Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2

Opera

AUTOR ZBIOROWY

Rok Chopinowski czyli Rok Opera
w IV aktach z prologiem

Osoby:
Duch Chopina

Beatrycze Chopinowska – alt
Rok Chopinowski, jej syn, dandys – baryton
Rok Schumannowski, jego brat bliźniak dwujajowy

Erfeluch, intrygant – tenor

Robak/Rokita, postać rozdwojona, acz przystojna – baryton
Józefa Malinowska vel Patrycja Pieszczyńska, znakomita prostytutka – kontralt
Gryzio, piesek Beatrycze – bas
Pusia, kotka Roka – sopran
Dr Lisztycki, weterynarz – kontratenor (czarny charakter)
Wierzba Nadwiślańska – ukochana Roka, nieco sopran

Sosna Rozdarta – sopran dramatyczny

Sam Szef – rola niema

Chór Wielbicieli Chopka

Chór Wujów

Parytetowy Chór Ciotek

Kapela Ludowa

Zespół Kaszubski

Martyrologia Narodowa

Rzecz dzieje się nigdzie, czyli w Pewnym Kraju.

Prolog
DUCH CHOPINA (recytuje na proscenium, przed kurtyną):
O roku ów! Kto ciebie słyszał w naszym kraju,
chciał się chwilami utopić w jeziorze…
Lecz czy to moja wina?
Mój Boże!
Wszyscy zamiast na Józia, huzia na Chopina
i ten go dudni, a tamten znów rąbie,
a jeszcze inny katować zaczyna
na jerychońskiej trąbie…
A ja, nieszczęsny, tak na wszystkie strony
za ek(t)oplazmę ciągniony,
ni kielicha ambrozji, ni w karty z aniołem –
miast się w tamtego świata przyjemnościach tarzać,
polską duszę wciąż muszę nutami wyrażać.
Ach, po cholerę zacząłem?
Teraz mi się na pewno wycofać nie dadzą
te wszystkie muzykanty
ręka w rękę z władzą.
Choćbym udał, żem mocno nadpróchniały antyk,
dorwą mnie, powpychają w struny fortepianów,
wałkować będą, bębnić z dziką zaciekłością…
Każdemu dobrą radę dam: ty się zastanów,
zanim się narodową zechcesz stać świętością.
Schodzi ze sceny.

Akt I

Scena I
Na pierwszym planie równina mazowiecka rozpostarta szeroko, nad nią unosi się Orzeł Biały, trzymający w szponach Pałac. Przez okno Pałacu widać nieodmiennie sceny z Powstania Warszawskiego. Na drugim planie dziady przebrane za kloszardów, każdy trzyma w ręku bułkę paryską, zwaną w Galicji weką. Z boku sceny po prawej stronie armata ukryta w kwiatach, po lewej okno, z którego co 5 minut wyrzucany jest fortepian. Przez środek sceny płynie Wisła, nad którą rzewnie pochyla się Wierzba N.

WIERZBA NADWIŚLAŃSKA (smętnie):
O, mój luby Roku, jak deszczu mokrego
czekam ja, zbolała, nadejścia twojego,
już mi jaskółeczki o tobie śpiewały,
już cię godne gremia do mnie wysyłały,
mówiły czynniki, żeś podobno w drodze…
Przyjdź ku swej niebodze!

CHÓR WIELBICIELI CHOPKA:
Przyjdź, nie zwlekaj!
Ptasiego mleka
nie odmówimy ci.
Przyjdź, ozłoć nasze dni,
Nie widzisz jak za tobą
oczęta wypłakuje
ta ulistniona laska?
I dla nas życia tyś ozdobą,
i my cię oczekujem,
bo chcemy cię,
ach, ty nasz śnie,
bo chcemy cię
zagłaaaaaa-
skać!

BEATRYCZE CHOPINOWSKA (wpełza podstępnie z miną knującą):

Czyż syna mego jedynego
w niecnych gałęzi
oddać mogę władzę?
O nie!
Nie zniosę tego!
Nic na to nie poradzę –

zaczynam ciężko rzęzić
na samą myśl
że oto dziś
już zacznie się ta szopka
i każdy dziad,
i cały świat
na własne oczy
w objęciach Wierzby zoczy
mojego Chopka!

ROK (wchodzi, tańcząc mazurka):
Oj, dana, dana, matulu kochana!
Ja chcę tę szopkę od samego rana!
Od samego rana do samiuśkiej nocy
Chcę mieć tu wszystkie media w swojej mocy!
Niech wszyscy będą słuchać mnie non stop,
Dziad oraz baba, pan, a także chłop!
W telewizorze, w radiu i na scenie
Niech się rozlega moje chopinienie!
Hop siup!

BEATRYCZE (nadal podstępnie i posępnie, choć skocznie, na melodię Hulanki op. 74 nr 4):

O mój Roku, nie daj kroku, bój się Boga, stój!
Tam wśród liści chopiniści toczą stały bój,
tam wśród liści chopiniści toczą stały bój!

W ich pazury jak się który twój dostanie włos,
to rozbiorą go na czworo przy pomocy glos,
to rozbiorą go na czworo przy pomocy glos!

Rok niefrasobliwie, nie słuchając matki, wytańcowywuje ze sceny. Tymczasem z Pałacu po drabince sznurowej spuszcza się Erfeluch i, zwracając się do Beatrycze, śpiewa intrygująco.

ERFELUCH:
Przyznasz chyba, moja droga,
że wszędzie wokół zapach wroga,
tu on grozi,
tam się płaszczy,
Roka sobie chce zawłaszczyć,
lecz my z pomocą bozi
sprawimy to, że wroga
dosięgnie kara sroga
że sczeźnie, straci twarz!
Bo Rok jest nasz, nasz, nasz, nasz, nasz!

BEATRYCZE:
Wróg? I to wszędzie wokół?
O, mój nieszczęsny Roku,
biada ci i mnie biada!
Aż z nerw mnie swędzi w uchu,
lecz powiedz, Erfeluchu,
cóż czynić nam wypada?

