Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Co w duszy gra - Blog muzyczny Doroty Szwarcman Co w duszy gra - Blog muzyczny Doroty Szwarcman Co w duszy gra - Blog muzyczny Doroty Szwarcman

4.11.2018
niedziela

Frida piękna w chorobie

4 listopada 2018, niedziela,

Wystawa w Victoria&Albert Museum Frida Kahlo: Making Her Self Up trwa jeszcze dwa tygodnie i jest już wyprzedana, ale chciałam przynajmniej się podzielić wrażeniami.

Jeśliby ktoś jednak w tym czasie znalazł się jeszcze w Londynie, może próbować z samego rana, jak piszą na stronie. Ja weszłam na legitymację dziennikarską bez problemu, ale rzeczywiście tłok był okrutny. Chyba tylko na jubileuszowej wystawie Boscha mi się zdarzyło stać w kolejce do każdego eksponatu. Bo też to wystawa wyjątkowa – większość eksponatów pokazywana jest po raz pierwszy poza Meksykiem. Otóż w Casa Azul, czyli domu Fridy, w którym mieszkała przez całe swoje życie, najpierw z rodzicami i rodzeństwem, potem z mężem Diego Riverą, trzy lata po śmierci Fridy w 1954 r., gdy zmarł również on, zostało ustanowione muzeum jej imienia, ale wiele najbardziej osobistych rzeczy i dokumentów Fridy zostało zebranych w jednej z łazienek i zamkniętych na 50 lat – taka była wola Diego. Otwarto ją więc 14 lat temu i powoli, z pieczołowitością odkrywano kolejne rzeczy. Jak to się odbyło, można przeczytać tutaj, jak również – jak to zmieniło spojrzenie na Fridę, choć wydawałoby się wszystko o niej wiedzieliśmy.

Tytuł wystawy, bardzo adekwatny, mówi o autokreacji – Frida sama kreowała się na dzieło sztuki. Jest na wystawie mnóstwo fotografii, które robili jej ojciec (uznany fotograf z zawodu) i przyjaciele, a które są właściwie ich wspólnymi dziełami – Frida starannie komponowała swój wygląd, ubrania, biżuterię, ozdoby i kwiaty, kolory (także przy czarnobiałej fotografii).  Trochę ich widzieliśmy w Poznaniu, głównie autorstwa Nickolasa Muraya, fotografika amerykańskiego o korzeniach żydowsko-węgierskich (z którym romansowała przez kilka lat) – są to właśnie zdjęcia barwne, oddające w pełni zarówno jej urodę, jak stylowość. Frida pielęgnowała w sobie dziedzictwo meksykańskie po matce, choć jednocześnie fascynowała ją wielokulturowość, z której sama się wywodziła – jeszcze ją powiększała opowiadając, że jej ojciec, Niemiec z pochodzenia, również miał korzenie żydowsko-węgierskie (co ponoć nie było prawdą), a matka – hiszpańsko-indiańskie. Bardzo lubiła ubierać się w tradycyjne stroje meksykańskie, szczególnie ważnymi elementami były huipil (tunika z prostokątu) i rebozo (szal z frędzlami). Ale i inne ciuszki są w jej garderobie, europejskie czy japońskie – kochała wzory, kolory, kwiaty. Sama też robiła naszyjniki z kamieni na wzór prekolumbijskich, nosiła też innego rodzaju naszyjniki, pierścienie, kolczyki – wszystkie ulubione kobiece akcesoria. Tak było to dla niej ważne, że gdy musiała nosić gorsety, sama również je malowała, żeby były piękniejsze (jedno nas tylko może na nich razić – emblemat sierpu i młota, Frida była sympatyczką komunizmu, o którym, jak się zdaje, niewiele w gruncie rzeczy wiedziała), a gdy gangrena sprawiła, że trzeba było uciąć jej prawą nogę, zrobiono jej protezę z pięknym czerwonym butem haftowanym w zielone wzorki – i drugim butem na drugą nogę.

Los, jak wiadomo Fridy nie oszczędzał – polio, krótsza noga, koszmarny wypadek we wczesnej młodości. Z czasem wózek, a potem już tylko łóżko. Wiele jej osobistych przedmiotów, właśnie jak owe rzeczone gorsety i protezy, a także kosmetyki i inne akcesoria, została na wystawie umieszczona w dużych gablotach w kształcie owego łoża z baldachimem, znanego także z fotografii. Ta sala robi niesamowite, przygnębiające wrażenie, ale w ostatniej sali są właśnie wystawione jej stroje cieszące oko wspaniałymi barwami, dzięki którym wyjdziemy z wystawy w lepszym nastroju.

Do dziedzictwa meksykańskiego wracając, jest na wystawie kilka obrazów wotywnych (retablos), malowanych na pamiątkę cudownych ocaleń z choroby czy wypadku, które Frida zbierała i z których sama czerpała inspirację – kiedy się je obejrzy, można to wyraźniej zobaczyć. Niektórzy nazywali Fridę surrealistką, ale bliższa była raczej poetyki malarstwa naiwnego niż surrealizmu.

