwyższej próby, to jednak parzenie na raz w jednej filiżance kawy z herbatą – nie było to smaczne, oj nie! Wiemy, że „Japonia” na festiwalu wynikała ze złożonych uwarunkowań, także finansowych, ale zasadniczo nie okazało się to artystycznie fortunne.
    W sumie jednak – finis coronat opus. I ów „finisz”, czyli wczorajszy koncert, to było coś, co znakomicie nas wszystkich nastroiło. Bo po prostu Orkiestra Symfoniczna Filharmonii Narodowej, NASZA orkiestra, na którą skazani jesteśmy (my warszawscy melomani) na dobre i na złe, orkiestra nie tylko po nową batutą, ale też z wyraźnie zmienionym składem (nowe twarze w smyczkach) i poprzesadzanymi sekcjami, zagrała wczoraj fantastycznie! Już w Wariacjach Lutosławskiego objawiła się ta nowa jakość – precyzja, dynamika, barwa, subtelne frazowanie! Boreyko musiał ich wziąć nieźle w obroty, widać było, że się świetnie przygotowali (już to, z jakim gorączkowym zaangażowaniem praktycznie cała sekcja smyczków rozgrywała się na scenie dobry kwadrans przed koncertem, pokazuje tę zmianę nastawienia). Potem precyzyjny, subtelny akompaniament w Weinbergu, z Bajewą w wyraźnie dobrej formie (po prostu chyba to wreszcie przygotowała, bo jak teraz widać w na recital z Chołodenką po prostu chyba nie wszystko zdążyła docyzelować) i wreszcie Piąta! Obie japońskie Symfonie Beethovena były po prostu nieudane, Dziewiąta wręcz karykaturalna. Eroika z Monachijczykami – ciekawa i dobrze poprowadzona. Ale wczoraj po prostu mieliśmy wrażenie, że słuchamy jakiejś orkiestry pierwszoligowej, takiej, na którą się dwa czy trzy razy do roku kupuje bilety po 200-300 złotych, jak raczy nad Wisłę (albo Odrę) przyjechać! Poza malutkim kiksem waltorni w finale WSZYSTKO było precyzyjne, wycyzelowane, subtelne, przemyślane, transparentne. Można się spierać, czy takie interpretacje Beecia przez duże składy orkiestrowe nam odpowiadają, czy nie, ale miało się wrażenie, że Boreyko doskonale wie czego chce, ma logiczną, spójną koncepcję i że zespół dokładnie realizuje to, co w danym momencie chce wydobyć z niego dyrygent. To jest po prostu dobra zmiana 🙂 nie pamiętam, czy w ogóle słyszałem kiedyś ten zespół (a słucham go regularnie od mniej więcej 1993 roku) w takiej formie. Były owacje i gratulacje, w pełni zasłużone. Jeśli nie jest to jedynie „pokazucha” na otwarcie, ale po prostu zwiastun tego, co teraz stanie się normą (a może będzie jeszcze lepiej?!), to gratuluję sobie już teraz, iż znów wykupiłem cztery abonamenty.
    Powracając do Festiwalu – już odliczam czas do następnego, choć rzecz jasna będą po drodze inne festiwale + plus sezony w Warszawie i w różnych miejscach, gdzie się będziemy wybierać. Dziękuję wszystkim „współsłuchaczom”, nie wyłączając niezmordowanej Pani Kierowniczki, jak zawsze niezastąpionej i niezawodnej w relacjonowaniu – a przecież naprawdę mordercza ilość była „materiału” do wysłuchania. Bez Państwa to zdecydowanie nie byłoby to samo!

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. Dzięki, Pianofilu, podzielam Twoją opinię.
    Dodam tylko, że róże mają wstążkę z napisem Orlen.
    Dojna zmiana, jak powiedział klasyk.