ERFELUCH (na melodię Życzenia op. 74 nr 1):
Gdybym Józefą ja był Malinowską,
to bym nie musiał straszyć karą boską,
ani komisją, ani wyborem,
tylko w wieczorną porę
stałbym na rogu, cichutko, bez krzyku
i pytał słodko: pójdziemy, chłopczyku?

Lecz że Józefą nie jestem, a juści,
to bym ją tylko na Roka napuścił.
Przy pełnych wdziękach Józefy ciała
Wierzba by szans nie miała.
Gdyby Rok przestał grywać w to zielone,
sam by na naszą pewnie przeszedł stronę.

Wychodzą.

Scena II

Na cmentarzu Père-Lachaise. Spod ziemi rozlega się głos Ducha Chopina, który natychmiast przyciąga Chór Wujów.

DUCH CHOPINA (recytuje):

Poloneza czas zacząć, gdzież jest ta butelka,
gdzie czterdzieści procentów oraz radość wielka
perkusisty w orkiestrze, który wieki całe
czekał, aby nareszcie zalać swoją pałę.
Jakem suchy nieboszczyk, to rozmiękłem całkiem
od patrzenia na sosny oraz wierzby walkę,
z których jedna rozdarta, druga łez jezioro
na kraj ten wylała, a zostało sporo
wciąż do zalewania, bo jest sprawa taka,
że sam chętnie dzisiaj zaleję robaka…

CHÓR WUJÓW (w tonacji kurde mol):

Wypiliśmy Poloneza całe tomy,
Pozbyliśmy się już z butów naszej słomy,
Niewdzięcznikom nie daliśmy ni kropelki,
Wrogom zaś nie oddaliśmy ni pętelki!
Teraz piersi do orderów wypinamy,
Niech grób kopie, kto chce zacząć tera z namy…

(żałobnie, na melodię Marsza żałobnego z Sonaty b-moll op. 35, zaczynając od części środkowej)
Za małpką małpka pro-sto-w dziób,
gdzieś smętny grabarz ko-pie-grób,
na stokach jodły i czerwona jarzębina,
a my bul, bul, bul Chopina.

Nie dajem plamy, no-co-wy?
Ten płyn bezalkoho-lo-wy.
Przykładu złego nie dajemy my młodzieży,
nam na słowo można wierzyć.

Spowija nasze gło-wy-mrok,
cóż nas obchodzi ja-kiś-Rok,
choć w gębie wciąż Ojczyzna,
to bliższa ciału
własna bielizna.

Tu msza, a tutaj kur-wa-mać
i jeszcze żonie raz-w pysk-dać,
żałobny całun trupa myśli nam spowija,
a w uszach Radio Maryja.

Tysiące stóp
i gruda łup
o myśli grób, potem zaś chlup w w głupi dziób,
Jezusie, Maryjo i chlup w głupi dziób….

Niech każdy Wuj
Idzie na bój,
Ach, czeka nas bardzo, bardzo ciężki znój.
Ach, czeka nas bardzo, bardzo ciężki znój!
Bo robimy sko-ok
W ten Chopina Ro-ok,
I zawsze w przód, nigdy nie skaczemy w bok…
A wódka Chopin w boju wspiera,
To jest Chopina przecież era!
Każdy Wuj
Idzie w bój,
Ach, czeka nas bardzo, bardzo ciężki znój!

Ciężko i zygzakami wychodzą.

Koniec I aktu

Akt II

Scena I
Na pole przygotowane do odegrania Bitwy pod Grunwaldem wychodzi na spacer z pieskiem mamusi, trzymając swoją kotkę na ramieniu, Rok. Piesek biegnie w pole czasem, poszczekując grubym basem.

GRYZIO:
Hau, hau, hau, hej, na pole,
Pobiegać tutaj wolę
Teraz, bo za pół roku
Nie mógłbym tu dać kroku.
Grunwald będą tu święcić,
A potem cud nad Wisłą,
A potem inne wojny,
Niechby im wszystko skisło!

PUSIA (cienkim sopranem):
Miau, miau, miau,
Tylko biegać byś chciał.
Mnie martwi inna sprawa:
To nie będzie zabawa
Gdy świat tutaj przybędzie
I będzie widział wszędzie
Miast czerni fortepianów
Strzelanie z tarabanów…
Miau, miau, jak Roka kocham,
To będzie straszna wiocha…

GRYZIO (niedwuznacznie manipulując tylną nóżką, szczeka na melodię Etiudy Rewolucyjnej):
Hau, hau, hau, hau
aż stają włosy,
hau, hau, hau, hau,
aż mięknie rym,
wyć się
chce wniebogłosy
na samą myśl
o tym.

Hau, hau, hau, hau,
dziś Roka dola
tak ciężką jest,
że tylko rzęź! (w tle rozlega się ciężkie rzężenie Haneczki)
olać
wręcz chęć mam to,
choć taką czuję
z Rokiem więź…
Wyje wniebogłosy i próbuje olewać, co niestety nie wychodzi mu z powodu zbytniego oddalenia od Wierzby. Tymczasem na Polu Grunwaldzkim pojawia się złowrogi weterynarz Lisztycki, wymachując niedbale świeżo zoperowaną ćwiartką Orła.

LISZTYCKI (demonicznie ruszając czarnym wąsikiem i myląc Gryzia z Pusią):
Nie olewaj, panno, żebyś nie olała,
żebyś zamiast Roka Dody nie dostała.
Cóż drobny taraban Rokowi zaszkodzi?
Lubi się, co się ma, trza się z tym pogodzić.
Porcja ułańszczyzny trzy razy na dzionek
sprawia, że człek po tym raźny jak skowronek
i po ziemi wolskiej biega niby paw,
a Wisłę szeroką pokonuje wpław.
Następuje Rokowi na pięty, próbując nieznacznie popychać go w stronę Pałacu.

