Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Co w duszy gra - Blog muzyczny Doroty Szwarcman Co w duszy gra - Blog muzyczny Doroty Szwarcman Co w duszy gra - Blog muzyczny Doroty Szwarcman

6.12.2016
wtorek

Hu, hu, hu

6 grudnia 2016, wtorek,

Nowość na rozpoczęcie tegorocznego festiwalu Actus Humanus: muzyka bożonarodzeniowa z Hiszpanii. W wykonaniu odpowiednim: zespołu Al Ayre Español pod kierownictwem Eduardo López Banzo.

Dobry tekst napisał do programu Jakub Puchalski. Tak, muzyka hiszpańska to zupełnie osobne zjawisko, choć czasem widoczne są wpływy zagraniczne, przede wszystkim włoskie. Mimo jednak tej włoskości niektórych punktów programu (niewielu jednak) włączenie doń również utworu Vivaldiego – Sonaty op. 5 nr 6 – było pewnym zgrzytem. Pasowało to stylistycznie jak pięść do nosa i domyślam się, że jedną z pobudek zamieszczenia go tu była chęć pokazania się skrzypków, rzeczywiście niezłych. Jednak było to zakłócenie całości.

Jest jednak wiele cech niepowtarzalnych muzyki hiszpańskiej – skłonność do chromatyzmu, a w kwestii charakteru z jednej strony mistycyzm, a z drugiej ludowa żywiołowość. Sprecyzujmy: słuchaliśmy w tym programie muzyki przede wszystkim pierwszej połowy XVIII w. Czyli wcześniejsi José de Torres, José de San Juan i najstarszy z nich Juan Cabanilles (tylko utwory na pozytyw w wykonaniu szefa zespołu) oraz późniejszy Juan Francés de Iribarren, który został zaprezentowany właśnie bardziej włoskim utworem, choć hiszpańską formą – Vilancico de Reyes:  Siendo influjo el ardor de una llama, ale również już czysto hiszpańską formą jacara – wesołą piosenką na fiestę kończącą święta Bożego Narodzenia.

Twórcy hiszpańscy komponowali na ten świąteczny czas specyficzne bożonarodzeniowe kantaty i vilancicos, ale właśnie również jacaras – dwie wykonane tego wieczoru stanowiły wręcz kwintesencję hiszpańskości. W pierwszej z nich, wspomnianego Iribarrena, pojawiły się nawet kastaniety. W drugiej, Una noche que a los reyes de San Juana, utrzymanej w andaluzyjskiej stylistyce zmierzającej już w stronę flamenco, jest cała scenka aktorska, w której baryton odgrywa arystokratę nadętego na świętującą tłuszczę i odstraszającego ją okrzykiem: hu, hu, hu (o ile dobrze zrozumiałam tłumaczenie, jakiego później udzielił nam szef zespołu). Było to tak zaraźliwe, że po koncercie wciąż powtarzaliśmy owo hu, hu, hu.

Dzięki temu programowi i kilku słowom komentarza Banzo, m.in. właśnie o owej fieście ulicznej na zakończenie świąt, nie tylko zapoznaliśmy się z ciekawą muzyką, ale dowiedzieliśmy się również czegoś nowego. Oczywiście jeśli ktoś wcześniej nie był w Hiszpanii na Boże Narodzenie.

Kategorie:

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 26

Dodaj komentarz »
  1. Pobutka 6 XII – Urodziny: H. Gorecki 83; N. Harnoncourt 87; D. Brubeck 96; J.C.Bach 374; I. Gershwin 120. https://www.youtube.com/watch?v=Eo5X54WXvNM Ira G.
    https://www.youtube.com/watch?v=Mo_-PaNCOEc
    https://www.youtube.com/watch?v=6dlXnR6SPI0

  2. Tak, klimatyczne to rozpoczęcie tegorocznego Actus Humanus. Faktycznie hu, hu, hu z jacary efektowne. Nigdy nie słyszałam o takim gatunku muzycznym, ale to moje pierwsze zetknięcie z muzyką hiszpańską na Boże Narodzenie i bardzo zachęcające.

