Perpetuum mobile

Szczególna to postać – Walentin Silwestrow. Rozmawiać z nim niełatwo, choć na pozór wydaje się nawet rozgadany i miły. Ale to jego rozgadanie jest wyłącznie rozmową z samym sobą, wewnątrz własnego świata, poza którym niczego innego nie dostrzega, a jeśli nawet, to jest to dlań nieistotne. Zdaje się, że jest mu nawet obojętne, jak ktoś inny odbiera jego muzykę i że może to być zupełnie inny odbiór, jaki mógłby sobie wyobrazić. Mógłby, bo zapewne nie zaprząta sobie tym głowy. Bez żadnej żenady jest za to w stanie zaprzątnąć parę godzin pod rząd śpiewanymi cicho pieśniami na granicy kiczu. Kiczem się zresztą nie przejmuje: jeden z utworów nazwał nawet Kitsch Musik. Kiedy indziej konstruuje pseudocytaty z Mozarta czy Schuberta, ale te cytaty dziwnie się rwą i spomiędzy nich, w pauzach, wyłania się coś dziwnego: szumy, świsty, zgrzyty.

Spytałam go o to, myśląc głównie o utworze Der Bote (Posłaniec) na fortepian, syntezator i orkiestrę smyczkową, w którym ów „pseudo-Mozart” zestawiony jest z szumem wichru (efekt powtarzający się w różnych jego utworach). Dodałam, że można to odbierać jako obraz rozpadu. Natychmiast zaprotestował: nie rozpad, tylko narodziny melodii! Te melodie rozkwitają jak kwiaty! W poświęconym mu filmie Dialogi dopowiedział jednak więcej: to kwiaty na Polach Elizejskich. I dodał, że ostatnią muzyką, jakiej chciała słuchać w szpitalu jego umierająca żona, muzykolożka Larissa Bondarenko, był Mozart. Więc jednak ze śmiercią w tle. A o owym szumie wichru i mnie powiedział, że to metafora wiążąca się z cytatem z Biblii: „poczuł cichy wiatr i w nim był głos Boga”. Nie w gromach, nie w trzęsieniu ziemi, a właśnie w cichym wietrze.

Jednak te wszystkie szmery „pomiędzy” tłumaczy jeszcze inaczej: jako dźwięczące pauzy. Zresztą „dźwięczącym milczeniem” jest każda muzyka, rodzi się przecież z ciszy. A kompozytor, mówi, operuje nie tylko nutami, ale czymś niewypowiedzianym pomiędzy nimi. Dlatego muzyka klasyczna zawsze będzie klasyczna, to jest perpetuum mobile – zawsze będziemy wśród znanych nut szukać niedopowiedzianego. Tajemnicy. Schubertowskie „niebiańskie dłużyzny” to też jest właśnie „dźwięczące milczenie”, „brzmiąca pustka”, i ona to stanowi o istocie Schubertowskiego stylu. (To ostatnie mnie nawet dosyć przekonuje.)

Ale wrócmy do historii samego Silwestrowa, która jest dość zdumiewająca. Jako młody chłopak odnosił wielkie sukcesy na Zachodzie swoimi postserialnymi utworami, choc nigdy nie mógł w tym sukcesie uczestniczyć osobiście – władze sowieckie go nie wypuszczały. Zestawienie kilku dat jest wymowne: 1962 – nagranie 5 Utworów fortepianowych przez radio w Baden-Baden (miał wtedy 25 lat!), 1964 – Quartetto piccolo na Berliner Festwochen, 1965 – Mysterium na Biennale w Wenecji, Spectra w Filharmonii Leningradzkiej, wyrzucenie kompozytora ze Związku Kompozytorów Ukrainy, 1967 – nagroda im. Kusewickiego i zamówienie na utwór, 1968 – Eschatofonia w Darmstadt (dyr. Bruno Maderna), II Symfonia w Leningradzie i w konsekwencji zakaz wykonywania zawodu dla dyrygenta Igora Błażkowa, 1970 – nagroda Fundacji Gaudeamus. (Spytany, jak to się działo, że jego partytury docierały na Zachód, odparł, że po prostu pocztą.) A potem w samej muzyce Silwestrowa zaczyna się coś przełamywać, naraz, stopniowo, pojawia się coraz więcej z początku nieśmiałych pseudocytatów najpierw ze średniowiecza, potem z klasycyzmu… To było niemal jak infekcja – mogliśmy to prześledzić podczas słuchania utworów, jakie komozytor odtworzył nam na spotkaniu, począwszy od Symfonii na wiolonczelę i orkiestrę z 1972 r. Po owym nadprogramowym koncercie (miał trwać pół godziny, trwał godzinę!) rozpoczęłam spotkanie m.in. stwierdzeniem, że teraz już wiemy, jak dokonywał się w jego twórczości ów powrót do tradycji: stopniowo. A on na to: – Do tradycji nie trzeba wracać, ona sama powraca. A awangarda jest jak sól: kiedy byliśmy młodzi i zajmowaliśmy się tylko nią, to było tak, jakbyśmy lizali bryłę soli. A powinna być tylko przyprawą. Istotą muzyki jest melodia i harmonia („melodia to profil muzyki”, powiedział kiedy indziej). A w XX wieku muzykę „atematyczną” uważano za osiągnięcie. Ale nie było w tym treści.