ROK (smętnie i złowieszczo):
Tu mnie ciągną, tam mnie pchają,
jak powrósłem wywijają,
co mam robić, jak mam żyć?
Czyżbym musiał zacząć pić?

To jest wyjście, rany boskie!
W swej istocie szopenowskie,
bowiem Chopek, gdyby żył,
też by piiiiił,
też by pił!

Wyrywa się Lisztyckiemu i ucieka.

Scena II

Rok wędruje za nauką w las, gdzie spotyka chójkę zwaną sosną, która przemawia doń.

SOSNA:

Jam rozdarta sosna jest,
się rozdzieram, mam ten gest.
W tym jedynym miejscu w świecie
gamę rozdarć odnajdziecie,
jeśliś Polak czegoś warty,
musisz, bracie, być rozdarty.

ROK (błysnąwszy refleksem, pociąga wątek dalej):

Kochać trza ojczyzny łono,
wszak do innych łon z oskomą
rwie się człek, myśląc o niebie,
lecz ojczyzna wciąż w potrzebie,
nad ojczyzny losem łzę
roni, kto w niej kocha się.

SOSNA (rozdziera się nie na żarty):

Przyczyn płaczu nie brak, gdzieżby,
płaczą w kraju także wierzby,
nad krajanów losem cicho,
że wciąż mają dosyć licho,
praprzyczyną szlochu wierzb
zdarty ciuch, a pod nim świerzb…

Rok, wstrząśnięty, siada rozpaczliwie w głębi sceny i podpierając czoło smukłą, białą dłonią, pociąga z gwinta. Z prawej strony nerwowo wbiega ekipa przygotowująca sesję zdjęciową dla cierpiącej na rozdwojenie jaźni Józefy Malinowskiej vel Patrycji Pieszczyńskiej.

PATRYCJA-JÓZEFA (śpiewa lubieżnie na melodię Śliczny chłopiec op. 74 nr 8):
Dla mnie sprawa jest czysta,
też przy Roku skorzystam,
jest okazja, czego chcieć?
Biały fotel, chcę go mieć.

Każde słówko, co powiem
może nie wyjść na zdrowie.
Cóż, że beknie jakiś cieć –
czarny piar, czego chcieć.

Ledwo mrugnę oczyma,
jakiś profit otrzymam,
Ziarnko z ziarnkiem, czego chcieć?
Jak nie kawior, to choć śledź.

Zmienia ciuchy, wyskakuje na róg, opiera się o latarnię i paląc carmena śpiewa dalej na podejrzaną, nieswojską nutę.

JÓZEFA-PATRYCJA:
Bo miły pobyt na tym świecie
gdy można zgarnąć spory cash,
nie gardzę apanażem przecie,
a blaski sławy lubię też.

Gdy komuś wyciąć mogę numer
to dla mnie radość, w to mi graj!
Okrągłą zbieram za to sumę
i w sercu moim gości maj…

Przerywa, widząc zbliżających się Beatrycze i Erfelucha.

BEATRYCZE i ERFELUCH:
Przyjmij, Józefo, od nas zlecenie
masz uwieść Roka tu, na tej scenie,
żeby o Wierzbie przestał już śnić
i jak normalny człek zaczął żyć.
Cóż, że jest zdolny i trzyma takt,
gdy słowa o nim nie pisze „Fakt”.

BEATRYCZE:
Ach, przestań śnić,
ach, zacznij żyć!

ERFELUCH:
Po Wierzbie cóż?
Ty broń już złóż
i przyjmij dar:
Józefy czar!

BEATRYCZE i ERFELUCH:
ty zacznij żyć,
ty do niej idź,
zakosztuj ust,
pomacaj biust,
Niech zabrzmi pieśń, Józefę weź,
a Wierzbie powiedz cześć,
ach, cześć!

JÓZEFA-PATRYCJA (krygując się zachłannie i wypuszczając z obfitego popiersia recytatyw z arią):
Ach, jak miło, że państwo zwrócili się do mnie,
lepszej państwo nie znajdą, że tak powiem skromnie,
bo intryg i kitu wciskania uczyłam się w reklamie,
gdzie uwodziłam łagodnie, jak przystoi damie,
lecz mam na składzie również drugą twarz, do wyboru,
dla miłośników profesji najstarszej oraz hardcore’u.

I raz tę twarz, raz drugą twarz,
z życzeniem zgodnie wszystko masz,
Na me skinienie w otchłań żądz
się uda nawet ksiądz.
Zrozumie to najgorszy ćwok,
że do stóp mych upadnie Rok,
Józefo, krzyknie, ty mnie bierz,
zrób ze mną, zrób co chcesz!

Koniec II aktu
W przerwie kanapki z łososiem, szampan, wymiana ukłonów, kolejka do toalety i narzekania, że nie ma gdzie zapalić.

Akt III

Scena I

Gabinet dra Lisztyckiego. Jest pusto i poza doktorem nikogo jeszcze nie ma.

LISZTYCKI (mówi trzymając w ręku menzurkę ze srebrzystą cieczą):
O, bądź mi, piekło, przychylnem
I plany moje wspieraj działaniem usilnem.

(śpiewa na melodię Walca minutowego)
Jeszcze dziesięć minut,
Jeszcze dziewięć minut,
Jeszcze osiem minut,
Jeszcze siedem minut,
I cały ten świat
Wywróci się wspak!
Jeszcze dziesięć sekund,
Jeszcze dziewięć sekund,
Jeszcze osiem sekund,
Jeszcze siedem sekund,
I nastąpi buch!
Wszystko pójdzie w ruch!
Zapomina tekstu i dalej śpiewa „la, la, la”, dając rozpaczliwe znaki suflerowi, lecz ten nie może mu podpowiedzieć, ponieważ zaatakował go piesek Gryzio i kotka Pusia.

Scena II

Tymczasem Rok ze zmierzwioną czupryną porusza się w trójkącie Wierzba-Józefa-Lisztycki, cierpiąc przy tym na tle zachodzącego słońca i zanurzającego się w jeziorze Poloneza na motywach kurpiowskich.