  3. Dzień dobry 🙂
    Dwójka transmituje w tym roku cały festiwal, podobnie strona NInA.

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. Pan Filip wczoraj w Dwójce opowiadał o festiwalu zachwalał gdańską publiczność i powiedział, że publiczność jego „wcześniejszych projektów” była nastawiona na zaliczanie koncertów… 😉 Łaska dyrektora na pstrym koniu jeździ.

  6. Rzadko bo rzadko, ale raz na jakis czas mam okazje sie odwzajemnic Pani Kierowniczce i niektorym Fredzelkom jakas mini-recenzja. Zdarzylo mi sie w ostatni weekend zaliczyc wykonanie “Joszuy” Haendla przez Philharmonia Baroque z Nicholasem McGeganem, wiec sie podziele wrazeniami.

    McGegan, sadzac z nagran, nie nalezy do bohaterow mojej bajki; jego estetyka bardziej przypomina Williama Christie niz duzo mi blizszych Brueggena czy Minkowskiego. Zbyt wiele “doucement” i “gracieusement”, zbyt malo dramatyzmu w jego wykonaniach. Podpadl mi szczegolnie jakis czas temu, gdy w notce do jednego z albumow z wyjatkami instrumentalnymi z oper Rameau zaznaczyl, ze celowo zrezygnowal z uzycia klawesynu, bo tegoz (cytuje doslownie) “generic sound” przeszkadza w odbiorze tej niebiansko pieknej muzyki. Co do niebianskiego piekna, zgoda, ale niby jak mial Rameau dyrygowac swoimi operami, machac rekami? To sie przyjelo dopiero w 19. wieku (pierwszy byl podobno Louis Spohr). Ale co firma, to firma, wiec jak sie nadazyla w tych dniach okazja, to polecialem w te pedy, tym bardziej ze “Joszuy” Haendla na zywo dotad nigdy nie slyszalem, ani nawet nie znalem w calosci. A muzyka ta jest wielkiej pieknosci i przy tym zupelnie oryginalna, niemal bez pozyczek. Zauwazylem tylko dwie powtorki: slynny chor “See the Conqu’ring Hero Comes”, ktory dotad kojarzylem raczej z “Juda Machabeuszem”, oraz arie “Oh, Had I Jubal’s Lyre”, ktora pojawia sie tez gdzies indziej, ale nie potrafie sobie przypomniec, gdzie.

    Co do wykonawstwa: jakze daleko odeszlismy od choru i dyrekcji zasluzonego skadinad Stefana Stuligrosza. Przywoluje to nazwisko, bo na Stuligroszu sie wlasnie wychowalem jesli chodzi o oratoria Haendla. Dzis wykonywanie tego rodzaju muzyki przez niewielkie zespoly grajace na historycznych instrumentach i 24-osobowy chor nalezy do kanonu, a mimo to pierwsze takty muzyki uderzyly mnie odmiennoscia dzwieku orkiestry. Dzwiek ten takim pozostal przez caly wieczor i chocby jego subtelnoscia i czystoscia intonacji trudno sie bylo nie zachwycic. Basso continuo na klawesynie i portatywie bardzo stylowe i z duza inwencja muzykow je wykonujacych (tym razem klawesyn sie jednak ostal, nie tylko w recytatywach, ale rowniez w ariach i chorach, mimo ze “generic-sounded”). Okazjonalne kiksy naturalnych rogow i trabek przypominaly, jak trudne sa to instrumenty i jak wyedytowane musza byc nagrania, zeby tam takich wpadek nie bylo. Dziwila tylko nieco pani grajaca na pierwszej wiolonczeli, ktora stosowala klasyczne vibrato, a takze uzywala podporke („endpin”) dla swojego instrumentu zamiast sciskac go kolanami jak przystalo na wiolonczele barokowa (a ma to wplyw na wydobywany dzwiek, jak mi kiedys tlumaczyl zaprzyjazniony profesjonalista).

    I jeszcze o stronie wokalnej: chor bez zarzutu, ale tez bardzo wyrownani, czysto, porzadnie i stylowo spiewajacy solisci. Wszystko sily lokalne, nawet pani nazywajaca sie Yulia Van Doren, jak z nazwiska wynika, urodzona w Moskwie. Wiecej nazwisk w tej recenzji:

    http://www.mercurynews.com/2016/12/02/review-joshua-not-your-typical-holiday-fare-but-philharmonia-baroque-makes-it-a-masterpiece/

    Zaiste, bardzo odswiezajacy wieczor, daleki od niemal obowiazkowego tu o tej porze roku “Mesjasza”.