  6. Pożegnanie i powitanie
    1 września zegnaliśmy 15tą już edycję festiwalu Chopin i Jego Europa: jednocześnie, tym samym koncertem witaliśmy oficjalnie Andreya Boreyko jako nowego szefa Filharmonii Narodowej, która wystąpiła pod jego batutą w programie złożonym z kompozycji Lutosławskiego, Weinberga i Beethovena.
    A więc w dniu 80 rocznicy wybuchu II wojny światowej świętowaliśmy tę rocznice kompozycją, której otwierający motyw, być może najbardziej znany motyw w historii muzyki, jest również w języku alfabetu Morse’a rytmem „…-” litery V, jak Victory, a więc symbolem zwycięstwa. Innego rodzaju symboliką stało się zaprezentowanie kompozycji dwóch warszawiaków: starszego, Witolda Lutosławskiego i o 6 lat od niego młodszego Mieczysława Weingberga, których ścieżki może się nawet kiedyś zbiegły w salach, czy korytarzach warszawskiego konserwatorium. Zanim wybuchła wojna, która nie tylko ich losy tak dramatycznie, czy wręcz tragicznie zmieniła.
    Warszawa była miastem, w którym sam się wychowałem, w którym po raz pierwszy słuchałem muzyki , a orkiestrą , której od dziecka słuchałem od zawsze była Filharmonia Narodowa. Jej los, jej sukcesy czy niegdyś nawet triumfy były zawsze bliskie memu sercu i teraz, kiedy rozpoczyna się nowy, kolejny okres ich egzystencji chciałbym aby ten „miodowy miesiąc” z nowym dyrektorem trwał jak najdłużej. To, co usłyszeliśmy w niedzielę wieczorem zwiastowało „dobre zmiany”.
    Muszę podkreślić, że przeciwieństwie do słuchaczy zamieszkałych na miejscu, moje obecne kontakty z tym zespołem ograniczone są od ich wizyt za oceanem, lub z rzadka podczas moich własnych wakacyjnych pobytów w Warszawie, jak np. podczas wspomnianego już festiwalu Chopin i Jego Europa. Nie byłem więc w stanie rozpoznać- jak to zauważyli moi wnikliwi koledzy- zmian w składzie czy ustawieniu muzyków na estradzie, rozpoznałem jednak i to z wielką satysfakcją niebagatelne zmiany w samym brzmieniu orkiestry do tego momentu nie za bardzo mi znanej z subtelności brzmienia.
    Dało się to zauważyć od niemal pierwszych dźwięków Wariacji symfonicznych Lutoławskiego, dzieła z którym moja znajomość ograniczona była dotąd jedynie do nielicznych nagrań: jakoś , pomimo całej sławy kompozytora i jego popularności, tej kompozycji się nie gra, a jest to niezmiernie efektowny i popisowy utwór właśnie jako „coś na początek”. Obie kompozycje, które usłyszeliśmy w pierwszej części choć oddzielone od siebie o dwie dekady, miały, w moich przynajmniej uszach, pewną charakterystykę: Wariacje są kompozycją wczesną, w zamiarach młodego Lutosławskiego planowaną jako utwór skomponowany na dyplom i trudno nie usłyszeć pewnych wpływów francuskich czy bogactwa brzmienia spotykanego u Szymanowskiego…….Koncert skrzypcowy, napisany przez dojrzałego już, popularnego i doświadczonego kompozytora posiada , jak wiele kompozycji Weinberga, silne echa jego mentora i przyjaciela, Dymitra Szostakowicza. Było to w sumie nie do uniknięcia, jako że owa dwójka istniała wówczas w Moskwie niemal w symbiotycznej relacji: jeden był dla drugiego przyjacielem, powiernikiem, wiernym słuchaczem i niejednokrotnie pierwszym recenzentem.