ROK (na melodię Poloneza As-dur op. 53):
Niech to szlag!
Na homara tracę smak,
czoło chłodzę, tyłem chodzę niby rak
i jestem wrak!

Jakże tak,
że mi zawsze czegoś brak?
Co wybiorę, co wypiorę, to kolory traci wnet
wódka czy pet,
wierzba, czy dąb, czy coś na ząb.

Czyżbym ja był jakiś głąb
i chorągiewka pośród burz?
Dosyć już,
dosyć już,
dosyć już!
(udaje się do pasażu i rzęzi w duecie z Haneczką)
rzrzrzrzrzrzżżżt!
Pora z rozdarcia
przejść do natarcia!

Nie wiadomo skąd z lekkością motyla nadbiega Józefa-Patrycja i obcesowo chwyta Roka za rękę.

JÓZEFA:
Pójdź ze mną, biedny Roku,
na spacer pośród łach,
tam nadwiślański spokój
i romantyczny piach.
Jak Chińczyk i Japończyk,
tam będę wielbić cię,
nie żałuj więc opończy,
nią szybko otul mnie.

Zbałamucony i połechtany w ego Rok otula opończą Józefę, która za jego plecami puszcza perskie oko do Beatrycze, po czym oddala się z Rokiem na przechadzkę wzdłuż Wisły.

ROK (oddalając się z Józefą, podśpiewuje bardzo dandy):

Mam nowe kiulotki z kortu rojalnego,
Kto ich nie doceni, nie zagram dla niego!
Ani trochę w dur,
Ani trochę w moll,
Nie będzie mi mącił
Żaden durny troll!!!

PARYTETOWY CHÓR CIOTEK (z wyemancypowanym zapałem):
Zdradzić z Józefą Wierzbę chce samiec,
taki ten gender jego paskudny,
patrzcie, zarzuca już broń na ramię
i się w swych planach pogrąża brudnych.
Niedoczekanie, męski potworze!
Na próżno macki wyciągasz swe.
Nie, nie zaciągniesz Józefy w łoże,
mocą ustawy wstrzymamy cię!

Józefa z Rokiem niebezpiecznie zbliżają się do miejsca, gdzie nad falą wiślaną pochyla się Wierzba.

WIERZBA (z rozpaczą, chcąc zwrócić na siebie uwagę Roka):
Czy pamiętasz, jak ze mną…
Zniechęcona macha gałęzią i milknie.

ROK (wpatrzony w Józefę jak w święty obrazek):
Czy mi się zdaje, czy prawdą czystą
jest, że mam prawo być egoistą?
Co dla mnie dobre, od świata brać,
a nie bez przerwy, że „ojciec, prać!”

Dziś mi Józefa otwarła oczy,
że patryjoci mogą mi skoczyć,
więc narodowy odrzucę garb!
Ach Ziutka, Ziutka, jakiś ty skarb!

Wierzba próbuje rozełkać się w żałosnej skardze, ale wychodzi jej tylko zduszony jęk. Na scenę wpada zamaskowany oddział komandosów, otacza wierzbę i wyciąga z niej wierzgającego i plującego siarką Diabła Rokitę. Wszystkie chóry zbliżają się i śpiewają z maksymalnym wyczuciem dramatyzmu chwili.

ZESPOLONE CHÓRY:
Słuchaj, słuchaj, publiko, chóralnego śpiewu!
Ipeen znów wytropił zdradzieckiego TeWu,
co w tej Wierzbie zagnieździł się jak Bolek cienki,
by od sprawiedliwości ujść karzącej ręki.
Lecz co to? Miast donosić, zdradzać oraz śledzić
podejrzany coś krzyczy, że chce do spowiedzi.
Dajcie mu spowiednika, o grzechach chce gadać…
Nie! On ponoć publicznie chce się wyspowiadać.

DIABEŁ ROKITA (z niejaką dumą, recytuje):
Jam jest Robak!
Tak, Robak. Tamten rokmen znany,
co jak żaden potrafił walić w tarabany,
a potem, niby ogniem pożarty dach z gontu,
bez słowa z muzycznego zniknął horyzontu.
Partryjotycznych imprez nie miał kto obsłużyć,
tu i ówdzie fancluby zaczęły się burzyć,
lecz jam milczał…
Wstyd palił niby sól na rany,
wstyd, że przez lata całe byłem zalewany
własną ręką, we własny pokarmowy przewód.
Cóż, żem czasem część płynu wydalił do zlewu,
reszta tkwiła w mych wątpiach jak dożarte biesy.
Przez tom ja po hotelach urządzał ekscesy,
przez tom się bełkoczących nie mógł ustrzec gadek,
publicznie-m ściągał spodnie i wypinał zadek…
Gdyby na cud załapać mi się nie udało,
dziś by chyba robaki żarły moje ciało,
lecz spojrzałem na szybę i rażony gromem
rzuciłem chlanie…
Wierzba stała się mym domem,
Rokity-m miano przybrał, diabła ludowego,
że niby po manowcach pijaków…
Od tego czasu mieszkam w tej Wierzbie nikomu nie wadząc.

Choć przyznaję, że czasem tęsknię za dusz władzą,
choć żądza sławy wcale nie jest mi nieznana,
to nie róbcie tu ze mnie jakiegoś ketmana…

Tak, byłem perkusistą, zalewałem pałę,
groupies za mną kohorty włóczyły się całe,
lecz TeWu? Nigdy w życiu! Pod żadnym pozorem!
Za to całym diabelskim swym ręczę honorem!

Zwabiony zamieszaniem Rok nadbiega truchtem, niosąc pod pachą Józefę. Szybkim rzutem oka lustruje sytuację i zaczyna pląsać na skoczną nutę.

ROK:
Precz, precz łapy od Rokity,
w kominiarkach dranie,
bo bez niego marne będzie
rocznicowe granie.

Moje polki i mazurki
potrzebują tego,
by ktoś stale im dokładał
ognia piekielnego.

