Pytania o jazz

Udostępnij
Wyślij emailem
Drukuj

Dziś, w dzień premiery płyty, w Studiu im. Lutosławskiego Piotr Orzechowski „Pianohooligan” dał solowy recital z materiałem z niej.

Właśnie zaczęłam słuchać samej płyty, która jest już na serwisach streamingowych, i to nie całkiem jest to samo, co słyszeliśmy na koncercie (tam wszystko było bardziej rozbudowane, zwłaszcza pierwsza część), ale wiadomo – jest to w niemałym stopniu improwizacja. Temat jednak jest ten sam. Płyta – pierwsza solowa od lat bez mała siedmiu – ma enigmatyczny tytuł Critique of Swing in Two Parts i rzeczywiście składa się z dwóch części: One (14’25”) i Two (23’06”). Na winylu każda z części ma być na innej stronie, ale to detal. Obie dzielą się na szereg epizodów.

O co tu chodzi? Przede wszystkim: dlaczego i za co krytykować swing? Jak zrozumiałam z przedkoncertowych wypowiedzi artysty, chodzi o obiegowy pogląd, że jazz to swing, i w tej sytuacji zachodzi pytanie, a nawet więcej niż jedno pytanie: czy rzeczywiście swing jest do jazzu niezbędny, no i co jest jazzem, a co nie jest. Odpowiedź, jak rozumiem, jest taka, że szufladkować się nie da.

Piotr Orzechowski od dawna penetruje obszar pomiędzy jazzem a muzyką współczesną (po angielsku powiedziałoby się contemporary classical) i na pewno nie daje się zaszufladkować. A co ze swingiem? W pierwszej części pianista stara się udowodnić, że nie jest on potrzebny. To ciąg powolnych akordów wprawiający w kontemplacyjny nastrój, a między nimi nie ma synkop, tego wyznacznika swingu. Są tylko harmonie, które możemy kojarzyć z jazzem, a i to nie cały czas.

Piszemy o tym, co ważne i ciekawe

Mocne canadiano

Nowy premier Kanady Mark Carney jest chodzącym wzorcem wszystkiego, czego Donald Trump nienawidzi najbardziej. Czy będzie też prorokiem antypopulistycznej reakcji?

Łukasz Wójcik

Druga część jest za to bardzo rytmiczna, dynamiczna, i jest to cykl etiud czy toccat, jakby puszczone w ruch mechanizmy, w których jak najbardziej brzmią synkopy, ale zarazem powtórzenia jak w repetitive music. Na koncercie do tej części pianista jeszcze trochę podpreparował fortepian; na płycie chwilami przerzuca się na keyboard. Ta część bardzo wciąga, a efekty są momentami jak na pianoli, zwłaszcza pod koniec, kiedy mechanizm „rozregulowuje się” i w tym momencie to już raczej nie jest jazz. Na płycie wypadło to stosunkowo łagodnie, na koncercie pianista bardziej sobie „pochuliganił”. W ostatnim fragmencie znów powrót do nostalgicznego klimatu z One.

W sumie słucha się tego bardzo przyjemnie, a jak kto ciekawy, jak było na koncercie, to był on rejestrowany także wizualnie i zostanie odtworzony 3 maja, pokaże się też wówczas na kanale Dwójki na YT.

Udostępnij
Wyślij emailem
Drukuj