Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Co w duszy gra - Blog muzyczny Doroty Szwarcman Co w duszy gra - Blog muzyczny Doroty Szwarcman Co w duszy gra - Blog muzyczny Doroty Szwarcman

6.12.2017
środa

Jazzowe polskie fortepiany

6 grudnia 2017, środa,

Trzy takie płyty ostatnio mi wpadły w ręce. Wspomnę o nich w kolejności wiekowej, od najstarszego do najmłodszego pianisty. Łączy ich jeszcze coś: formacja klasyczna.

Włodek Pawlik, Songs Without Words, Pawlik Relations 2017. Ten pianista uprawia bardzo różne formy; coraz częściej skłania się do dużych utworów quasi-oratoryjnych (na takie przedsięwzięcie zanosi się w związku z Polską Operą Królewską). Ja jednak najbardziej lubię, jak gra solo. W tej dziedzinie, jak dotąd, nic nie dorówna jego pamiętnemu albumowi Grand Piano z 2009 r., w którym ukazał wszystkie swoje najlepsze cechy: wirtuozerię, poczucie humoru, ale i poczucie liryzmu. Inne nieco, łagodniejsze, były jego Kolędy polskie z 2013 r. Taka też jest jego najnowsza płyta, która jest na tyle bezpretensjonalna, że może służyć na podniesienie nastroju podczas przedświątecznych porządków. To po prostu opracowania znanych i lubianych standardów, evergreenów, od What a Wonderful World i My Funny Valentine po Blowing in the Wind czy Imagine. Opracowania, by tak rzec, bezpieczne i miłe.

Leszek Możdżer & Holland Baroque, Earth Particles, Outside Music 2017. Nietuzinkowy eksperyment, choć rezultat nietrudny do przewidzenia. Otóż to owa międzynarodowa orkiestra barokowa, w której gra też paru Polaków, w tym wielokrotnie tu przywoływany wiolonczelista Tomasz Pokrzywiński, złożyła propozycję współpracy pianiście. Ten podszedł do pomysłu z entuzjazmem i, aby (jak mówi w wywiadach) „dać swej duszy pokarm”, pojechał na Sri Lankę, gdzie zaczął komponować, a w tydzień potem przeniósł się do Indii. Ślad tego ostatniego kraju znalazł się w jednym z utworów pod koniec płyty. Współpraca muzyków bazuje na pulsie, który jest wspólną cechą muzyki barokowej i mniej skomplikowanego jazzu. Interesujące jest zestawienie w tym kontekście dwóch światów: jasnego, szklistego brzmienia instrumentów barokowych i ciemniejszego, ale nie pozbawionego lekkości, wprost przeciwnie, wybuchającego kaskadami biegników fortepianu. Z początku i tu mamy muzykę lekką, łatwą i przyjemną, o typowych dla Możdżera pogodnych harmoniach, ale z czasem muzyka się przyciemnia, nawet nieco komplikuje. W owym utworze nawiązującym do dźwiękowego świata Indii (poprzez nagranie) brzmienie instrumentów barokowych nagle staje się hinduskie, przypomina sitar i tamburę. A na koniec znów zwrot i pogodny utwór pod wymownym tytułem Mozartkugel z rozbrajającą solówką córeczki pianisty, Tosi.

Pianohooligan, 24 Preludes & Improvisations, Decca 2017. Z tych trzech propozycji ta jest najbardziej jednak wyrafinowana, choć Piotr Orzechowski jest z tej trójki pianistów najmłodszy. Porwał się na ambitny projekt nawiązujący oczywiście do cykli Bacha, Chopina, Szostakowicza – ale po swojemu. Fug tu nie ma, czasem trudno powiedzieć, co różni preludium od improwizacji i na ile to są rzeczywiście improwizacje (w jakimś stopniu na pewno). No i także – czy to jeszcze jest jazz? Bo ja wiem… ale na pewno jest to ciekawe. Coraz więcej pianistów, którzy dali się poznać wcześniej jako jazzowi, odchodzą od jazzu w pola pośrednie; tak jest np. w przypadku wspominanego przeze mnie niedawno Kubańczyka Davida Virelles, tworzącego teraz muzykę przynależącą bardziej do gatunku contemporary classical – niektóre z tych utworów z powodzeniem mogłyby się znaleźć na Warszawskiej Jesieni. Utwory Orzechowskiego jednak bliższe są klasyce, a ściślej krążą gdzieś na pograniczu. Takie sobie, często ujmujące obrazki, które można by nazwać tytułem wziętym z innego kompozytora, też zresztą pianisty: wizje ulotne.