Jak bez ognia ktoś przygrywa
mojego oberka,
niech mu w knajpie nigdy piwa
nie poda kelnerka!

Na ospałe kujawiaki
działa niczym viagra,
gdy je ktoś diabelnie dobrze
podczas Roku zagra.

Precz, precz łapy od Rokity,
historyków zgrajo,
wsadźcie sobie swoje kwity,
co i tak nie grają.

Niech wam moje zapewnienie
wystarczy gorące:
lepszy jeden nawrócony,
niż świętych tysiące,
juuuhuuu!

Zdezorientowani komandosi zaczynają się naradzać. Jeden z nich chwyta Roka i chce założyć mu narodowe kajdany. Nagle przez tłum przepycha się Lisztycki i zaczyna szeptać coś do ucha Najważniejszemu Komandosowi, podając mu równocześnie papier opatrzony prezydencką pieczęcią. Najważniejszy Komandos staje na baczność, robi znak krzyża, zwołuje swoją trupę i odlatuje z nią helikopterem. Tłum pada na kolana i zalewa się łzami. Dzwony dzwonią. Lisztycki zaciera ręce.

LISZTYCKI (z szatańskim błyskiem w oku):
Niech sobie lud
świętuje cud
i ślozy leje rzewnie.
Nie wie ten tłum,
że będzie bum,
lecz ja im to zapewnię!

(śpiewa na melodię Wojaka op. 74 nr 10):

Drżę z emocji, ledwo dzierżę,
Przyszedł czynu czas,
Wielkim błyskiem was zadziwię,
Wnet zadziwię was!

Chyżo, chyżo pędź reakcjo,
Kończ już przebieg swój,
Wszystko zaraz w proch obrócim,
Świat ten będzie mój!

Scena III

Józefa-Patrycja spoczywa na szezlongu w swym w biało-różowym buduarze i zajmuje się drobnymi czynnościami gospodarskimi typu czyszczenie paznokci. U jej stóp wiernie waruje suka biłgorajska. Gdzieś za oknem pani Róża gra Chopina. Pokojówka anonsuje przybycie Beatrycze.

BEATRYCZE:
I co? I co?
I co-ho-ho-ho-ho?
Mów szczerze, bez ozdoby!
Czy poszedł na twój lep?

JÓZEFA:
To pestka dla osoby,
co ma kanclerski łeb.
Wystarczą na faceta
pochlebstwa trzy lub dwa,
gdy sprytna jest kobieta,
go szybko w garści ma.

BEATRYCZE:
A Wierzba? Mów, co ona?
Nie będzie szukać go?

JÓZEFA:
Nooo… trochę jest zmartwiona,
lecz ja chromolę to!

BEATRYCZE (rozpromieniona):
Józefo, ach, Józefo, powiem krótko,
ty znakomitą jesteś prostytutką!
Czy kasę w gorset chowasz (ukradkiem podaje Józefie kasę),
czy idziesz gdzieś na róg,
twa sprawność warsztatowa
po prostu zwala z nóg!

Beatrycze wychodzi. Wchodzi Lisztycki.

LISZTYCKI (z obleśnym błyskiem w oku):
Na twe wdzięki-m czekał lata,
lecz nie zdzierżę dłużej!
Za te lata twa zapłata
będzie dziś w naturze.
Nie uciekniesz przed zajadłą
namiętnością mą.
Trudno – dzisiaj na cię padło,
na twą postać psią.
Nie mogąc dłużej opanować pożądania rzuca się na sukę biłgorajską. Józefa chwyta go za pludry i ociąga od suki, ryzykując złamanie paznokcia.

JÓZEFA:
Od mej suki, doktorku, ci wara!
Niedobrana by była z was para.
Weterynarz, choć bardzo się stara,
psiej miłości nie kupi, o nie!

Chcieć z tą suką to chciało już wielu,
ale to tak jak usiąść na trzmielu.
Jeśli tylko masz dosyć w portfelu,
z dwojga złego już lepiej weź mnie!

LISZTYCKI:
Ha, ha, ha, ha!
Cię?!
Chciałem jeszcze najgłębsze swe spełnić marzenie,
nim świat cały w pustynię bezludną zamienię,
ostatni raz swym żądzom serdecznym dać wyraz
i z biłgorajską suką udać się do wyra,
lecz cóż, los nie pozwolił przypaść do jej łona,
więc bez żalu bum! zrobię, po czym w mękach skonam,
przebrzydły rodzaj ludzki, co tak mi niemiły,
pociągając za sobą w czeluści mogiły.

JÓZEFA (przerażona):
Ty rzekłeś bum?

LISZTYCKI (pusząc się ze śmiertelną powagą):
Ja rzekłem bum!

JÓZEFA:
Ty zrobisz bum?

LISZTYCKI:
Naprawdę bum!

JÓZEFA (z resztką nadziei):
Co na to powie Pałac?

LISZTYCKI (zawieszając znacząco głos):
Ach, żebyś ty wiedziała…

JÓZEFA (z rezygnacją):
A zatem bum?

LISZTYCKI:
A zatem bum!
A zatem bum, a zatem bum, a zatem bum,
bum, bum, bum, bum, bum,
bum,
bum!

Koniec aktu III

Akt IV

Scena I

Po zapełnionych rocznicowym tłumem Polach Grunwaldzkich przechadza się urzędnik państwowy z suwmiarką w ręku i dokonuje wyrywkowych pomiarów patriotyzmu przybyłych gości. Rok stoi na skraju Pól zastanawiając się, czy przyłączyć się do obchodów. Polną drogą nadjeżdża kibitka ciągniona przez naszą szkapę. Wysiada z niej Lisztycki i podchodzi do Roka, śpiewając kusząco.