    W przypadku Weinberga, podobnie jak to było kilka lat wcześniej w przypadku Szostakowicza, który swoje koncerty pisał z myślą o konkretnych wykonawcach( Ojstrach w przypadku koncertu skrzypcowego a-moll, Rostropowicz w przypadku koncertu wiolonczelowego), jego koncert g-moll pisany był dla innego wielkiego rosyjskiego wirtuoza Leonida Kogana i od pierwszych dźwięków słychać było jak wymagająca jest partia skrzypcowa. Koncert skrzypcowy nagrany został niedawno przez orkiestrę Filharmonii Narodowej Jackiem Kaspszykiem i wówczas solistą był skrzypek także rosyjskiego pochodzenia , Ilya Gringolts. Tym razem , przypuszczam na życzenie dyrektora Festiwalu , który jak nikt inny potrafi „przekonać” swoich artystów, aby nauczyli się specjalnie nowego repertuaru, partie skrzypcową zagrała ulubienica warszawskiej publiczności Alena Bayeva, często pojawiająca się na festiwalach Chopin i Jego Europa. Grała to , nie muszę dodawać, po raz pierwszy. To był już jej trzeci występ podczas obecnego festiwalu i jeśli podczas pierwszych dwóch, w opinii nawet jej wielbicieli, nie wydawała się być w szczytowej- czyli swojej normalnej- formie, tym razem jej pasja, zaangażowanie, opanowanie instrumentu i co bardziej, jej pełen blasku ton, powróciły w pełni. Jest coś w tym, że instrumentaliści wychowani w rosyjskim imperium, bez względu na to z której to republiki pochodzą, jakoś instynktownie wydają się rozumieć muzykę, która mówi językiem bólu, ponurego nastroju, silnych emocji i tutaj Bayeva była właśnie świetnie dopasowaną do kompozycji solistką. Pierwsza, bardzo motoryczna część koncertu jest dialogiem pomiędzy orkiestrą i solistą, ale kompozytor , jak również nasz akompaniator Maestro Boreyko, nie dopuścili do tego aby partia skrzypiec była przykryta orkiestrą. Nie ukrywam, że miałem pewne obawy co do tego, szczególnie po nie bardzo fortunnej współpracy solisty i orkiestry w Koncercie d-moll Wieniawskiego, który usłyszeliśmy kilka dni wcześniej, prawda, w ogóle bez dyrygenta. Tutaj , w kompozycji Weinberga solowe partie instrumentów dętych były wyraźne ale także subtelne. Instrumentacja ma sporo wspólnego z podobnymi kompozycjami Szostakowicza: częste posługiwanie się celestą, kameralna współpraca orkiestry( klarnet!) i solisty, nie mówiąc już o użyciu pewnych motywów kompozytora koncertu wiolonczelowego op.107, czy też kadencji, która w koncercie Weinberga łączy dwie środkowe części, raczej niż poprzedza finał, jak u Szostakowicza. Nie wiem, czy ta solowa melodia skrzypiec jest „pochodzenia żydowskiego”, czy tez przydatniej dla rosyjskich władz, o mołdawskich „korzeniach” , ale wiem, że ten sponiewierany przez życie kompozytor, sam będąc pianistą, chyba jednak w skrzypcach szukał sposobu na pokazanie siły wyrazu, głęboko odczuwanych uczuć, ludzkiego nieszczęścia. I tutaj również wydaje mi się, że pokrewieństwo dwóch sowieckich kompozytorów opierało się nie tylko na podobnych sposobach orkiestracji, czy stylu kompozytorskim: łączyło ich także to, że byli ofiarami sytemu opartego na opresji. Po ogromnie cieplej owacji zgotowanej solistce I ORKIESTRZE, Bayeva dała się namówić na bis: marzyło mi się, że będzie to któreś z Preludiów na skrzypce solo lub inna solowa kompozycja Weinberga, ale skończyło się na zawsze przydatnej i pięknie zresztą zrealizowanej Sarabandzie z Partity d-moll J.S.Bacha.
    Już podczas przerwy w kuluarach panowało nieczęste chyba podniecenie i opinie typu:”wow, jeśli oni mają tak grać cały sezon, to kupuję karnet!” . rzeczywiście w zespół warszawskich filharmoników już podczas wczesnych fajerwerków Lutosławskiego, a później w wymagającej partii orkiestrowej koncertu Weinberga, wstąpił jakiś nowy duch objawiający się nowym brzmieniem. Przypomnę, że słuchacze Festiwalu , z różnych powodów, nie mieli zbyt wielu szans na posłuchanie rzeczywiście pięknego brzmienia orkiestry i tutaj nagle mamy niespodziankę zgotowaną nam przez orkiestrę Filharmonii. To był jednak początek i prawdziwa próba ognia pojawiła się w formie Symfonii No.5 Beethovena, utworu o tyle niebezpiecznego, że znanemu niemal każdemu melomanowi, który będzie posiadać własne predylekcje i własne