  7. E tam, na Mezzo co chwilę są koncerty na żywo bez kiksów. Da się, a jak trąbi leniwy dyletant, to żadna studyjna obróbka nie pomoże. Dla niektórych cymbałki to za trudny instrument, a utrzymują się z grania i jeszcze narzekają, że pieniędzy za mało. A to był tylko McGegan i jego zespół, naprawdę, do mistrzostwa świata im zawsze było daleko. Dużo bliżej do Stuligrosza, jak się zastanowić, niż do tych panów wymienionych na początku. Mnie pani grająca na pierwszej wiolonczeli nie dziwi – w tym kontekście. Uczone rozważania o klawesynie przeszkadzającym u Rameau – też. Nie słyszałem o tym, bo McGegana i jego działalności unikam od dawna. Kiedyś był filarem HM, a przecież HM byle czego nie wydaje, więc to musi być dobre, no nie? Jakoś mnie nie przekonał jednak. 😎

  8. Koncert w Gdańsku bardzo fajny był, mimo Vivaldiego. Myślę sobie, że nie tyle chodziło o skrzypków, co o publiczność, żeby w programie było choć jedno znane nazwisko. Wczoraj rano bardzo się zjeżyłem, kiedy pani Kinga Baranowska nadała relację z miejsca pracy, kilkanaście razy mówiąc o nieznanych, zapomnianych, przywracanych itd. (na dowód tego kaleczyła nazwisko Iribarrena na kilka sposobów). Ale przemyślałem rzecz i wiem, że zjeżyłem się niesłusznie i odszczekuję. Oni są nieznani. Tu, na blogu, już dawno i chyba więcej niż raz nawoływałem, żeby Iribarrena słuchać, ale to się nie liczy. Nikt go nie zna, ani pozostałych. I dobrze, przynajmniej nie ma tłoku. 😛
    Transmisja była przez parę minut w stanie agonalnym, potem się w ogóle urwała, a potem było już w porządku. Wyglądało mi to na źle wsadzoną wtyczkę. Jeszcze jeden przyczynek do profesjonalizmu w Dwójce, że bywa z nim różnie.
    Zaś jacaras, uzupełnię, miały o wiele więcej zastosowań, niż wokółliturgiczne. Dużo wcześniej tak nazywano dziarskie piosenki śpiewane przy gitarze, trochę ich przetrwało w opracowaniach pierwszych wielkich gitarzystów. Nazwisk nie wymieniam, bo są nieznani i zapomniani. 😛 Do kościoła zostały zaadaptowane z teatru, gdzie stanowiły przerywniki dla uciechy mało wyrobionej publiczności, czyli takiej jak ja. Jeszcze bardziej efektowne są kościelne jacaras wykorzystujące małe chórki, żeński i męski, i tego mi wczoraj brakowało. Aby nie być gołosłownym, oto znana (!) już wszystkim (!) jacara Iribarrena z takimi chórkami.
    https://www.youtube.com/watch?v=AF9uB_WAphE
    Ale uwaga – to nie jest gwarancja sukcesu. Nie zamieszczam linku, kto chce, bez trudu znajdzie na jutubie, tuż obok, przykład przerażający. 🙂

  9. Pani Baranowska ma na imię Klaudia.
    Dziś natomiast jeśli kto słuchał, to zauważył, kto prowadził transmisję 😉
    Bardzo miły „koncercik taki”. Trochę po staroświecku elegancki był Paul Agnew w pieśniach Dowlanda, ale nie czepiam się przesadnie, można i tak. Paul O’Dette jak zawsze świetny.
    @ jrk – dzięki za relację z antypodów 🙂 Też nie nalezę do wielbicieli McGegana, a przykład z klawesynem u Rameau w istocie kuriozalny. I to w odniesieniu do, bądź co bądź, jednego z „klawesynistów francuskich” 😈

