Od piekła do nieba

Udostępnij
Wyślij emailem
Drukuj

Może podróż do piekła, w jaką zabrał nas na inaugurację Opera Rara Ensemble Pygmalion, to nie jest temat karnawałowy (no chyba że byłby w programie Offenbach, ale przecież nie było), jednak w ogóle ostatnio mało karnawałowo jest, więc piekło chyba nawet bardziej na dziś pasuje.

To był jeden z modnych od pewnego czasu kolaży, nie takich jak powiedzmy u Savalla, ale bardziej jednorodnych, jak pamiętna płyta Une symphonie imaginaire Marca Minkowskiego, złożona z kawałków muzyki Jeana-Philippe’a Rameau. I tego wieczoru właśnie Rameau przeważał – głównie z Dardanusa, Hipolita i ArycjiZoroastra oraz fragmentów opartych na wyimkach z Kastora i Polluksa, ale uzupełniony był też kawałkami z Glucka – Ifigenii na Taurydzie oraz Orfeusza i Eurydyki, pomiędzy nimi fragmenty z Jeana-Fery Rebela (słynny Chaos), Michela-Richarda de Lalande, Marca-Antoine’a Charpentiera oraz – pod koniec – duża aria z Armidy Lully’ego. Na piekielne zmagania nałożona została forma mszy żałobnej – trochę to sztuczne, ale jakoś dało się pogodzić. Od Komunii, którą był Balet szczęśliwych cieni z Glucka, nastrój opadał i łagodniał, a w finale było już całkiem niebiańsko.

Piszemy o tym, co ważne i ciekawe

Z tej ciąży nie ma już co zbierać, mówi lekarz na USG. „I czego pani od nas oczekuje?”

Nie wrócę do ginekologa, który prowadził moją ciążę, bo musiałabym skłamać, że poroniłam, opowiada Wioletta. Przez kilka tygodni żyłam jak tykająca bomba, nie jadłam, nie spałam, wyznaje Karolina. Obie przerwały ciążę w drugim trymestrze.

Agata Szczerbiak

Głównym bohaterem był wspominany tu niedawno Stephane Degout. Rzeczywiście świetny i rzeczywiście „tenorowy baryton” – bardzo jasne brzmienie, góra silniejsza niż doły. Bardzo przy tym ekspresyjny. Ale w ogóle wszyscy wykonawcy  z dyrygentem Raphaelem Pichonem na czele byli bardzo dynamiczni, wręcz żywiołowi. Czy zresztą wypadałoby inaczej, gdy mowa o piekle? Muszą być zamaszyste smyczki, przenikliwe brzmienia dęciaków, no i piekielne hałasy: windmaszyna, blacha, kotły. Zresztą to piekło też wciąż zmienia tu oblicze: raz bywa Hadesem, innym razem piekłem niespełnionych uczuć. W barokowym piekle, które jest częściowo Hadesem, ale nie tylko, są jeszcze nie szatany, lecz potwory. Są też Eumenidy i Parki. No i Pluton. Degout występował w roli bohatera tragicznego: Tezeusza, Orestesa. Towarzyszył mu niewielki chór i pojedynczy soliści, z których szczególnie wyróżniła się sopranistka Eugenie Lefebvre, zwłaszcza w finałowej arii Armidy, litującej się nad śpiącym młodzieńcem.

W sumie koncert był bardzo satysfakcjonujący i nic dziwnego, że publiczność w krakowskim „Ajsie” była entuzjastyczna – bez stojaka się nie obeszło. No i bez bisu, dużego i porządnego – fragmentu z Les Indes galantes, dzięki któremu można było na koniec przywołać nastrój triumfu.

Udostępnij
Wyślij emailem
Drukuj