Dzień Bacha

Udostępnij
Wyślij emailem
Drukuj

Niby symetria, jak pisałam wczoraj, ale nie całkiem – festiwal zaczął się dramatem, a skończył muzykowaniem wprawiającym w dobry humor.

Ale to dopiero wieczorem. Po południu w Ratuszu Staromiejskim grał Marcin Świątkiewicz. Główną częścią programu były fragmenty Kunst der Fuge, poprzedzone pełnym cyklem Inwencji dwugłosowych – a więc dzieło napisane z intencją pedagogiczną, pokazujące sztukę polifonii w zalążku, zestawione z najbardziej kunsztowną polifonią w ogóle. Taki pomysł wynikł podobno z tego, że trudno byłoby zagrać cały KdF za jednym zamachem. Ja wolałabym usłyszeć cały cykl, bo on niesamowicie wciąga – ale rozumiem, że to byłoby naprawdę obciążające dla jednego wykonawcy. Jednak niestety inwencje trochę rozczarowały, choć solista miał na nie wiele ciekawych pomysłów, ale sprawiał wrażenie nieco rozproszonego. Dopiero w KdF wszystko zaskoczyło i było naprawdę pięknie. Co ciekawe, klawesynista powiedział parę słów między utworami, m.in., że uważa ten cykl za dzieło nie przeznaczone do publicznego wykonywania, lecz raczej zgłębiania w intymności. A tymczasem to ono wypadło lepiej – może właśnie dzięki tej intymności?

Jego nastrój bardziej mi pasował do smutnych refleksji związanych z dzisiejszym dniem. Na początek koncertu w Centrum św. Jana przemówiła pani prezydent Aleksandra Dulkiewicz: po złożeniu życzeń świątecznych i przywitawszy ojca prezydenta Adamowicza (który zresztą na otwarciu festiwalu też był) zarządziła minutę ciszy pamięci ofiar tragedii na Sri Lance.

Piszemy o tym, co ważne i ciekawe

Z tej ciąży nie ma już co zbierać, mówi lekarz na USG. „I czego pani od nas oczekuje?”

Nie wrócę do ginekologa, który prowadził moją ciążę, bo musiałabym skłamać, że poroniłam, opowiada Wioletta. Przez kilka tygodni żyłam jak tykająca bomba, nie jadłam, nie spałam, wyznaje Karolina. Obie przerwały ciążę w drugim trymestrze.

Agata Szczerbiak

Ale potem już był tylko Bach – wszystkie Koncerty brandenburskie w wykonaniu Akademie für Alte Musik Berlin, i dobra energia, jaka niosą te utwory i ci muzycy, zwyciężyła. Taką przyjemnością jest obserwować, jakie to wspaniałe muzykowanie, jak żywe i naturalne. Nie wszystko było idealne – największy kiks przydarzył się o dziwo nie waltornistom ani trębaczowi, tylko altowioliście – VI Koncert w ogóle trochę odstawał poziomem. Tempa szaleńcze – myślę, że nawet Maksymiuk z lat 70. by im nie dorównał, zwłaszcza jeśli chodzi o V Koncert, w którym klawesynista musiał bardzo namachać się paluszkami. Świetne smyczki z Bernhardem Forckiem na czele, świetne i wszechstronne dęte (oboiści grają też na fletach – dwoje na prostych, trzecia na traverso), młodziutka wiolonczelistka grająca continuo jak maszynka… II Koncert umieszczono na końcu (może z założeniem, że jak coś wyjdzie nie tak, to i tak już wybaczymy) i w efekcie finał bisowano. Patrząc na trębacza zastanawiałam się, jak to jest, kiedy gra się w ciągłym stresie, że coś nie wyjdzie. Ale też można być z siebie zadowolonym, jak wyjdzie…

No i tak, pięknie i energetycznie, zakończył się Actus Humanus Resurrectio 2019.

Udostępnij
Wyślij emailem
Drukuj