  10. No rzeczywiście. To o imieniu. Ale Iribarren też nie miał na imię Franczesko, więc niechcący dokonałem pomsty. 🙂
    O dzisiejszym prowadzeniu transmisji zamilczę właśnie ze względu na to, kto prowadził. Przynudzić zdarza się najlepszym.
    Dzisiaj to było dla mnie duże wydarzenie. Nawet bardzo duże. Jeśli to jest staroświecka elegancja, to jestem jej zwolennikiem i nie chcę mniej staroświeckiej elegancji, ani mniej eleganckiej staroświeckości, ani żadnego innego zestawu. Nic lepszego, jeśli o Dowlanda chodzi, nie słyszałem, wprawdzie jeszcze nie miałem czasu posłuchać płyty Thomasa Dunforda, ale tam też Paul Agnew występuje, więc raczej różnicy jakościowej nie będzie.

    Pozdrawiam prymusika, który przed przerwą wszczynał owacje na ostatnim dźwięku. Po przerwie bardzo mi go brakowało, mam nadzieję, że to tylko chwilowa niedyspozycja. Albo, co można wybaczyć, wybiórcza znajomość literatury. 🙄

  11. Dobry wieczór,
    PK, czy mogę wrzucić troszkę gadulstwa na okoliczności okołoświąteczne?
    Chociaż po Wielkim Wodzu to ja się trochę jednak boję – coś za blisko.

  12. Będę zaszczycony. 😎

  13. Koncercik dzisiejszy taki na wytchnienie i odpoczynek. Przy bisie Paul Agnew powiedział, że teraz zaśpiewa coś francuskiego i niesmutnego, kogo, nie spamiętałam. Ale dla mnie Dowland nie jest smutny, raczej pięknie melancholijny. I tak właśnie brzmiał we wnętrzu Dworu Artusa.