LISZTYCKI:
W którąkolwiek pójdziesz stronę,
ktoś ci będzie miał za złe.
Każdy chwali swój ogonek,
każdy po swojemu chce
rocznicowe bicie piany
ukształtować, wziąć za pysk.
Ty nie przejmuj się, kochany,
i patrz tylko, gdzie twój zysk.
Jeśli nie chcesz marnie skończyć,
chcę ci radę jedną dać:
do nas musisz się dołączyć,
jak tańczymy, tak nam grać.
Do nas, znaczy do Pałacu,
który ma zbawienia plan.
A więc śmiej się, śmiej, pajacu,
i wraz z nami ruszaj w tan.

ROK:
Przyjacielu, rada twa
me rozterki głuszy.
Niech ta cudna chwila trwa.
Jakiż spokój w duszy!
Z chochołami pójdę w dans –
to daje wyniki,
to najlepszy będzie lans
dla Chopka muzyki.
Wątpliwości opadł kurz,
moim wzorcem Pałac,
a tej Wierzby nie chcę już,
bo w środku spróchniała.

Raźnym krokiem dołącza się do grunwaldzkich obchodów i gra, jak mu zatańczą. Gryzio i Pusia, którzy w III akcie podsłuchiwali pod drzwiami Józefy, szarpią Roka za nogawki, usiłując wyciągnąć go z zaklętego kręgu tańczących.

PUSIA (natarczywie, ciągnąc Roka za nogawkę, na melodię Walca minutowego):
Na minutkę, na minutkę, na minutkę, na minutkę…

GRYZIO (równie natarczywie, kontynuując melodię):
Choć na moment, choć na moment,
rzuć tę słomę, rzuć tę słomę,
i posłuchaj, co
powiedzieć chcemy ci,
co powiedzieć chcemy ci.

PUSIA:
Weterynarz, weterynarz
to okropna jest gadzina,
w jego mózgu się
zniszczenia wizja tli,
się zniszczenia wizja tli!

GRYZIO i PUZIA:
Na weterynarza psioczyć nam się zdarza,
lecz tym razem sprawa na grubszą zakrawa!
Wielkie bum planuje,
nic nie uratuje
cię, gdy nie uwierzysz nam!

Rok wreszcie wyrywa się chochołom i wysłuchuje Gryzia z Pusią. Łapie się za głowę, wali się dłonią w czoło, wyrywa sobie pół czupryny oraz innymi gestami pokazuje, że dał się wpuścić w maliny, ale teraz doznał olśnienia. Nagle na skraju sceny zaczyna się jakieś zamieszanie. To Józefa przerywa kordon ochroniarzy, podbiega do Lisztyckiego i oskarżycielsko wskazuje na niego palcem.

JÓZEFA (fortissimo, żeby przekrzyczeć ludową kapelę z Chochołowa):
To on! To ten nikczemnik podły
chce bum wykonać wielką rurą!
Odprawia niby co dzień modły,
ale szatana ma za skórą!
Z Pałacem uknuł straszny spisek
i Roka zwabił w jego środek,
taki to z niego chytry lisek,
łakomy na święconą wodę.
Na hasło „święcona woda” kapela ludowa rzuca smyczki i przyklęka. Józefa kontynuuje mezzo forte.
Lecz w kraju naszym nie brak cudów,
od Piasta, czyli od zarania –
jam się zmieniła, polski ludu
i zdemaskować chcę knowania.
Robi znaczącą pauzę, chcąc podkreślić swoją przemianę duchową. Kapela ludowa podnosi się z kolan i chwyta za smyczki.

KAPELA LUDOWA:
Przez rzeckę przepłynę,
przez strumyk przeskocę,
do swojej Wierzbiny
powróci nas Rocek.

Powróci, powróci,
w gałązki jej dmuchnie,
a nasa kapela,
jak wtedy nie uchnie!
Ucha-cha!

(Józefa daje znaki, że jeszcze nie skończyła. Kapela ludowa opuszcza smyczki.)

JÓZEFA:
Ludzie! To jest po prostu draka!
Stoicie tutaj jak barany,
a ten Lisztycki dał drapaka
i jest już może w Zakopanem!

Na hasło „Zakopane” kapela ludowa podnosi smyczki. Wokół rozlega się chóralny jęk. Rok, Józefa, Gryzio, Pusia, członkowie Klubu Melomanów z Uszyc i spora grupa paparazzich w popłochu zbiegają z pola bitwy i rzucają się w pogoń za Lisztyckim.

Scena II

Lisztycki uciekając sprytnie podczepia się do konwoju Wyścigu Starych Fortepianów na trasie Antonin-Sanniki-Duszniki. W rezultacie zamiast pod Giewont trafia do komisariatu. Zeznając, że od dawna jest szarą eminencją TVP, cienko śpiewa na melodię Walca GS-dur, Meno mosso.

LISZTYCKI:

Gdy tylko minie Roczek ów,
Zrobimy uff,
Zrobimy uffff,

Bo dzisiaj tak naprawdę kręcą nas
Cekiny, szpan
I gusta mas…

Funkcjonariuszowi kończy się długopis. W dodatku nie pałuje padalca, a nawet podrzuca go suką biłgorajską do Zakopca. Tam wredny weterynarz trafia z deszczu pod rynnę, czyli spotyka Szymanowskiego i wesele góralskie. Bucyna mu się nie ozwijo i dopada go Owczarek Podhalański.

Scena III

Tymczasem Wierzba Nadwiślańska, po tym, jak ponownie zamieszkał w niej Rokita, zwraca się do Metropolity Warszawskiego z prośbą o egzorcyzmy. Ksiądz Robak wypędza z niej diabła, ale mimo to Wierzba popada w coraz głębszą depresję. Postanawia odzyskać Roka. Poddaje się operacji plastycznej w fotoszopie, która upodabnia ją do brzozy. Przybiera nick Brzezina. Nieoczekiwanie dla siebie i otoczenia, znajduje pocieszenie w ramionach ducha Jarosława Iwaszkiewicza. Wierzba-Brzezina porzuca nadwiślański brzeg i wraz z duchem Iwaszkiewicza zamieszkuje w młynie nad Utratą. Zbałamucony Rok, utraciwszy miłość Wierzby-Brzeziny, dryfuje w kierunku Ciemnej Strony Mocy. Tymczasem zbliżają się wielkimi krokami Obchody z udziałem Władz.

