Stuarda w Poznaniu ścięta

Udostępnij
Wyślij emailem
Drukuj

To ci dopiero był pojedynek weekendowo-belcantowy, Wrocław kontra Poznań, Verdi kontra Donizetti, Giovanna d’Arco kontra Maria Stuarda… Te włoskie zniekształcenia nazwisk w ogóle są dość rozczulające, szokować może zwłaszcza „Lejczester”… Bardzo dobrze, że pojawiają się w repertuarze dzieła nader rzadko wykonywane – Stuardy wręcz dotąd w Polsce nie było.

Poza belcantowością i zniekształconymi nazwiskami obie opery mają jeszcze parę rzeczy wspólnych. Pierwowzorami obu były sztuki Schillera. Obie nie mają wiele wspólnego z prawdą historyczną (no, może Stuarda trochę więcej). Opera Donizettiego ma bardziej dramatyczne zacięcie: w Giovannie są zaskakująco niepoważne walczyki (obok marszów), w Stuardzie – albo marsze, albo typowe belcantowe umpa-umpa, ale z namaszczeniem.

Piszemy o tym, co ważne i ciekawe

Z tej ciąży nie ma już co zbierać, mówi lekarz na USG. „I czego pani od nas oczekuje?”

Nie wrócę do ginekologa, który prowadził moją ciążę, bo musiałabym skłamać, że poroniłam, opowiada Wioletta. Przez kilka tygodni żyłam jak tykająca bomba, nie jadłam, nie spałam, wyznaje Karolina. Obie przerwały ciążę w drugim trymestrze.

Agata Szczerbiak

Co zrobiono z tym w Poznaniu? Odwrotnie niż we Wrocławiu, inscenizacja jest bardzo prosta i oszczędna, bez wydziwiania, muzycznie natomiast rzecz pozostawia wiele do życzenia. Will Crutchfield, który w zasadzie jest korepetytorem, nie dyrygentem, prowadził całość jak buchalter, a nie jak znawca belcanta, co spowodowało liczne rozchodzenia się śpiewaków z orkiestrą oraz sztywniactwo orkiestrowego grania. Soliści mieli osobne kłopoty – każdy inne. W tytułowe roli wystąpiła dziś Karina Skrzeszewska, która ma prezencję, ale niestety nie panuje nad głosem – często odchodziły przykre fałsze. Podobny był przypadek tenora Sang-Jun Lee w roli „Lejczestera” (amanta o głowę niższego od ukochanej). Drugą centralną postać kobiecą, królowej Elżbiety, grała pani Barbara Kubiak – pełen szacun, ale głos chwilami jednak zmęczony. Choć siły dramatycznej jej nie brakowało. W sumie najmniej można było zarzucić rolom pobocznym – Annie (Magdalena Wilczyńska) czy Talbotowi (Rafał Korpik). Ale niedużo mieli śpiewania.

W sumie smutno – próbuje się przywracać naszym scenom belcanto, jednak, że tak powiem, nie bardzo jest kim. Z głosów z wczorajszej publiczności wynika, że jedna p. Woś, co było do przewidzenia, sprostała swojej roli. Ale to trochę mało.

Udostępnij
Wyślij emailem
Drukuj