  14. Tysiące nóg, miliony nóg. Stojących, sunących, tupiących, podskakujących. Dużych, małych, krótkich, długich. Las – co tam las – nóg amazońska dżungla (nie widziałem, ale tak sobie wyobrażam). Najczęściej oprawionych w sztywne formy, bywa że obutych miękko, przytulnie (wówczas zderzenie można jakoś wytrzymać), ale wszystko to jest niczym, wobec ewentualnego zderzenia (czytaj: miażdżenia) z wyrafinowanymi formami obcasów. Sama myśl o sztyletach, na jakich potrafią sunąć te wypindrzone klabzdrony (albo i niewypindrzone – choć nie współczynnik wypindrzenia jest tu ważny, a poza tym męskie dandy w niczym żeńskim nie ustępuje), zatem już myśl o słupeczkach, szpileczkach, koturnikach – wszystkie cztery nasze łapy zmiękcza, a korpusik (nawet jeżeli korpusem słusznej wielkości jest) w stan osikotrzęsioczki wprawia. Amen.
    Efekt wzmocniony jest – bo czy można wyobrazić sobie, że coś nie należy wzmocnić – tsunami dźwięków. Jeżeli myślisz, że to, co dzisiaj zaznały twoje uszy, jest pandemonium akustycznym – jesteś w błędzie. Bo następnym razem usłyszysz pandemonium wzmoc!-nio!!-ne!!! A jeszcze następnym – jego wersję do kwadratu (jeżeli oczywiście jeszcze cokolwiek usłyszysz). Do tego obowiązkowy kubraczek, szaliczek, czapka-pilotka. I państwo idą. A właściwie – przeciskają pomiędzy innymi. Co i rusz następując tymi swoimi słupeczkami, szpileczkami, koturnami na łapy podobnych tobie nieszczęśników. Czasami i na twoje.
    Jednym słowem – radosny czas nam nastał. Weinachtsmarkt.
    Idąc na długo wyczekiwany koncert, minąłem taki właśnie świąteczny jarmark (a im dłużej to trwało, tym mniej szedłem a bardziej uciekałem) i raz za razem widziałem te nieszczęsne małe i duże futrzaki, które w tym iście boschowskim panopticum nawet nie były w stanie wyczuć zapachu ukochanych skądinąd kiełbasek. Poza może paroma wyjątkami, ale to albo głuche już było, albo prawicowo zwichnięte (co po prawdzie na jedno wychodzi). Dotarcie do sali koncertowej uratowało mnie przed ulicznymi ekscesami (wyłączanie prądu, odbieranie praw do opieki nad psinami etc.)
    A był to koncert, na który ostrzyłem sobie apetyt już od ponad roku. Ze względu na wykonawców, ale również i repertuar. Wiadomo w końcu, że w przypadku paru/parunastu indywidualności idziemy/jedziemy/lecimy w ciemno, powtarzając jeno: niech gra co chce, byle grał. W tym przypadku istotna była właśnie „kompletność” – wykonawców, dzieł i sali. Zatem po kolei: sir András Schiff, Jerusalem Quartet, dwa kwintety – f-moll op. 18 M. Weinberga oraz f-moll op. 34 J. Brahmsa, a wszystko w sali kameralnej wiedeńskiego Konzerthausu.
    O ile kwintet Brahmsa tradycję wykonawczą ma wielką – i równie dużą dyskografię – o tyle w przypadku utworu Weinberga jest dokładnie odwrotnie. Ale sytuacja powoli zmienia się. I jak najsłuszniej, bo jest to muzyka po prostu fantastyczna. Przyznaję, że sam ją po raz pierwszy słyszałem w zeszłym sezonie w czerwcu w Katowicach – w wykonaniu Kwartetu Śląskiego i Piotra Sałajczyka przy fortepianie. I wówczas dobre wykonanie, ale nade wszystko muzyka zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Gdy okazało się, że kwintet ów mają w repertuarze sir AS i JQ – szukałem tylko sposobności wysłuchania ich. Istotne było również to, że grają ten program już bodaj trzeci sezon (przynajmniej po kilka razy w każdym) – a w przypadku zwłaszcza tego kwintetu jest to szczególnie istotne (nagranie np. z Verbier przez znakomitych solistów pokazuje najlepiej w czym rzecz). Partytura Weinberga dopiero po ograniu i perfekcyjnym zgraniu całej piątki wykonawców nie tyle zalśni, co olśni słuchacza. A jest w niej wszystko: liryzm, dramat, melancholia, kpina, groteska, dowcip, subtelna poezja i gorzka proza, dosadność i eteryczność. Pomimo dużych rozmiarów i rozbudowanej 5-częściowej formy (to jest prawie 45 minut muzyki) nie odczuwa się nawet przez chwilę znużenia czy monotonii. Między innymi dlatego, że jest to 45 minut wciągającego dialogu między smyczkami a fortepianem (tylko w Largo są dwa dłuższe odcinki, gdy tego dialogu między nimi nie ma) – z użyciem zarówno cierpkich harmonii, jak i żyletowego unisona; spokojne ogrywanie tematu zderza się z groteskowym walczykiem w środkowym Presto, diaboliczna motoryka (w finałowym Allegro agitato) potrafi błyskawicznie przejść w wręcz folkowe rozkołysanie, by dwa takty dalej zachichotać szaleńczym boogie woogie (jedno z pierwszych, a może wręcz pierwsze napisał Beethoven). A melanż ten skonstruowany jest po mistrzowsku – nie rażąc ani przez chwilę jakimkolwiek nadmiarem. Są momenty, gdy chcę się szczerze roześmiać; gdy może się zdawać, że kompozytor wręcz zaprasza do radosnej zabawy. Ale to przecież trop fałszywy. Bo Weinberg wie, my wiemy, że stawić opór duszącej rzeczywistości możemy tylko poprzez śmiech, a jeszcze lepiej kpinę. I że ten śmiech często zamiera na ustach. I nastaje cisza. Wówczas przerażająca, mrożąca.
    W sali przy milknących, ledwie już słyszalnych dźwiękach instrumentów, lot muchy zdawałby się lotem jumbo jeta.
    Co było do przewidzenia – kwintet wywołał entuzjazm na sali. Oczywiście podobnie, jak zagrany po przerwie utwór Brahmsa. W którym muzycy zrobili wszystko, aby kwintet f-moll kipiał od energii, a liryzm w żadnym momencie nie był tożsamy z sentymentalizmem, czy wręcz ckliwością (zwłaszcza w Andante). Rozmach finałowej części, jej motoryczność, dynamizm fugata wbijały w fotel – przy tym cały czas uwodząc charakterną cygańskością czy węgierskością. Z racji wywołanego entuzjazmu bisowano część finałową kwintetu Brahmsa.
    Sir Schiff grał na Bösendorferze – co w kameralnej, znakomitej akustycznie sali Mozarta ma znaczenie pierwszorzędne. Nie jest to brzmienie nadmiarowo monumentalne, przy tym ciepłe, bardziej krągłe (chociaż gdy trzeba wyrzeźbić kontur wyrazisty, to Maestro robi co trzeba). Poza tym rozkoszne było widzieć, jak sir AS wchodzi, czy wręcz wkracza dostojnie na estradę, by później zobaczyć, jak w finale Brahmsowskiego kwintetu energia aż paruje z całego jego szlacheckiego majestatu. Ale w końcu Węgrem jest. Gdy mowa o instrumentach, to nie wypada nie wspomnieć, że Kirył Złotnikow grał na wiolonczeli Giovanniego B. Ruggierego z 1710 r. użyczonej mu przez D. Barenboima, na której grała wcześniej niezapomniana Jacqueline du Pré. Znakiem czasu z kolei jest użycie przez altowiolistę Ori Kama tabletu zamiast nut – chociaż dla mnie tyleż znakiem czasu co odwagi. Mnie sparaliżowałaby już sama myśl: a co, jeżeli tablet się „powiesi”. Chociaż równie ekscytującą chwilę przeżyłem w drodze powrotnej, gdy wracający ze mną pasażer (młody, rozsądny, sympatyczny człowiek) zadał mi pytanie: a co to jest opera? Przy czym tu nie chodziło o semiotykę pojęcia czy jego hermeneutykę. Nie. To było elementarne pytanie o nieznane pytającemu słowo. Bo pytanie dodatkowe brzmiało: a jaka jest różnica między koncertem a operą? I w tym momencie już wiedziałem, że moja jazda z młodym sympatycznym człowiekiem nie jest już podróżą. Jest misją.
    Nie ma co mdleć z wrażenia czy śmiać się z ignorancji, bo to nie wina tego młodego człowieka – zapewne po maturze. To jest prosty efekt kompletnej nieobecności olbrzymich obszarów kultury (hm, innej niż tzw. popkultura, subkultura itd.) w sferze społecznej, mediach, a przede wszystkim nieobecności w systemie edukacji (zmiana systemu kształcenia niewiele tu zmieni, lub wręcz na gorsze). Jedyne co nam pozostaje, to rozmawiać z tymi młodymi ludźmi (zresztą wiek nie ma znaczenia). I tłumaczyć, opowiadać. Oświecać. Ale również i słuchać.

