Mariaż Wschodu z Zachodem

Wróciłam z koncertu inauguracyjnego festiwalu Chopin i jego Europa. Jednym z solistów był Makoto Ozone, który jest pianistą bardziej jazzowym niż klasycznym. W II Koncercie Beethovena nie wytrzymał i w kadencjach pojechał na jazzowo, a na bis zagrał przeróbkę Walca cis-moll Chopina. Może być, publice się podobało, mnie średnio, ale przypomniało mi się coś przy okazji.
Kilka dni temu na tym blogu pojawił się cień dyskusji o tym, co muzyka Dalekiego Wschodu dała muzyce europejskiej (wyszło na to, że niewiele). Ale mt7 napisała wtedy coś, co mnie, przyznam, trochę zadziwiło. „Azjatycki kontynent jest tak odległy mentalnie od Europy, że nawet nie umiem znaleźć stosownego porównania, żeby nie popaść w banał. Myślę, że powinni kultywować swoją odrębność. Przy globalizacji pewna urawniłowka kulturalna ma niewątpliwie miejsce, ale byłoby straszne, gdyby wszędzie brzmiała podobna muzyka”.
Po pierwsze, to już jest faktem. Wszędzie brzmi podobna muzyka.


Po drugie, nie możemy dyktować ludziom Wschodu, co powinni kultywować, a czego nie.
Wschód przeżywa od paru pokoleń wielką fascynację kulturą europejską. Dla nas to o tyle ważne, że Chopin jest tam obiektem wręcz kultu. W takim np. Hamamatsu znajduje się replika pomnika Chopina z Łazienek w skali 1:1, w Szanghaju wystawiono właśnie mu pomnik w nader eksponowanym miejscu. Miliony młodych Chińczyków uczą się grać na fortepianie i grają właśnie Chopina. O Japończykach nie wspominając. Grać muzykę europejską uczą się też emigranci dalekowschodni mieszkający np. w Stanach – moja koleżanka-pianistka mieszkająca w Houston i ucząca dzieci mówi, że ma niemal wyłącznie takich właśnie uczniów.
Kultura europejska bywa im więc bliższa od własnej, o której wiedzą niewiele. Parę lat temu na Warszawskiej Jesieni prowadziłam spotkanie ze świetnym kompozytorem japońskim Toshio Hosokawą. Ciekawa rzecz: urodził się w Hiroszimie, ale o tym, co się stało dziesięć lat przed jego urodzeniem, nikt z nim nie mówił, choć jego matka podczas kataklizmu znajdowała się 3 km od centrum miasta. Dopiero na studiach w Europie odkrył, że kiedy wspomina, gdzie się urodził, spotyka się z reakcją podobną do tej, z jaką mógłby się spotkać, gdyby urodził się w Auschwitz. Zdumiało go to niepomiernie, bo w Japonii światy sztuki i polityki nie mają ze sobą kontaktu. Gdy Toshio był mały, ojciec prowadził go w piękne miejsca, ponieważ uważał, że dziecko winno się wychowywać w piękniejszym świecie.
Druga zaskakująca rzecz. Dziadek Toshio był instruktorem ikebany, uprawiał ceremonie parzenia herbaty, taniec no i łucznictwo. Matka grała na koto. Ale ojciec był całkowicie skierowany na Zachód, słuchał Beethovena, Mozarta, Haydna. I takiej muzyki uczył się mały Toshio, kiedy go posłano do szkoły. „Kochałem tę muzykę i wydawało mi się, że tradycyjna muzyka japońska jest nudna i przestarzała” – wspomina dziś.
Bardzo interesujący był powrót Hosokawy do własnej tradycji. Dokonał się w Berlinie, za sprawą festiwalu tradycyjnej muzyki japońskiej i… niemieckiego pedagoga kompozycji, Klausa Hubera, który powiedział mu: wracaj do domu i zajmij się tym. Drugim profesorem, który miał na niego wpływ, był Koreańczyk Isang Yun.
Toshio wrócił więc do japońskości, ale przefiltrowanej przez inne kultury. „Myślę, że dziś pogląd, że Japończycy mają czerpać inspirację tylko ze swojej kultury, a Europejczycy ze swojej, jest przestarzały, bo mamy czas koegzystencji” – powiada. W równym stopniu są go w stanie zainspirować chmury płynące po niebie, jak obrazy Marka Rothko. Ale jego podejście do dźwięku, formy muzycznej, a przede wszystkim czasu muzycznego, jest bardzo dalekowschodnie. Na przykład czas, który wiruje i zatacza kręgi. Albo – z praktyki kaligrafii – ważkość ciszy przed uderzeniem w bębenek, jak zawiśnięcia pióra nad papierem. I ogromna bliskość przyrody, jedność z nią. Wdech i wydech – podstawa medytacji zen. Jego muzyka oddycha.
No dobrze, ale weźmy np. pianistkę Mitsuko Uchidę. Mieszka w Europie dłużej niż w Japonii, gra muzykę europejską i robi to znakomicie. I to też jest wspaniałe.