WSJD: Pat i reszta?

Udostępnij
Wyślij emailem
Drukuj

Oj, ostro poszedł Mariusz Adamiak zapowiadając ostatni występ na Warszaw Summer Jazz Days. Powiedział mniej więcej tak: – Słyszałem, że jutro ma się w paru gazetach ukazać tekst o Pacie Metheny, że ja ponoć ściągałem go z estrady, choć i on, i publiczność chciała jeszcze, i on podobno się obraził. Od dwudziestu lat promuję tego artystę i to chyba dosyć. Chcę teraz przetestować publiczność: czy wolicie sześć takich koncertów, jak te, które słyszeliście dzisiaj, czy jednego Pata Metheny?Szeeeść – zabrzmiało z publiczności. – No to dobrze. To tego pana więcej na ten festiwal nie zaprosimy. Nie lubimy tu gwiazdorstwa. Bo prawdziwe gwiazdy to były tu wczoraj i dziś.

No cóż, zapomniał o niewątpliwie wielkiej gwieździe, jaką był pierwszego dnia Pharoah Sanders. Ale pal sześć. Myślę, że oprócz tego incydentu z rzekomym ściąganiem Pata z estrady na złość szefa festiwalu wpłynął fakt, że Metheny, jak już wcześniej wspomniałam, wykolegował z Sali Kongresowej Pink Freudów, żeby być jedynym bohaterem wieczoru. Z drugiej strony jednak na koncercie Pata była pełna sala, a na pozostałych, hm…

Piszemy o tym, co ważne i ciekawe

Z tej ciąży nie ma już co zbierać, mówi lekarz na USG. „I czego pani od nas oczekuje?”

Nie wrócę do ginekologa, który prowadził moją ciążę, bo musiałabym skłamać, że poroniłam, opowiada Wioletta. Przez kilka tygodni żyłam jak tykająca bomba, nie jadłam, nie spałam, wyznaje Karolina. Obie przerwały ciążę w drugim trymestrze.

Agata Szczerbiak

Dziś też nie bardzo było z frekwencją, choć było dużo młodych dziewczyn, któe piszczały słuchając Kurta Ellinga. Miał on zaśpiewać na końcu, ale wystąpił na początku i przez większość czasu miałam wrażenie, że wykonuje na pół gwizdka, dopiero pod koniec się rozkręcił i zabłysnął skatem. Wystylizowany na kiczowatego amanta z dawnego musicalu (a w końcu i taki repertuar śpiewał, bo to były tematy, których w młodości używał Coltrane), w szarej marynarce i z zaczesaną do tyłu wybrylantynowaną fryzurką a la Rudolf Valentino, zachowywał się na estradzie również adekwatnie – to konsekwentna kreacja sceniczna. Natomiast facet ma naprawdę kawałek głosu (trzy oktawy naliczyłam na ucho) i choć z początku było trochę chropawo (chyba nie był w najlepszej formie), to końcówka już była świetna. Towarzyszyli mu świetni muzycy, zwłaszcza pianista (nie podano w programie jego nazwiska, a nie zanotowałam), który pod koniec uczęstował nas nawet krótkim cytacikiem z Rewolucyjnej (!), rozpoznanym i oklaskiwanym przez publiczność.

Następny występ Adamiak zapowiedział, że to „być może czarny koń” – ale okazało się, że nie. Rudresh Mahanthappa to saksofonista o korzeniach indyjskich, podobnie jak występujący poprzedniego wieczoru pianista Vijay Iyar, z którym zresztą grali swego czasu w duecie (trochę się dziwię, bo to bardzo różne osobowości). Bardzo intensywne i energetyczne granie, z lekkimi akcentami orientalnymi, ale jak wysłuchało się kilku kawałków, odnosiło się wrażenie, że cały czas jest to samo. Wrażenie poprawił ostatni koncert pod hasłem Tribute tu Tony Williams, a wystąpił kwartet, którego liderką była świetna perkusistka Cindy Blackman. Grał z nią znany tu już (i promowany przez Adamiaka) gitarzysta Vernon Reid, który też nieźle wymiatał, klawiszowiec o nieznanym mi nazwisku i basista Felix Pastorius (syn słynnego Jaco). To było dobre, ale bardzo głośne. Wytrzymałam parę utworów, z przyjemnością patrząc na liderkę, nie tylko dlatego, że jest ładną i zgrabną kobietką (zdrabniam, bo jest drobna) z wielką szopą włosów, ale przede wszystkim dlatego, że uwielbiam patrzeć na perkusistów, którzy grają nie siłą, tylko sposobem, więc pałki same latają im w rękach. Ale potem już poszłam, bo szanuję uszy, a poza tym już mi się spieszyło do tego thrillera pt. wieczór wyborczy…

Udostępnij
Wyślij emailem
Drukuj