Minęły trzy lata

Udostępnij
Wyślij emailem
Drukuj

Dziś, w trzecią rocznicę śmierci Krzysztofa Pendereckiego, na Festiwalu Beethovenowskim odbył się koncert kameralny jego utworów.

Kiedy rano siadłam do komputera, wyskoczyła mi przypominajka „Wróć pamięcią do swoich wspomnień” ze zdjęciem sprzed roku, z uroczystości w Kościele św. św. Piotra i Pawła. Trudno nie pamiętać takiego wydarzenia, jak też koncertu z poprzedniego dnia w Lusławicach – pisałam o tym tutaj.

Piszemy o tym, co ważne i ciekawe

Z tej ciąży nie ma już co zbierać, mówi lekarz na USG. „I czego pani od nas oczekuje?”

Nie wrócę do ginekologa, który prowadził moją ciążę, bo musiałabym skłamać, że poroniłam, opowiada Wioletta. Przez kilka tygodni żyłam jak tykająca bomba, nie jadłam, nie spałam, wyznaje Karolina. Obie przerwały ciążę w drugim trymestrze.

Agata Szczerbiak

Dziś znów leitmotywem była melodia z Kartek z nienapisanego dziennika – Apollon Musagète Quartet wykonał IIIIV Kwartet smyczkowy. Coraz więcej zespołów gra te utwory; co jedno wykonanie, to nowe kolory się w tym odkrywa, ale IV Kwartet (krótszy, ale z podobnymi tematami, także właśnie wspomnianą melodią) po raz pierwszy został zagrany w nowej wersji: z dopisaną trzecią częścią. Podjął się tego Claus-Dieter Ludwig z wydawnictwa Schott, który przez wiele lat współpracował z kompozytorem; napisał tę część na podstawie szkiców, które dostał od Elżbiety Pendereckiej. Czy ta część była niezbędna? Niekoniecznie. Owszem, powtarzają się w niej motywy, które znamy z innych utworów Pendereckiego, ale już za dużo było tych powtórzeń. Oba kwartety zawierają też wiele elementów wywodzących się z Ubu Króla – podobnie też jest w Sekstecie wykonanym w drugiej połowie koncertu. Skład muzykujących był mieszany; dwie osoby te same, co rok temu: Sarah McElravy na altówce i Claudio Bohórquez na wiolonczeli. Na skrzypcach Letizię Moreno, która miała grać, zastąpił Janusz Wawrowski. Do tego świetny klarnecista Andrzej Ciepliński, również znakomity waltornista hiszpański Manuel Escauriaza i na fortepianie Łukasz Krupiński, który nabrał zdaje się pewnego luzu w grze, odkąd zamieszkał w Londynie.

Trochę może szkoda, że nie było jakiegoś płodozmianu na tym koncercie – przecież utwory kameralne, które znajdują się w twórczości Pendereckiego, są bardzo różne. Trochę ta jednostajność męczyła. Ale wykonawstwo, trzeba podkreślić, było bardzo dobre.

Udostępnij
Wyślij emailem
Drukuj