Przez okno Pałacu dochodzi śpiew:

Jak dobrze mieć rodzeństwo,
Jak dobrze brata mieć!
I twarzy podobieństwo,
Oraz tę samą płeć.

Gdy szybkim krokiem
Wraz z nowym rokiem
Nastaje trudny czas wyborów,

Z mym bliźniaczym bratem
Obydwaj pod krawatem
Dzielimy czynienie honorów.

Jak dobrze mieć rodzeństwo
I twarzy podobieństwo,
Gdy obowiązków przypływ wzbiera!
Jak dobrze mieć dublera!
Jak dobrze mieć dublera!

ROK (zainspirowany):
Ledwom wyciągnion z chocholich pląsów,
Już na obchody ku czci iść muszę!
Chęć mam się mignąć, lecz nie czas dąsów,
Pocierpieć trzeba te straszne katusze…

Lecz czy na pewno we własnej osobie
Siedzieć tam sam powinienem?
Brata bliźniaka wnet przysposobię,
Będziem jak jeden,
Będziem jak jeden!

Nie sam zrodzonym w tym roku pamiętnym,
Nie sam będę nosić to brzemię,
W loży zasiądzie ze obliczem smętnym
Brat bliźniak. Z nim się zamienię!

Rok Chopinowski schodzi ze sceny, wchodzi zaś Rok Schumannowski.

ROK SCHUMANNOWSKI:

Jam jest brat bliźniaczy
Roka Chopinowskiego,
Nie jednojajowy, się znaczy,
Lecz wieku identycznego.

Jak dobrze mieć rodzeństwo,
Jak dobrze brata mieć,
I wieku podobieństwo
Oraz tę samą płeć!

Nie sam tu jestem, o zgrozo,
W dublera niewdzięcznej roli,
Aż zacznę śpiewać prozą,
Bo mnie ta rola aż boli…

W tym miejscu Publiczność Zorientowana zaczyna szeptać między sobą.

Jam pierwszy się na nim poznał,
Jam pierwszy nazwał geniuszem,
Lecz teraz upokorzenia-m doznał,
Co robić, zdzierżyć muszę.

Nie chciałbym być dublerem,
Roka Chopinowskiego cieniem,
Chciałbym też robić karierę,
Być Rokiem z własnym imieniem!

Publiczność Zorientowana podnosi się z krzeseł i zaczyna śpiewać. Publiczność Niezorientowana, naśladując dublera Prezydenta, zabiera się do standing ovation, ale w końcu milknie.

PUBLICZNOŚĆ ZORIENTOWANA:

Szok, szok, szok!
Jeden rok,
A jakby dwa lata!
Chopina celebrować,
Schumanna ignorować,
Co za strata!
Co za strata!

Rok Schumannowski pozuje pod Brzeziną i śpiewa na melodię fragmentu z Karnawału Schumanna, zatytułowanego Chopin.

ROK SCHUMANOWSKI:
Ach, ten Cho-opek,
Ja kochałem, lecz on nie chciał mnie…
Polski chło-opek,
Co z innymi mu zawsze jest źle.
Ja mu słałem nuty wciąż,
a on wcale ich nie czytał, chytry jest jak jaki wąż..
Miał mnie gdzieś,
Jak mój teść…
No to cześć…

ROK CHOPINOWSKI (słysząc, że Rok Schumannowski występuje przeciwko niemu, wraca na scenę i strofuje go na melodię Mazurka C-dur op. 56 nr 2):
Hoc, hoc, hoc, hoc!
Oj, bo weźmie mnie cholera
I zawołam tu Mahlera,
On jubilat też w tym roku*,
Niech dotrzyma nam tu kroku.
Bo jak własny brat zawodzi,
Przyjdzie młodszy – cóż szkodzi…
Przecież o to tylko chodzi
Żeby przejść ten rok. Hop!
____
*150 rocznica urodzin

Patrząca na braci Józefa-Patrycja rozmarza się i śpiewa na melodię Preludium A-dur w przeróbce jazzawej.

JÓZEFA-PATRYCJA:
Ach, kocham ja ten szum
I wypachniony tłum!
Z radością braciom dwóm
Nalewać będę rum…

A aparatów zoom
Przebije się przez tłum
I będzie wielkie bum,
Bez Lisztyckiego fum!

Scena IV

Tymczasem Lisztycki zmylił pogonie i też dotarł do Pałacu. W Sali Tronowej zgięty wpół tłumaczy się przed Samym Szefem, manipulując probówkami i drucikami.

LISZTYCKI:
Już byłem w ogródeczku, z gąską się witałem,
o mały włos już Rok nasz był duszą i ciałem,
ale wyszło jak zwykle – szlachetna przegrana
i złowrogi kajdana dźwięk zamiast kankana.
Ale ja to naprawię, tak dopomóż Boże,
bohaterskich ja starań wszelakich dołożę,
by załatwić na dobre, nie bacząc na cenę,
czerwonego pająka i różową hienę –
gdy nie będzie na świecie nic oprócz trzęsawisk,
tych strasznych się nareszcie pozbędziemy zjawisk.
Sam Szef kiwa z aprobatą głową.
Drżyjcie, wrogowie nasi, drżyj, niewdzięczny Roku!
Wielkie bum! i nareszcie będzie święty spokój…
Z miną zdeterminowaną łączy dwa druciki. Następuje małe bum, od którego Pałac wylatuje w powietrze, a stojącej w pewnej odległości Beatrycze łuski spadają z oczu.

BEATRYCZE:
Łuska z ócz mi spadła,
twarz moja pobladła,
z trudem się wstrzymuję,
by nie zwrócić jadła.

Za siebie się wstydzę,
sama sobą brzydzę,
i mam chęć utopić
się w jeziorze Wdzydze.

Kieruje się ku jeziorowi, tam jednak stoi zespół Kaszubów i śpiewa wniebogłosy.