Kategorie:

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 12

Dodaj komentarz »
  1. A ja o środowym koncercie na żywo…

    Po poprzednim wrocławskim występie Budapest Festival Orchestra pod Ivanem Fischerem w NFM (18 III 2016, Mahler III) byłem pełen entuzjazmu. BFO jawiła mi się jako najlepsza z orkiestr, które pojawiły się we Wrocławiu. Wczorajszy występ nie zachwycił mnie już tak bardzo.

    Na początku był III Koncert brandenburski, który miał być wprowadzeniem do „Muzyki na instrumenty strunowe, perkusję i czelestę”. Muzycy wykonali go w składzie 12-osobowym, na instrumentach historycznych. Zespół ustawił się na proscenium, w układzie symetrycznym – tak jak u Bartoka – z Fischerem po lewej, przy pozytywie, i klawesynem po prawej. Wykonanie było poprawne, choć nie pozbawione minimalnych błędów technicznych po stronie skrzypków.

    Muzyka Bartoka była gwoździem programu, pomimo tego, że wykonana w olbrzymim składzie, na który Sacher z pewnością nie mógłby sobie pozwolić. Tutaj BPO i IF pokazali prawdziwy pazur. Precyzja, gra pełna emocji, pomysły interpretacyjne dyrygenta – w tej tak bogatej w skrajne emocje partyturze – przywołały obraz niezwykłej interpretacji Mahlera sprzed 1,5 roku.

    Niestety III symfonia Brahmsa nie dorównała Bartokowi. Skład równie olbrzymi nie sprzyjał finezji i subtelności. Na dodatek pojawiły się błędy intonacyjne w partiach drzewa. Był to Brahms potężny, ale zimny.

    Na szczęście nastąpił bis. IF zapytał publiczność: „Chcecie Bartoka, czy Brahmsa?”. Po chwilowym zamieszaniu (konstatuję z satysfakcją, że po początkowej przewadze okrzyków „Brahmsa”, pojawiało się coraz więcej okrzyków „Bartoka”) Dyrygent zakomunikował:” No to będzie najpierw Bartok, a potem Brahms”. I wtedy się zaczęło… Wszystkim wydawało się, że BFO zabisuje coś z Muzyki, a potem fragment Symfonii, ale nie. Na front estrady wyszły instrumentalistki BFO i wykonały którąś z ludowych pieśni Bartoka na chór żeński i orkiestrę. Potem nastąpiło przegrupowanie. Tym razem, już wszyscy muzycy BFO uformowali chór mieszany i wykonali a capella jedną z pieśni Brahmsa. To było urocze i nieoczekiwane zamknięcie koncertu. Może nie całkiem satysfakcjonującego, ale zaskakującego.

  2. Jeśli chodzi o Leszek Możdżer & Holland Baroque, to w sobotę będzie transmisja z ICE w TVP Kultura:

    http://www.teleman.pl/tv/Leszek-Mozdzer-Holland-Baroque-1697071

  3. Dzięki za relację z Wrocławia. Trochę zazdrościłam tego koncertu, mając w pamięci majowe rewelacje z Fischerem i BFO, ale też trochę się obawiałam, choć raczej Bacha niż Brahmsa. Muzyka Bartóka faktycznie powinna być bardziej kameralnie grana.

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. Dzień dobry; U Włodka Pawlika na tej nowej solowej płycie lubię to wyciszenie tych wszystkich znajomych przebojowych nutek, całkiem dobre do ubierania choinki 🙂 Nastrojowa, nie nadto wirtuozowska, a wartościowa płyta. Płyta Lesława subtelna i rzekłbym nieco… „przezroczysta” … Zupełnie jak wiatr, o którym nuci sobie (i nam) w finale Tosia 🙂 Płyty 3 Pana pianisty (który zresztą chyba podobnie jak Pan pianista i 1 i 2 mógłby (sobie i nam) zadeklarować, że „uknuł sobie taki plan, żeby być muzykiem totalnym i rozwijać się we wszystkich kierunkach”) jeszcze nie słuchałem. I sam jestem ciekaw, czy aby na pewno jestem jej ciekaw 🙂 pa pa m

  6. Muzyka Bartóka faktycznie powinna być bardziej kameralnie grana.

    Ale też niezwykłe w tym występie było to, że pomimo dużego składu Muzyka wciąż jeszcze brzmiała dostatecznie kameralnie – zasługa wielkiej precyzji gry i bardzo pewnego prowadzenia orkiestry przez dyrygenta. Pyszności! ewidentnie „gwóźdź” wczorajszego programu.

