Publiczność znów aktywna

Udostępnij
Wyślij emailem
Drukuj

W dawnych czasach Warszawskiej Jesieni publiczność była, by tak rzec, jednym z bohaterów festiwalu. Każdy czuł się w obowiązku wyrazić swoje zdanie, jeśli mu się nie podobało: krzyknąć „chała” lub „skandal”, głośno klaskać w środku albo demonstracyjnie wyjść trzasnąwszy drzwiami. I jeśli można Jesień nazwać oazą wolności w smutnym PRL, to także w tej dziedzinie. Tu była swoboda wypowiedzi. I chęć współuczestniczenia. Był nawet czas (w drugiej połowie lat siedemdziesiątych), kiedy przychodziło się na wszelki wypadek z własnym instrumentem – flecikiem, bębenkiem czy czymkolwiek, czym można było pohałasować i włączyc się w akcję: był to czas happeningów, które współuczestnictwo publiczności przewidywały. Nie oczekiwało się przeżyć estetycznych, ale po prostu zabawy. Z drugiej strony jednak jeśli przydarzało się coś fascynującego – dotyczyło to zwykle np. utworów Xenakisa czy Serockiego – entuzjazm publiczności był tak wielki, że dzieło bisowano.

Potem żarty się skończyły – wszędzie, więc i tu. Kolejny model słuchacza Warszawskiej Jesieni to model cywilizowany: siedzi się spokojnie i oczekuje, co też kolejna produkcja przyniesie, jeśli coś niesatysfakcjonującego, to wtedy można wyjść, ale dyskretnie. Czasami tak dyskretnie wymykały się całe stada ludności. Jeśli coś robiło wrażenie, bywała owacja na stojąco.

Piszemy o tym, co ważne i ciekawe

Sieć, śmieć, śmierć

Brytyjski serial „Dojrzewanie” o 13-letnim zabójcy wstrząsnął polskimi rodzicami. Czy to się może zdarzyć u nas? Tak, bo docierają tu te same internetowe zagrożenia.

Joanna Cieśla

Od pewnego czasu, czyli odkąd publiczność zdecydowanie się odmłodziła, reakcje także się zmieniły. Są skrajne. Albo owacja na stojąco i z krzykami entuzjazmu (o wiele głośniejszymi niż kiedyś), albo hałaśliwa dezaprobata, buczenie (tego też wcześniej nie było, przyszło z Zachodu), czasem wręcz próby przerwania produkcji. Przedwczoraj zdarzył się rekordowy (jak dotąd) skandal, jakim było wykonanie utworu Giji Kanczelego Kapote na akordeon, perkusję, gitarę i smyczki. Dawno nie słyszałam tak żałosnego kiczu, a przecież pamiętam czasy, kiedy ten gruziński kompozytor wstrząsał nas swoimi symfoniami, będącymi jednym wielkim krzykiem o wolność z kraju o bogatej, ale postponowanej tradycji. Potem Kanczelego zakontraktował ECM, kompozytor zamieszkał w Berlinie, a następnie w Antwerpii, i cokolwiek napisał, Manfred Eicher mu wydawał. Ten kawałek był rzeczywiście straszny, a reakcje też. Przy kolejnej knajpianej frazie publiczność wybuchała salwami śmiechu (nie powiem, poniekąd też w nich uczestniczyłam, po prostu nie dawało rady inaczej), a w pewnym momencie część ludzi zaczęła wyklaskiwać muzyków, ktoś nawet krzyknął: „Stop it! Stop the piece!”. Ale rozległy się też perswazje: pani z Rosji wykrzyknęła: „Dajcie im dokończyć!”. Dokończyli.

Przykładem przeciwnym był wspominany przeze mnie wczesniej Helmut Lachenmann w utworze Schreiben na orkiestrę. Lachenmann – to właśnie „zgrzyty i syki”, ale bardzo konsekwentne. Z ćwierć wieku temu przy innym jego utworze publiczność głośno protestowała i trzaskała drzwiami. Na co Józef Patkowski, twórca i wieloletni szef Studia Eksperymetalnego Polskiego Radia, zerwał się oburzony i wygłosił wykład-perswazję, po czym kazał orkiestrze wykonać utwór drugi raz… Dziś rozentuzjazmowana młodzież krzyczała, tupała i stała przez dobrych kilka minut. Czasy się zmieniają.

Udostępnij
Wyślij emailem
Drukuj