  15. Jerzy60 jest wlasnie jednym z tych Fredzelkow, ktorych recenzje pochlaniam i rownoczesnie zazdroszcze: zeby posluchac na zywo „Joszuy” musialem sie przeleciec 4+ tys. km w jedna strone (nie bede udawal, ze zrobilem to tylko w tym celu). W moje strony nawet McGegan nie zaglada, nie mowiac juz o tytanach gatunku.

    @Wieki Wodz. Nie jestem az tak osluchany. Wykonania na zywo zespolow typu Phiilharmonia Baroque w moim nie tak krotkim zyciu moglbym policzyc na palcach moze nie jednej, ale obu rak. I w tym ograniczonym doswiadczeniu rogi i trabki naturalne falszowaly za kazym razem. Raz mniej, raz wiecej. Przypominam sobie moje pierwsze doswiadczenie w ogole: byla to „La Petite Bande” z Kuijkenem, a rok byl ok. 1984. Wczesniej poznalem ich nagrania orkiestrowe „Hipolita i Arycji” i operowe „Zaratustry” Rameau. W obu sie zakochalem, wiec polecialem na koncert z wypiekami, bo grali wlasnie suite z „Hipolita”. Zawiodlem sie okrutnie: dzwiek na zywo byl nieladny, a rogow naturalnych w arii „A la chasse, a la chasse, armez-vous!” po prostu nie bylo slychac. Byc moze muzycy bali sie sfalszowac, wiec grali piano? Wiec sam nie wiem: czy lepiej slyszec mniej lub wiecej czeste falsze, czy w ogole nie slyszec samej muzyki?