oczekiwania. Nie, abym się od takich różnił, bo ja też miałem swoje , nie do końca spełnione, życzenia, choć musze od razu podkreślić, że były to wyłącznie kwestie estetyki, a nie samego wykonania. Maestro Boreyko pokazał nam już w Weinbergu, a potem tylko upewnił swoich słuchaczy , że jest w stanie wyegzekwować ze swojego zespołu więcej niż było dotąd oczekiwane, lub co gorsza, uzyskiwane. Uzasadnia to w pewnym stopniu moja od lat kultywowaną teorię, że orkiestra – zaznaczmy: orkiestra na jakimś przyzwoitym poziomie- gra jedynie tak dobrze, jak dyrygent od niej będzie wymagać. Słyszeliśmy podczas festiwalu, nawet na tej samej sali, zespoły od których najwyraźniej nie wymagano zróżnicowana dynamicznego, subtelności, wyczucia, ekspresji.
    Boreyko najwyraźniej ma swoją wizję i od samego początku zaowocowało to w rzadko spotykaną – przynajmniej w moim ograniczonym doświadczeniu- pełnością brzmienia, balansem pomiędzy sekcjami orkiestry, stonowanym, o wiele bardziej dyskretnym tonie poszczególnych sekcji, czasami nawet, jak w Andante, aksamitnym brzmieniu smyczków. A więc można na tej sali nie ryczeć??? Można zagrać głośno i nie forsować dźwięku? Wizja tej symfonii u Andreya Boreyko wydała mi się koncepcją zwaną u nas , za oceanem, mittel-European: wyważoną, dostojną, tradycyjną w dobrym tego słowa znaczeniu, energiczną ale nie frenetyczną, jak czasami bywa w przypadku zespołów specjalizujących się w historycznie poinformowanych ( zdezinformowanych?) wykonaniach. Na mnie duze wrażenie zrobiło Andante, nie tylko ze względu na sam dźwięk poszczególnych sekcji, ale też ponieważ dyrygent znakomicie wyczuł poprawne tempo, które w innych rękach potrafi być nieco rozwlekłe. Ale we wszystkich czeskich czuło się przede wszystkim totalne zaangażowanie orkiestry, która za dyrygentem i jego zamierzeniami poszła i oddała się tej wizji. Przypadkowo, Boreyko nie posługuje się batutą, co pozwala mu niewątpliwie na nieco większą ekspresywność: dłońmi się chyba łatwiej maluje niż kawałkiem drewna….Nagle się więc okazało-lub powtórnie się okazalo- że jest w tej orkiestrze spora grupa pierwszorzędnych instrumentalistów, którym trzeba jedynie pozwolić dobrze zagrać, albo poprosić aby pięknie zagrali. Mistrzowskie było – chwała za to również i kompozytorowi- przejście ze Scherza do Finału, idealnie wyważone i skontrolowane.
    Czy ze wszystkim decyzjami interpretacyjnymi byłem w stanie się zgodzić? Miałem pewne nieliczne zresztą życzenia, które może nie do końca zostały spełnione, jak na przykład sam początek- wspomniany „ motyw losu”, gdzie od pierwszych nut wolałbym usłyszeć energię i rytm, który pojawił się w całym okazaniu dopiero w ostatnich taktach Allegro con brio; preferowałbym również zagranie pierwszych trzech akordów Finału jak gdyby na jednym oddechu, co potrafi dodać kompozycji jeszcze większego napięcia, ale są to w sumie minimalne zarzuty, dowodzące jedynie preferencji, a nie braku kompetencji naszego dyrygenta. Zdumiony byłem, ale też niezmiernie uradowany, owacją jaką zgotowano wykonawcom po koncercie. Był to obraz nie tylko podziękowania za piękny koncert, ale tez wykazanie votum ufności dyrygentowi i jego podopiecznym, którzy są na dobrej drodze do osiągnięcia fantastycznego poziomu i nie tylko w wybranych kompozycjach. Cóż, zza „wielkiej wody” będę obserwować dalszy rozwój wydarzeń, może przy pomocy streakingu pewnych koncertów, lub odsłuchiwania nagrań, które powinny być realizowane. Aby zacytować komentarz przyjaciółki spoza Warszawy: „gdybym tu mieszkała, to bym sobie na pewno kupiła karnet na koncerty Filharmonii”. Nie można z tym stwierdzeniem się nie zgodzić.
    Roman Markowicz