ZESPÓŁ KASZUBÓW:

To je krótczi, to je dłëdżi, to kaszëbskô stolëca
To są basë, to są skrzëpczi, to òznaczô Kaszëba!

Przerażona Beatrycze ucieka.

Scena V

Nad Wisłą. Wierzba, która rozstała się już z duchem Iwaszkiewicza i wróciła do dawnej postaci, opłakuje utraconą miłość Roka i ogólnie swój żywot nieszczęsny.

WIERZBA (pochlipuje z cicha):
Gdy cię nie widzę,
wzdycham oraz płaczę,
że nie nadąża aż echo.
Smażone rydze
ani udka kacze
nie są mi żadną pociechą.
(płacze wydajnie)
Wiem, ty nie wrócisz, boś w cudzych już szponach,
innej zaniesiesz swe dźw… wdź… (zacina się, ale szybko opanowuje sytuację)
dźwięki!
a ja tu będę tkwić taka skrzywiona,
bez kuchni i bez łazienki…

Od strony brzozowego zagajnika nadbiega tanecznym krokiem Józefa, wymachując radośnie szabelką.

JÓZEFA:
Wiwat, wiwat wszystkie stany,
zły Lisztycki ukarany,
Gustaw obit, Konrad żywie,
cieszmy, cieszmy się prawdziwie!

Jam duchowo przełamana,
matki-Polki godna miana,
nie chcę Roka już za Chiny,
wracam do mej „takiej gminy”.

WIERZBA (nie do końca przekonana):
Azaliż wierzyć mi w to wypada?

ROKITA (wychodząc z Wierzby):
Prawda to czysta, mucha nie siada!
Przełom w Józefy widny postaci,
już ci się ona nie będzie szmacić,
taką za żonę pojąć jam gotów,
do stu tysięcy par kulomiotów.
Czy chcesz, Józefo, za męża mnie?

JÓZEFA:
Diabeł nie kogut? Nooo… czemu nie?

Z widocznym zadowoleniem oddaje rękę Rokicie. Na scenę z jednej strony wchodzi Beatrycze, a z drugiej Rok z Pusią na ramieniu i Gryziem przy nodze. Rok pada na kolana przed Wierzbą.

ROK (z żarem uczuć malującym się na obliczu i gdzie indziej):
O, dendrologii ty okazie
ze wszystkich najcudniejszy!
Jak skruchę mogę swą wyrazić?
(po zastanowieniu znajduje sposób)
Niech zrobi to brat mniejszy.

GRYZIO (z zapałem wyraża skruchę w imieniu Roka):
Hau! Hau! Hau!

ROK:
Mów, czy chcesz moją być, jedyna,
bez żadnych skoków w bok?
Czy razem ze mną chcesz zaczynać
ten Chopinowski Rok?

WIERZBA:
Czy to sen?
I like Chopin!
On jest dla mnie jak tle-en!

ROK, WIERZBA:
Serc naszych wspólna łomotanina
niech tę uwieńczy scenę,
a na fascynujący finał
prosimy do Łazienek!

Całe towarzystwo udaje się w stronę Łazienek w rytmie poloneza. U wejścia do Łazienek stoi Erfeluch i mruczy do siebie.

ERFELUCH:
Nawracają się wszyscy jak zdjęci amokiem,
Rokita, Beatrycze i Józefa z Rokiem,
a ja intryg porzucić nie, nie mam zamiaru,
bo intryga w operze największym jest z darów.
Sprokuruję wam jeszcze takie sploty wątków,
że tu trupem padniecie wszyscy, bez wyjątku.
To, co się dotąd działo, nie liczy się wcale,
prawdziwe zamotanie to będzie w finale!

Wchodzą tłumy paparazzich i napastują wszystkich. W centrum sceny Rok Chopinowski bije się z Rokiem Schumannowskim. Scenę coraz szczelniej otacza Chór Wujów i Parytetowy Chór Ciotek. Na scenę wnoszą beczkę Polonaise’a. Wszyscy się upijają na umór, Wierzbę Nadwiślańską wynoszą na noszach pracownicy sceny.

Pijani Wuje gonią trzeźwego Hitlerowca (zabłąkanego ze scen powstańczych w prologu), Hitlerowcowi opadają spodnie, telewizja to pokazuje, Armata strzela, Kwiaty więdną. Ostatni, bardzo pijany Wuj (Wuj to będzie ostatni!), nie mogąc brać udziału w pościgu, ledwo trzymając się na nogach i dzierżąc flaszkę w wyciągniętej ręce, wytacza się na środek sceny i bełkotliwie krzyczy.

WUJ:

Rok, Rok… Rok and Roll!

Żaden dur,

Żaden moll!

Żadne do-re-mi-fa-sol!

Pada z łoskotem na deski. Wchodzą pogodzeni Rok Chopinowski i Rok Schumannowski i zgodnie wynoszą Wuja za kulisy. Na scenę wkuśtykuje Orzeł Biały z protezą łapy i zaciąga kurtynę.

Publiczność, zachwycona, wstaje i śpiewa.

PUBLICZNOŚĆ:

Polak jaja ma ze spiżu
oraz ciągłe bóle w krzyżu,
wszystko, co ma dookoła,
daje chętnie dla kościoła.
Kościół za to kształci dzieci,
czasem któreś z nich przeleci
przez zakrystię jak meteor,
gdy akurat gości przeor,
czego nawet niebo nie chce,
świecką władzę zawsze łechce,
gołodupcy od zarania,
specjaliści w narzekaniu,
bo historia nie głaskała,
zamiast w wodzie, w krwi kąpała…

łojjjjjżżżż danażmojadana….

MARTYROLOGIA NARODOWA (z boku, na proscenium, oblizując się ze smakiem):
Wy tam sobie śpiewajcie swoje ćmoje boje,
a ja w tym kraju zawsze wychodzę na swoje!

W patriotycznej zadumie wszyscy rozchodzą się do domów.

KONIEC

css.php