    Brandenburski chyba nie mógł wypaść wiele lepiej w warunkach, w jakich przyszło grać muzykom (ściśnięci w wąskim przejściu, ze słabym kontaktem wzrokowym pomiędzy sobą). No i klawesyn solo w sali takiej, jak NFM, brzmi z natury rzeczy chudziutko…

    Brahms również dla mnie najmniej satysfakcjonujący, szczególnie w pierwszej części, bardziej jednak od strony interpretacyjnej, niż wykonawczej (kolejne pozostawiły już lepsze wrażenie). Bisy zaskakujące i sympatyczne – bezpretensjonalne, acz miłe zakończenie wieczoru.

  7. Dzień dobry!
    News: od 1 września 2019 r. dyrekcję artystyczną NOSPR obejmie – po wygaśnięciu kontraktu z Alexandrem Liebreichem – Lawrence Foster. Zostanie to uroczyście ogłoszone w obecności dyrygenta na konferencji prasowej w poniedziałek tamże – ja co prawda dziś tam jadę, ale już jutro wracam, więc tam nie będę. Będą za to obecni: Joanna Wnuk-Nazarowa (dyrektor naczelny i programowy NOSPR) oraz członkowie Rady Programowej NOSPR: prof. Krzysztof Penderecki, Paweł Mykietyn, Jadwiga Rappé, Małgorzata Małaszko-Stasiewicz, Magdalena Łoś-Komarnicka oraz prezydent Katowic Marcin Krupa.

    Życiorys podany przez NOSPR:
    LAWRENCE FOSTER – amerykański dyrygent, od roku 2013 dyrektor muzyczny l’Opéra de Marseille. W poprzednich latach piastował funkcję dyrektora muzycznego Orkiestry Symfonicznej w Barcelonie, Orchestre Philharmonique de Monte-Carlo, Orkiestry Symfonicznej w Jerozolimie, Houston Symphony oraz Orkiestry Kameralnej w Lozannie. Po dziesięciu latach współpracy z Orkiestrą Calouste’a Gulbenkiana na stanowisku dyrektora muzycznego otrzymał tytuł honorowy Conductor Laureate. Wraz z orkiestrą odbył wiele tras koncertowych po całym świecie, występując między innymi w Niemczech, Hiszpanii i Brazylii, a także na wielu ważnych festiwalach i towarzysząc tak wybitnym solistom jak pianista Lang Lang.
    Lawrence Foster należy do najbardziej rozchwytywanych współczesnych dyrygentów. Występował w charakterze dyrygenta gościnnego z wieloma światowej sławy orkiestrami, między innymi Narodową Orkiestrą Symfoniczną Polskiego Radia, Orchestre Philharmonique de Radio France, NDR Radiophilharmonie Hannover, Konzerthausorchester Berlin, Orkiestrą Filharmonii im. Arturo Toscaniniego w Parmie, Węgierską Filharmonią Narodową, Filharmonikami Kopenhaskimi, Orkiestrą Symfoniczną z Montrealu i Orkiestrą Filharmoniczną z Hong Kongu. Był też częstym gościem na prestiżowych festiwalach, między innymi w Lucernie oraz na festiwalu Grafenegg. Wysoko ceni sobie długoletnią muzyczną przyjaźń, łączącą go z tak znakomitymi artystami jak Jewgienij Kissin, Arkadij Wołodos i Arabella Steinbacher.
    Niezależnie od kariery koncertowej Lawrence Foster jest cenionym dyrygentem operowym. Występował na najważniejszych scenach operowych świata. Jego projekty realizowane dla opery w Marsylii spotkały się z wielkim uznaniem krytyki, a regularne występy gościnne w Operze Narodowej w Hamburgu oraz w operach we Frankfurcie, San Francisco i Monte Carlo zbierały entuzjastyczne recenzje. Ostatnio na Festiwalu im. George’a Enescu w Bukareszcie poprowadził koncertową wersję opery Mathis der Maler Paula Hindemitha – wydarzenie to okazało się wielkim sukcesem artystycznym, podobnie jak Traviata pod jego batutą na słynnym festiwalu operowym w Savonlinna.
    Na dyskografię Lawrence’a Fostera składa się wiele wysoko cenionych nagrań dla wytwórni Pentatone. Szczególne miejsce wśród nich zajmują utwory skrzypcowe zrealizowane wspólnie z Arabellą Steinbacher, a także Portrety Beli Bartóka, Concert Romanesc Györgya Ligetiego, Tańce z Galánty i suita z opery Háry János Zoltána Kodálya, cztery symfonie Roberta Schumanna nagrane z Czeską Orkiestrą Filharmoniczną oraz Baron Cygański Johanna Straussa z NDR Radiophilharmonie Hannover. W roku 2017 jego dyskografia wzbogaciła się o Otella Verdiego, projekt zrealizowany z Orkiestrą Gulbenkiana, bardzo wysoko oceniony przez krytykę.
    Lawrence Foster urodził się w roku 1941 w Los Angeles. Jego rodzice byli Rumunami, on sam zaś osiągnął mistrzostwo w zakresie interpretacji dzieł George’a Enescu, pełniąc funkcję dyrektora artystycznego festiwalu imienia kompozytora w latach 1998–2001. W styczniu 2003 odebrał z rąk prezydenta Rumunii odznaczenie za wybitne zasługi dla rumuńskiej muzyki.