Tutaj jeszcze mały rzut oka na wystawę.

Kategorie:

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 20

Dodaj komentarz »
  1. Wow! Nowy wpis o wystawie, podoba mi się:-) Otóż, ciekawi mnie fenomen Fridy. Mimo iż jestem historykiem sztuki, znam ją właściwie tylko z pięknego filmu i muzyki do niego. Jednak były, również na studiach, osoby, które się fascynowały. Co tak przyciąga, sztuka czy osobowość? Z opisu wynika, że ta wystawa łączy te dwa aspekty.
    Oglądania tych łaszków zazdroszczę. To muszą być piękne, nietuzinkowe tkaniny. Choć, czy ktoś by zwrócił uwagę, gdyby ich nie nosiła Frida. Raczej nie. No właśnie. Szkoda, że nie można dotknąć. Znam obecnie tylko jedną osobę, która się tak ekstrawagancko, jak na współczesne czasu, ubiera – Juman Malouf – żona niesamowitego reżysera Wesa Andersona. Może jest w niej nawet jakieś naśladownictwo Fridy? Choć kultura zupełnie różna i styl raczej wiktoriański. Niedługo w Wiedniu (KHM), otwiera się wystawa, której oboje, z mężem, będą kuratorami. Ja na tę ostrzę sobie zęby:-)

  2. Oj, zwróciłby uwagę. One są naprawdę piękne same w sobie. Ja w ogóle uwielbiam takie kolorowe rzeczy, mam głód kolorów. Mam koleżankę, która się ubiera np. tak:
    https://www.twgram.me/media/1160962481110533198_2014022448 (płaszcz zaprojektowała sama) i kiedy się spotykamy, zawsze rozmawiamy o kolorach. Powiedziała kiedyś, że w jakimś momencie odkryła, że właściwie wszystko pasuje do wszystkiego 🙂
    Kiedy mam gorszy humor, zaglądam na ten blog i podziwiam cudne radosne starsze panie pełne fantazji:
    https://www.advanced.style/

  3. Wyguglałam tę Juman i nijakiej ekstrawagancji nie widzę…

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. Bylismy na bardzo milym koncercie: Daniel Hope and Friends: AIR – A Baroque Journey
    Nie bede przytaczal calego programu, ktory poza kilkoma zelaznymi pozycjami, skladal sie z zupelnie nie znanych (mi) utworow. Plyta DG pod tym samym tytulem, ma inny sklad – osobowy i repertuarowy. Na tym koncercie zespol skladal sie z Anglika, dwoch Wlochow, Greka, Japonczyka i Niemca! Wszystko bylo na granicy – nie wiem jak to okreslic – burleski? Daniel Hope, niczem na koncertach jazzowych, zapowiadal kazdy utwor, okraszal jakas anegdotka, a zespol w trakcie wykonywania tanczyl, czlonkowie zamieniali sie instrumentami – czasami F. Biondi robi podobne rzeczy. Szczegolnie Simos Papanas, Grek – drugie skrzypce – wyprawial takie wygibasy, ze Cygan z Romy (tej u wylotu doliny Strazyskiej – pewnie jej juz dawno nie ma 😮 ) by sie ich nie powstydzil. To bylby swietny koncert dla mlodziezy, ktorej troche na sali bylo, ale mniej niz koncert na to zaslugiwal.
    https://www.youtube.com/watch?v=yyvs1hgnIA0
    Za tydzien tez barok, ale w zupelnie innej oprawie: H. Hahn gra solo Bacha.
    PS W Toronto tez byla, jakis czas temu, wystawa Fridy – nie wiem czy ta sama, ale na pewno fascynujaca. A jakze – bylismy. Do osobistych przeciwnosci losu F. Kahlo, chyba trzeba dodac ostatecznie nieudany zwiazek z D. Rivera
    @Frajde Film z S. Hayek jako Frida rzeczywiscie jest swietny.

  6. Frida mówiła, że przeżyła dwa kataklizmy w życiu: jeden to był jej wypadek, drugim był Diego 🙂

  7. No tak, to można by powiedzieć, że jeden to nieszczęśliwe zrządzenie losu, a drugi to już trochę wybór…:-)

    Koleżanka PK bardzo odważna, a blog inspirujący, dzięki za podrzucenie. To już wiem, skąd PK czerpie natchnienie do wdzianek koncertowych:-) To i wówczas nie może zabraknąć Iris Apfel. Odkryłam ostatnio projektantkę polską Tabanna – Anna Tabaczyńska, zrobię małą reklamę, bo dziewczyna wielce sympatyczna. Kolor to jej motto. Tylko drogie, niestety. Takie dla hipsterów, jakby powiedział jeden z Frędzelków…:-)

    Juman się nie podoba? No czemu. Moim zdaniem, wychodząc na ulicę, wygląda jak Jacek Dehnel w Polsce, nie z tej epoki. Na tym zdjęciu, zapowiadającym wystawę w KHM wygląda dość kolorowo: https://www.khm.at/en/visit/exhibitions/wesandersonandjumanmalouf2018/. Ale jest faktycznie bardziej kolorowo wiktoriańska niż awangardowa.