  7. Bardzo dziękuję, Panie Romanie i pozdrawiam serdecznie.
    Wysokich i bezpiecznych lotów życzę.

  8. On jeszcze tutaj, właśnie go widziałam 🙂
    Byłam na konferencji prasowej Andrzeja Boreyki – bardzo w porządku. Jeszcze nie przestudiowałam programu sezonu na tyle, żeby się wypowiadać.
    Dzięki za długie i wyczerpujące relacje (dłuższe od moich wpisów 😛 ). Miejmy nadzieję, że i później będzie tak dobrze. Zawsze na początku jest dobrze. A dalej – różnie. W każdym razie trzymam kciuki.
    Co zaś do podsumowania Chopiejów: rzeczywiście w tym roku było jakoś chyba więcej rozczarowań niż byśmy się spodziewali po jubileuszowym festiwalu. Program wyglądał rewelacyjnie, a w praktyce cóż, okazało się, że niektóre koncerty można byłoby spokojnie pominąć. Ale tego z góry do końca się nie wie.

  9. Mój będzie krótszy 🙂
    Cóż, nie chciałbym być stawiany wobec wyboru: Apolloni czy Belcea? Wszystkie trzy ich koncerty były zachwycające i po prostu trzeba było na nich być. Mam nadzieję, że zaprezentowany przez AMQ (z Chołodenką) dworzakowski program rychło trafi na płyty.

    Nawiasem mówiąc: porównywanie BSQ z Emersonami (którzy w ostatnich latach też grywali tu Beethovena) wypada rzeczywiście miażdżąco, ale wyłącznie dla tych ostatnich. A jeśli ktoś preferuje akurat liofilizowanego Beecia dawnych Juilliardów (z nimi to mógłbym sobie ewentualnie posłuchać Elliotta Cartera), to jego problem; nie odbieramy przecież nikomu prawa do wielbienia własnej szafy z płytami, proszę tylko nie szafować przy okazji bezzasadnymi zarzutami, które rodzą podejrzenie o hejterstwo.

    Z recitali zapamiętam zwłaszcza Katsarisa, wcale nie tylko z powodu niespodziewanych „Dwóch serduszek” na bis (he, he).
    No i Abłogina (właściwie in extenso), Grosvenora (w dużej części) tudzież Bożanowa (połowicznie 😉 ).
    Mój ulubiony od zeszłego roku Ensemble Dialoghi, Collegium 1704 z Cherubinim czy Hofkapelle München z „Eroicą” zaświadczają, że HIP wciąż ma się tu dobrze.
    Bezuidenhout spodobał mi się naprawdę dopiero w finałowej części Koncertu C-dur Mozarta KV 503, choć to i tak nieźle, bo występująca tego samego wieczoru piewica (nb. Dorabella w półscenicznej wersji Cosi sprzed pięciu lat) nie spodobała mi się w niczym.
    A koncert finałowy pod wodzą Boreyki i we mnie obudził duże nadzieje. To było mocne!

  10. – Czy oskarżony przyznaje się do zarzucanych mu czynów?
    – Tak, proszę Wysokiego Sądu.
    – Proszę zatem przedstawić okoliczności i powody swojego postępowania.
    – Proszę Wysokiego Sądu, bo ja spokojny człowiek jestem, a nawet powiedziałbym kulturalny. A właściwie to przede wszystkim kulturalny, zasady posiadawszy, o tak. I ciekawość u mnie wielka świata, co to się przejawia notorycznymi podróżami, chronicznym czytelnictwem, a nadmieniam ponadto, że kąwulsywnie nadużywam muzyki…
    – Oskarżony chciał chyba powiedzieć „kompulsywnie”.
    – No tak. Proszę Wysokiego Sądu, i to nadużywanie wygene…rywuje, że tak powiem, z pulsem…
    – Czy oskarżony może zwięźlej i przystępniej wyrazić swoje przemyślenia, by puls Sądu nie przekroczył zalecanych norm?
    – ?
    – !
    – Zadam proste pytanie: co było bezpośrednim impulsem, hm, chciałem powiedzieć: powodem wyrzucenia przez okno akwarium z zawartością. Który to czyn był bezpośrednią przyczyną zgonu królika sąsiadki, ataku serca tejże oraz śmierci nieustalonej liczby rybek-welonów. Nieustalonej, gdyż wszystkie padły łupem okolicznych kotów. Czy oskarżony pamięta… Co się z panem dzieje…!
    – Proszę sądu, gdy słyszę „Czy pamiętasz, jak…?” to budzi się we mnie monstrum, a okoliczności łagodzące zachodzą na horyzoncie. Na chwilę przed tragicznym zgonem królika (i jeszcze tragiczniejszym welonków), gdy karmiłem moje rybki, słuchając jednocześnie utworu klasycznego, żona moja tym swoim niewinno-słodko-jadowitym: – Pamiętasz jak to grał…. – powiedzianym po raz Stu-Ty-Sięcz-Ny – w końcu mnie psychicznie zdemolowała, zruinowała. Mnie, człowieka spokojnego, nawet kulturalnego. Zaś z ruiny człowieka powstał monster, chcący jeno uratować wszystkich przed „pamiętasz, jak…”.
    A że w chwili ruinacji pod ręką było akwarium, to Wysoki Sąd sam rozumie…