  16. @60Jerzy Przepraszam za przeklamanie w nicku.

    Jezyk angielski jest pelen niewytlumaczalnych idiosynkrazji. Jedna z nich jest taka, ze jak ktos zostal uszlachcony przez Krolowa, to zwraca sie don, albo pisze o nim „Sir Andras” nawet bez wypicia bruderszaftu.

    Bardzo prosze o niewziecie powyzszej drobnej poprawki osobiscie.

  17. Pobutka 7 XII D. Chorzempa 72; P. Mascagni 153; R. Friml 137; B. Pasquini 379; H. Watts 89;
    https://www.youtube.com/watch?v=9wrgZaFXl44
    https://www.youtube.com/watch?v=P9wl9bUiHsY
    PS Stewart Goodyear – bylismy na koncercie. Z perspektywy tych naprawde znawcow – to ja juz nie wiem. Nam (mnie i mojej “significantly better half”) podobal sie. Szczegolnie „latajace canoe” 🙂

  18. Z ciekawości rozbudzonej przez schwarzerpetera aż posłuchałem jednego z wykonów imć Goodyeara – mianowicie ostatniej części Hammerklavier.
    Hmmm, nawet w lakierkach cyborg pozostanie cyborgiem. Gdyby nie obraz grajka, pomyślałbym, że słucham pianoli. Dla mnie – horrendum; ale może tak właśnie będą grać pijaniści za pół wieku?
    Na razie bardziej widziałbym jednak S.G. w innym repertuarze, ze szczególnym uwzględnieniem Conlona Nancarrowa 😉

  19. A ja posłuchałem innego wykonu, mianowicie ten kawałek o modrym Dunaju, Sztrałsa. Znacie, no nie? Ja też myślałem, że znam, i że tam jest melodia, mogę zagwizdać na życzenie. Nic z tego. Nie było melodii. Naprawdę szacun, żeby tak spieprzyć rzecz nie do spieprzenia. A jeszcze sztuczna inteligencja z boku podpowiadała, żebym sobie posłuchał Walentyny Lisicy. No cóż, nie taka głupia ta sztuczna inteligencja. 😛
    Jeszcze o dętych. Wiem, bywa różnie, ale to zależy od firmy. W sobotę będą w Gdańsku dużo i donośnie trąbić, firma jest z najwyższej półki, transmisja o 20. Sprawdzimy. W zeszłym tygodniu słyszałem Akademie für Alte Musik na żywo z Paryża, grali dość nieszczęsne przemyślenia pewnego hipstera na temat Requiem Mozarta, dodatkowo zamulone koncepcją brzmienia Rene Jacobsa, jednak dętym nie można było nic zarzucić. Pożywiom, uwidim.

  20. Co ja p…. iszę? Przecież w Paryżu to była orkiestra z miejscowości, którą pewien redaktor zwykł nazywać Fryburgiem Bryzgowijskim. Obie czasem eksploatuje Jacobs, więc mi się skleiły. 😳
    Ale co do meritum – podtrzymuję.

  21. Frajde trafiła w punkt z melancholią. Niniejszym polecam „Syndrom melancholii w pieśniach Johna Dowlanda” Marka Nahajowskiego. Choć on używa dawnego znaczenia melancholii, dość blisko depresji.
    Wbrew pozorom „czyta się”.
    Oczywiście znów wrednie chwalę krajana z Krosna ( obecnie Akademia Muzyczna w mieście Łodzi),ale nie chcę, żeby Krosno kojarzyło się tylko z jednym….

  22. …z Ignacym Łukasiewiczem? 🙄 😉

  23. …a może z Władysławem Gomułką?? 😉

  24. Ciepło, ciepło….

  25. A Smarzowski i Biedroń to pies???

  26. Hmm, z tej zacnej socjety w Krośnie (przynajmniej w obecnych jego granicach) urodził się chyba tylko towarzysz Wiesław 🙂

  27. Nie każdy się urodził ale każdy „był związany”.Nie precyzuję,przez kogo….No!

css.php