  8. Nie to, że się nie podoba, tylko nie wydaje mi się w ogóle ekstrawagancka.
    A co do szaleństwa kolorków i motywów okołofolkowych, zawsze znajdą się miłośnicy. To dla nich są takie firmy jak Desigual i różne takie tam. O sklepach hinduskich nie mówiąc.
    Koleżanka, o której wspomniałam, jest malarką, a nasze rozmowy o kolorkach rozpoczęły się, kiedy spotkałyśmy się na Warszawskiej Jesieni w takich samych kurtałkach – to ta na zdjęciu:
    http://teresastarzec.pl/wystawy/wystawa-w-galerii-milano/attachment/17/
    Kolory w oryginale są ostrzejsze. A ciuszek ze sklepu hinduskiego właśnie.

  9. Fajne! To teraz barok co prawda nie meksykański, ale boliwijski:
    https://www.youtube.com/watch?v=Vi5bnkuScRk

  10. Tak, Pani Koleżanka bardzo współgra kolorystycznie z malowanymi przez siebie obrazami:-)

  11. Nie jestem na fejsie, więc nie mogę wejść…

  12. To nie jest fejs, ale Pani ma racje – ten link sie zacial. To jest prywatne zdjecie, wiec nie mam jak pokazac, a szkoda.

  13. A, faktycznie, to Microsoft. A nie da się przez zdjęcia Google?

  14. Dwie wiadomości.
    Zła: nie żyje Shirley Verrett.

    Dobra: w kameralnej sali FN – nb. tej bodaj obecnie bezpieczniejszej – mieliśmy cudowny koncert z Handlem i Purcellem. Pięciu panów z Al Ayre Espanol najwyraźniej porwało nie tylko mnie 😉
    A Frajde jednak dotarła (choć się tu zarzekała, że nie da rady). Chyba nie żałuje… 🙂

  15. A nie żałuję, nie żałuję. Poszłam spontanicznie, będąc w mieście po prostu, tak żeby spędzić czas przy przyjemnej muzyce. Mimo że był klawesyn, Ścichapęku:-) Wydawało mi się, że będzie to taka muzyka tła. W drugiej części okazało się jednak, że ten kameralny Händel jest tak rozmaity, tyle walorów potrafił z niego wydobyć ten zespół, że całkiem się zaangażowałam. Bardzo ciekawe były słowne wstępy do bisów Eduarda Lópeza Banzo (który jakoś tak w sposobie poruszania się, posturze i serdeczności bardzo mi przypominał Ścichapęka, który siedział niedaleko:-). Ujął mnie pan Banzo swoim wzruszeniem, gdy był tak, wraz z zespołem, wiwatowany. Zdałam sobie sprawę, jakim przeżyciem dla tego, a zapewne wielu, artystów jest koncert i jak ważne by to odwzajemnić, dziękując. Może to brzmi trochę banalno-pretensjonalnie, ale wczoraj naprawdę była duża intymna więź między zespołem a publicznością.
    PS. Do Zos – udało mi się zdobyć właściwą płachetkę z programami, też poprzednich koncertów – są dwa rodzaje płachetek – na cały sezon i na konkretny cykl.

  16. Piękne.
    Dzień dobry 🙂
    Ja wczoraj nie dotarłam, choć chciałam. Ale w tym cholernym Londynie nadwerężyłam sobie stopę (po przejściu pieszo od Tower do Piccadilly Circus, częściowo z powodu zawieszenia paru linii metra – buty miałam niby wygodne, ale cokolwiek nieodpowiednie) i postanowiłam przesiedzieć w domu. Bo dziś za chwilę ruszam do Wrocka 🙂 Wiadomo, na co 🙂

  17. Prostuję czym prędzej nocną zwidę: wczoraj minęła ósma rocznica śmierci śpiewaczki. A tak się dziwiłem, że u Lebrechta nul…
    Ale Pobutka należy się i tak.

    Afisz Młodego Melomana (wydawnictwo FN) w nr. 18 zamieścił bardzo ciekawy wywiad z Eduardem Lopezem Banzo.
    Wspaniały muzyk i wytrawny znawca baroku – co potwierdził także w zeszłym sezonie z orkiestrą KORE. Wtedy też byłem pod wrażeniem.
    Efektowność, acz bez efekciarstwa…

  18. Shirley Verrett istotnie umarła 5 listopada – ale osiem lat temu…

css.php