    ***

    Pamięć – jedno z tych pojęć, wobec których czujemy się często bezsilni, mali, przytłoczeni. Ale zarazem pojęcie, bez którego jakikolwiek dyskurs jest nie tyle jałowy, co po prostu niemożliwy. Dla jasności: nie chodzi mi tu o pamięć faktograficzną, encyklopedyczną, utylitarną. Bo te są w jakiś sposób mierzalne, można je poddać swego rodzaju treningowi (każdemu wedle możliwości).
    A było tak: w odstępie dwóch tygodni byłem na dwóch recitalach. Z tym samym programem. I wybitnymi artystami przy klawiaturze…

    ***

    W tym właśnie miejscu przerwałem z jakichś tam życiowych powodów pisanie. Przypomniałem sobie te zapiski, bo dopiero co sytuacja się powtórzyła. Znowu wysłuchałem dwóch dzieł w dwóch skrajnie różnych interpretacjach. Pewnie wkrótce dojdzie trzecia, czwarta… I nagle oświeciło mnie: rybek u mnie (i innego pływającego inwentarza) niet; kot już dawno w krainie braku konkurencji przy misce (teraz już zawsze pełnej), u sąsiadki królik – oraz jego krewni i znajomi – dawno są już tylko wspomnieniem z buraczkami w tle. A żona… nie odwoływała się do mojej pamięci, z jej ust najczęściej słyszałem: to jest piękne.

    Do dzisiaj idę tym śladem.

    I niestraszne mi „Pamiętasz, jak xxx to grał…?” Bo pamięć ustępuje w oczekiwaniu na spotkanie z pięknem. Bądź to dzieła, bądź to jego odczytania. Jeżeli spotkają się w jednej chwili, mogę tylko za żoną powtórzyć: to jest piękne.

  11. Lubię Cię, Jerzyku. 🙂

  12. K.Zimerman wspominał w Berlinie o kameralistyce, no i faktycznie – w pierwszej części tego sezonu zagra kameralistykę: kwartety fortepianowe J.Brahmsa – A-dur op. 26 i c-moll op. 60 oraz młodzieńczy kwartet a-moll G.Mahlera – 1 października w Mediolanie (później już troszkę dalej, bo w Tokio). W składzie Maria Nowak – skrzypce, Katarzyna Budnik-Gałązka – altówka i Yuya Okamoto – wioloncela. Podejrzewam, że gdzieś jeszcze w tym składzie się pojawi, ale trudno znaleźć info na ten temat. Pod koniec sezonu zagra w Dreźnie koncert Es-dur Beethovena – w Semperoper, ze Staatskapelle Dresden i H. Blomstedtem – po zakończeniu działalności dyrygenckiej przez B. Haitinka (co nastąpi jutro w Lucernie) bodaj najstarszego z czynnych wybitnych dyrygentów ostatniego półwiecza z okładem.

  13. Pięknie. Do Mediolanu już się nie przelecę, do Tokio tym bardziej. Ale mam nadzieję, że gdzieś jeszcze to zagrają.
    Ja siedziałam cicho parę dni, mając trochę wolnego od koncertów robiłam głupiego robotę jako to spisywanie wywiadu (jeszcze skracanie przede mną). Ale już dziś wracam do życia koncertowego – idę na pierwszy dzień nowego festiwalu Wokół Józefa Elsnera. A jutro na dwa dni na Wratislavię.

css.php