Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Co w duszy gra - Blog muzyczny Doroty Szwarcman Co w duszy gra - Blog muzyczny Doroty Szwarcman Co w duszy gra - Blog muzyczny Doroty Szwarcman

27.01.2018
sobota

Powstało w wolnej Polsce

27 stycznia 2018, sobota,

Tak się nazywa cykl koncertów w Filharmonii Narodowej na stulecie niepodległości. W dzisiejszym programie większość utworów właśnie za niepodległości powstała. Wyjątkiem było Morze Debussy’ego – ukłon w stronę rocznicy.Orkiestra FN ze swoim szefem Jackiem Kaspszykiem wróciła właśnie z dalekiego tournee i chwilami miałam dziś wrażenie, że jeszcze do końca nie odespała różnicy czasu. Zwłaszcza w pierwszej części koncertu. Efektowna Toccata z Suity op. 10 zapomnianego dziś już trochę, a zasłużonego kompozytora (był pedagogiem m.in. Henryka Mikołaja Góreckiego) Bolesława Szabelskiego powstała na trzy lata przed wojną i jest jednym z szeregu „hitów” neoklasycznych, podobnie jak uwertury Antoniego Szałowskiego czy Grażyny Bacewicz. To była jeszcze dość prosta sprawa do zagrania, ale potem był II Koncert skrzypcowy Szymanowskiego. Solistką była Holenderka Isabelle van Keulen. Niestety odczuwało się jakiś bałagan, i w orkiestrze, i w zgraniu z solistką, która tak się starała, że czasem dokonywała dziwnych przyspieszeń. Kilka lat temu grała na Forum Lutosławskiego zarówno na skrzypcach, jak na altówce – z większym powodzeniem.

Rzeczone Morze zabrzmiało już lepiej, choć trochę brakło mi w tym utworze subtelności, tajemniczości. Natomiast najlepiej wypadła IV Symfonia Lutosławskiego.

Już się utarło, że Jacek Kaspszyk prowadząc koncert w sąsiedztwie inauguracji kolejnego Łańcucha, czyli festiwalu organizowanego przez Towarzystwo im. Witolda Lutosławskiego, włącza jego utwór do programu – to również trochę jakby nawiązanie do dawnego Forum Lutosławskiego, które swego czasu wymyślił Kazimierz Kord. W zeszłym roku więc w FN zabrzmiała III Symfonia pod Kaspszykiem, a następnego dnia w Studiu im. Lutosławskiego – IV Symfonia w wykonaniu NOSPR pod batutą Alexandra Liebreicha. Jeden z blogowiczów napisał wówczas: „Lutosławski majestatyczny, wręcz groźny”. Tym razem też był majestatyczny, ale nie groźny, lecz zamyślony, refleksyjny. Piękne, śpiewne solo klarnetu na początek, późniejsze narastanie nie przyniosło „groźnej” kulminacji, nastrój ogólnie był elegijny. Później jest taki dłuższy fragment, gdzie skrzypce grają w dwugłosie, dość specyficzny, czasem interpretowany przez dyrygentów drapieżnie, ale tym razem zabrzmiał inaczej, łagodniej. I po raz pierwszy – właściwie nie wiem, dlaczego, teraz wydaje mi się, że to oczywiste – zwróciłam uwagę na moment, kiedy pozostają same kotły, dwukrotnie wybijając jakby marszowy rytm, który skojarzył mi się z marszem żałobnym. Tak, od pierwszego usłyszenia było wiadomo, że ta symfonia to pożegnanie, te jesienne nostalgiczne śpiewy sugerowały taką myśl. Choć ja wtedy, pamiętam, pomyślałam tylko: pierwszy raz jego utwór sprawia wrażenie muzyki napisanej przez człowieka „w latach”. Lutosławski długo zachowywał wspaniałą formę fizyczną, na estradę wbiegał zamiast wchodzić. Choroba skosiła go bardzo szybko, za szybko. A stało się to niedługo po koncercie jubileuszowym na jego 80-lecie, który stał się zarazem jego ostatnim w kraju występem. Dyrygował wówczas właśnie IV Symfonią.

Kategorie:

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 3

Dodaj komentarz »
  1. Jeśli Kierowniczka pozwoli, zapraszam wszystkich, zwłaszcza z Wysp Brytyjskich na koncert wiążący się ze stuleciem Odzyskania Niepodległości. Wykonujemy wariacje na temat Gorzkich Żali – by tak rzec. A to nabożeństwo, ośmielam się tak powiedzieć, ze względu na swoją ogromną popularność w trudnym dla państwowości polskiej XVIII w., poźniej pod zaborami aż do dziś było nośnikiem polskich tęsknot, pragnienia wolności, żałoby po stratach.
    Agnieszka Budzińska-Bennett zaśpiewa recital lamentacyjny (XII-XIV w.), a Joanna Boślak-Górniok wykona na klawesynie lamentacje Johanna Jakoba Frobergera. Dwa recitale w jeden wieczór, 10 marca. Natomiast 11 marca parafialne, amatorskie wykonanie Gorzkich Żali, na które zapraszamy słuchaczy/wiernych anglojęzycznych. Dostaną do rąk przetłumaczone teksty. Miejsce: polski kościół w centrum Reading, 200 m od ruin opactwa, gdzie przechowywano rękopis kanonu ‚Sumer is icumen in’ oraz niedaleko budynku niegdysiejszego więzienia, w którym siedział Oskar Wilde. Szczegółyna stronie http://www.readingarts.com

  2. Tu dokładniejszy adres koncertu lamentacyjnego i Gorzkich Żali https://www.readingarts.com/tickets-reading/whats-on-day/2018-03-10

  3. Lutosławski pozostaje dla mnie numerem jeden wieczoru. Mimo wczorajszego liryzmu to jednak wyraźnie niespokojny utwór, jak przeczucie czyhającej grozy. I złowroga melancholia pod sam koniec, ten moment, gdy smyczki przeciągle grają jakby powiewy wiatru (proszę wybaczyć nomenklaturę:) – cudo! Piękna muzyka, do której warto wracać. Ale nie po spokój.
    Z Szymanowskim tym razem było trochę trudno. Zamiast kontemplować, myślałam o tym, jak głośne brzmienie instrumentów – z biegiem lat – wpływa na narząd słuchu artysty. I czy spinki w mankietach dyrygentów to norma. Itp. Czyli zupełnie nie na temat:)
    Orkiestra i ten Pan Maestro zawsze mają moje brawa. Tylko od jakiegoś czasu martwią puste miejsca na widowni.

css.php