    Od siebie dodam, że Foster poprowadzi orkiestrę 16 grudnia, będzie też znakomita solistka:
    http://www.nospr.org.pl/pl/koncerty/884/nospr-lawrence-foster-arabella-steinbacher
    I dodam jeszcze, że jak zwykle wybrała go orkiestra.
    Z Alexandrem Liebreichem współpraca będzie trwała; pozostanie on szefem artystycznym festiwalu Kultura Natura.

  8. Po płycie Grand Piano spodziewałem się… właściwie nie wiem czego, ale znudziła mnie dokumentnie. Niestety nie znajduję w niej ani wirtuozerii, ani poczucia humoru, ani liryzmu. Może tego ostatniego najwięcej, ale w tanim, karykaturalnym stylu gapienia się w sufit i wzdychania do nastrojowo nonowych akordów.

    Natomiast, pomimo że to inny styl i estetyka, jestem wielkim fanem solowych dokonań Sławka Jaskułke.

  9. Ja kiedyś byłam, bo grał bardzo ciekawie i emocjonalnie, ale potem już coraz rzadziej bywał frontmanem. A potem się uspokoił i w tej wersji wydaje mi się mniej interesujący.

  10. O, miałem podobnie z Pawlikiem, Strawiński bardzo długo był Nr 1 u mnie, to kupiłem Święto wiosny. No zagrał nuty, ale tam czegoś bardzo brakowało. Ikry??
    Na środowe koncerty nie mogę chodzić, ale nagranie Fischera Brahmsa właśnie zimne było. Może już tak ma.

  11. Zauważę tylko na marginesie, że w NOSPR-owskiej notce o świetnym dyrygencie – znanym mi głównie z nagrań Enescu – mamy polsko-angielską transkrypcyjną hybrydę. Jeśli bowiem Jewgienij, to tylko Kisin (Ки́син), nie Kissin; tak jak Arkadij Wołodos (tu jest dobrze). Ponieważ jednak rodzimą transkrypcję słowiańskich nazwisk ogólnie popieram, nie wypomnę już Orkiestry z Hong Kongu – choć i to przecież pisownia z inglisza 😉

    Ale sama zmiana na stanowisku bardzo mi się podoba 🙂

  12. A propos, w sobotę 16go Aleksiej Lubimov gra z Hubertem Rutkowskim podwójny koncert Mozarta w Studio S1 pod Martinem Haselbockiem 🙂

  13. Dobry wieczór 🙂 To jak jesteśmy przy naszych polskich pianistach jazzowych, ostatnio moim ulubionym jest Artur Dutkiewicz. I mazurki gra tak, ze poznaję od razu ze to on 🙂 A na jego najnowszej, choć już nie tak młodziutkiej, a i niespecjalnie reklamowanej płytce „Traveller” jest coś Komedowego. Zwłaszcza między „podróżą 6 a 7”… Tylu gra tego Komedę wprost i bez pomysłu, choć niekiedy już młodzieńczo perfekcyjnie (technicznie). A on Komedy nie gra. A zwłaszcza „między tym 6 a 7” w tej najnowszej jego podróży Komeda jest, i może nie tylko Komeda… pa pa m

css.php