Monteverdi w oparach absurdu

Udostępnij
Wyślij emailem
Drukuj

Od ludzi, którzy widzieli Bar.okową ucztę dwa lata temu, wiem, że było wtedy trochę inaczej. Rzecz miała miejsce w tym samym barze mlecznym na Grodzkiej, ale wówczas był tam Jan Peszek i gościnnie wystąpiła jego córka Maria, śpiewacy byli w innym składzie (tutaj np. Katarzyna Oleś-Blacha, której tym razem nie było). Cezary Tomaszewski też rozwinął trochę reżyserię, np. ten duet, który rozbrzmiewa na filmiku, śpiewany jest teraz przez trzy pary na przemian, każda w tej samej sytuacji: ona usiłuje go karmić pierogami, żeby jej tylko potwierdził to, na co ona czeka.

Peszka tym razem nie było, zza baru przemawiał Bogdan Makal (który w pewnym momencie wszedł także na salę, by zaśpiewać, i pokazał nie tylko głos, ale niesamowitą vis comica), a na dwóch salkach barowych śpiewał wmieszany między ucztującą publiczność kwintet młodych śpiewaków Capelli. Plus gościnnie właśnie p. Makal oraz Marzena Lubaszka, która przez większość wieczoru występowała jako kuchareczka w czapeczce i fartuszku (spod którego z tyłu widać było szorty), ale w kulminacyjnym momencie ukazała się w seksownej czarnej sukni i odegrała mały monodramik, by potem wrócić do pierwotnego stroju. Reszta natomiast w pewnym momencie wystąpiła w kostiumach… pierogów, co zakrawało na kanibalizm, bo akurat w tym momencie (po chłodniku) ruskie pierogi jedliśmy. Musieli się biedaki dusić w tych przebraniach, śpiewając na dodatek Lasciate mi morire

Piszemy o tym, co ważne i ciekawe

Z tej ciąży nie ma już co zbierać, mówi lekarz na USG. „I czego pani od nas oczekuje?”

Nie wrócę do ginekologa, który prowadził moją ciążę, bo musiałabym skłamać, że poroniłam, opowiada Wioletta. Przez kilka tygodni żyłam jak tykająca bomba, nie jadłam, nie spałam, wyznaje Karolina. Obie przerwały ciążę w drugim trymestrze.

Agata Szczerbiak

Większość repertuaru to były oczywiście madrygały, głównie te najbardziej przebojowe, ale także fragmenty Orfeusza (na koncert zwoływała publiczność słynna początkowa fanfara) i Koronacji Poppei. Ale interpretacje były dalekie od dosłowności, a wplecione między poszczególnymi śpiewami dialogi sprowadzały rzecz do absurdu, jednocześnie przybliżając całość publiczności. Po prostu siedzieliśmy w środku. Tylko z boku spokojnie grał (kontrolując sytuację) na klawesynie Jan Tomasz Adamus; do klapy był przyczepiony napis NIE DOKARMIAĆ KLAWESYNISTY. Klawesynista był rzeczywiście chyba jedynym, który się nie najadł, bo śpiewacy jedli jak najbardziej; zwłaszcza ubawiło mnie, gdy sopranistka co jakiś czas, by wejść ze swoją frazą, podnosiła głowę znad chłodnika.

Monteverdi był tak genialny, że tę muzykę można kochać w każdej postaci. Rodzaj poczucia humoru prezentowanego w tym koncercie-spektaklu może nie odpowiadać każdemu, może niektórym wydawać się już zbyt absurdalny. Ale jeśli muzyka jest dobrze śpiewana, można próbować o tym zapomnieć i po prostu jej słuchać. Jeszcze trzy takie wieczory: w piątek, sobotę i niedzielę, jak ktoś akurat będzie w Krakowie, polecam.

Udostępnij
Wyślij emailem
Drukuj