Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Co w duszy gra - Blog muzyczny Doroty Szwarcman Co w duszy gra - Blog muzyczny Doroty Szwarcman Co w duszy gra - Blog muzyczny Doroty Szwarcman

29.09.2019
niedziela

Co z tą pneumą

29 września 2019, niedziela,

Tegoroczne hasło Warszawskiej Jesieni okazało się o tyle enigmatyczne, że nawet trudno powiedzieć, czy było adekwatne. Na pewno miało wpływ na to, że było wiele naprawdę ładnych utworów.

Na sobotniej dyskusji na temat festiwalu (która zresztą trochę popłynęła w poematy dygresyjne) pojawił się z mocą temat ekologiczny. Co zresztą było odzwierciedleniem tego, co w minionym tygodniu działo się za murami miejsc koncertowych: strajku ekologicznego, demonstracji, szczytu ONZ. Przyznam, że zdumiało mnie stwierdzenie – już nie pamiętam, czyje – że tylko młodzi są tak uwrażliwieni na zmiany klimatyczne. Nonsens – i ja, i wielu ludzi z mojego pokolenia, których znam, przejmuje się tymi sprawami wcale nie mniej. Ageizmu (ejdżyzmu?) było  w tej dyskusji zresztą więcej, bo nagle padła propozycja, by – skoro mamy Małą Warszawską Jesień dla dzieci – robić jakąś Warszawską Jesień dla seniorów. Też bzdura, bo w każdym wieku można mieć różne zainteresowania i upodobania. (Choć przyznam, że np. jeśli ktoś chciałby robić koncerty na stojąco, to takie przedsięwzięcie raczej nie byłoby dla seniorów.) Dobrze, że chociaż seksizm wyraźnie jest w odwrocie, i to młodzi panowie głównie są orędownikami parytetów – zazdroszczę, bo kiedy ja byłam w ich wieku, w Polsce także w naszym środowisku w tej dziedzinie była epoka kamienia łupanego.

Jednak jeśli na pytanie Krzysztofa Marciniaka z „Glissanda”, co my możemy zrobić dla ekologii, Krzysztof Szwajgier odpowiedział (z grubsza) „grać dobre utwory”, to ja się poniekąd z tym zgadzam. Mieliśmy zresztą potwierdzenie w koncertach piątkowym i sobotnim, na których było wiele utworów ze słyszalnymi związkami z naturą.

Dotyczyło to z całą mocą tradycyjnego koncertu European Workshop for Contemporary Music pod batutą Rüdigera Bohna. W utworze Marty Śniady C_ut|e#1 kompozytorka zestawiła ze sobą znaczenia słowa cut i cute, z tym, że dźwięków dotyczyło raczej to pierwsze słowo, a drugie – wyświetlanych na ekranie obrazków, na których pojawiały się słodkie kiciusie i małe lewki, te zaś w końcówce wzięły udział w scenie, która już bynajmniej nie była cute. Utwór Adriana Mocanu metamorphoses: nychterides to ciąg spłoszonych pisków naśladujących wdzięcznie głosy nietoperzy. Z kolei Gelbspötter und Petrol. Stunts and Action Steffena Krebbera – to instrumentalne odwzorowanie głosów ptaków (ale nie w stylu messiaenowskim). Wreszcie przepiękny Le Lac Tristana Muraila, w którym kompozytor podzielił się z nami poprzez dźwięki swoim ulubionym krajobrazem nad jeziorem w zmiennych porach.

W finałowym koncercie NOSPR też nie było słabego punktu. Najpierw Islandka z Kopenhagi Bára Gisladóttir w zwięzłym, skromnym utworze ÓS, później wyrafinowana Rebecca Saunders i jej Alba z trąbką solo – znaną nam podwójną trąbką Marco Blaauwa. Piorunująca energia Jonchaies Xenakisa, utworu zbudowanego na zasadzie hitchcockowskiej, nie straciła nic ze swego blasku (kiedyś wykonanie tego utworu na WJ było bisowane, podobnie zresztą jak wszystkie kolejne utwory Xenakisa). W drugiej części najpierw nowy, niedługi, ale niezwykle ważki utwór Tadeusza Wieleckiego Anamnesis. To muzyka, która oddycha, rozkręcają się w niej jakieś przedziwne mechanizmy, powtarzane gesty, trochę jak w utworach Tomasza Sikorskiego, ale bardziej intensywne. Wplecione w muzykę słowa „szerokość, długość, wysokość, głębokość” były następnie naśladowane przez instrumenty, co przypomniało mi dawne zabawy Wieleckiego w stylu Siała baba mak. Wreszcie …towards a pure land Jonathana Harveya – kiedy przeczytałam omówienie, wydało mi się, że idea tego utworu podobna jest do The Unanswered Question Charlesa Ivesa: harmonia sfer w smyczkach kontra życiowe zaaferowanie w reszcie zespołu. Tu było to jednak bardziej rozbudowane, nie tak aforystyczne i regularne, ale też w końcu ze smyczkami odlecieliśmy gdzieś…

Świetny był dyrygent Ryan Bancroft, Amerykanin mieszkający w Holandii. Ubrany na luzie w czarną koszulę, na scenę nie wchodził, tylko wbiegał, ale jak już stawał za pulpitem, był bardzo precyzyjny. Orkiestra zatupała mu entuzjastycznie na pożegnanie.

PS. Odwiedziłam też już parę koncertów na Szalonych Dniach Muzyki, ale o nich – już w kolejnym wpisie.

PS2. Napisałam to w nocy, ale po północy nie mogłam dostać się na stronę, więc sorry, że dopiero teraz wklejam.

Kategorie:

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop
css.php