Choć przecież sam, gdy był studentem, zafascynował się Webernem (w latach 1960-61 w tamtejszym radiu nadawano jeszcze koncerty z Warszawskich Jesieni) i powiedział nawet do swojego profesora, Borysa Latoszyńskiego, że zwykle muzyka działa w poziomie, a Webern zupełnie inaczej – w pionie, punktowo, trafiając prosto do słuchacza. Cała grupa studentów w konserwatorium w Kijowie, z Leonidem Hrabowskim na czele, który przetłumaczył ściągnięty z Niemiec podręcznik Hannsa Jelinka Wprowadzenie do techniki dwunastotonowej (i wraz z kolegami pisali ćwiczenia opierając się na tym podręczniku), została nazwana awangardą kijowską. Ale to się skończyło. Stało się coś paradoksalnego: wielu twórców na swój sposób przyznało rację swoim prześladowcom, wybierając tradycję i odrzucając (w różnym stopniu) awangardę, ale dalej byli prześladowani… Wielu wybrało emigrację. Silwestrow został. Do dziś mieszka i działa w Kijowie (dziś doceniany i szanowany), stale w tym samym szarym sweterku, a gdy sam siada do fortepianu, to widowisko jest nie z tej ziemi: dyryguje sam sobą (a jeśli gra z kimś, to tym kimś), wykonuje niemal teatralne gesty podkreślające i potwierdzające, ale to nie teatr, to jest odruch.

We wspomnianym filmie kompozytor Aleksander Knajfel, jeden z przyjaciół kompozytora, mówi: Wydaje mi się, że Wala został nam dany dla naprawienia tej korozji, jaka toczyła muzykę w drugiej połowie XX w. Zdumiewające, jak ostro ci ludzie odrzucają to, czym pasjonowali się za młodu. (Górecki zachowuje się podobnie! Penderecki patrzy na swój czas awangardowy z pobłażaniem i nostalgią, ale muzycznie do niego nie wraca.) Silwestrow może nie odrzuca awangardy aż tak ostro, ale za to pisuje nieraz tak, jakby XX wieku w ogóle nie było. Czy coś tych ludzi złamało? Oni sami na to nie wyglądają. Był zresztą czas, kiedy ich muzyka zaczęła podbijac świat. Przyczynił się do tego Manfred Eicher, załozyciel firmy ECM (dziś spotkanie z nim, zdam relację). Dziwne to zresztą, bo Niemcy takiej muzyki nie znoszą – ale jest jeszcze reszta świata. Tymczasem znów czasy się zmieniły i gdyby Silwestrow z Cichymi pieśniami wystąpił na Warszawskiej Jesieni, młodzi gniewni natychmiast by go wygwizdali. Silwestrow mówi, że rozpad to jest właśnie w muzyce Lachenmanna, Nono, Feldmana – niemożność tworzenia muzyki. (Trochę mogę się zgodzić, zwłaszcza w wypadku Lachenmanna.) Ale młodzi sądzą dziś inaczej i wybierają Lachenmanna. Tak to się pokoleniami toczy.

Tutaj króciutkie próbki Silwestrowa, w tym wspomnianego Der Bote. A tu i tu trochę bezczelnego kiczu…