Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Co w duszy gra - Blog muzyczny Doroty Szwarcman Co w duszy gra - Blog muzyczny Doroty Szwarcman Co w duszy gra - Blog muzyczny Doroty Szwarcman

30.08.2018
czwartek

Noc czarna wokół nas

30 sierpnia 2018, czwartek,

Co roku pod koniec sierpnia Łódź obchodzi rocznicę wywiezienia Żydów z getta łódzkiego – Litzmannstadt, ze stacji Radegast, do obozów zagłady. Przyjeżdżają ostatni ocaleńcy i ich rodziny; byli i na tym koncercie.

W łódzkim Teatrze Nowym Jarosław Bester, twórca i szef Bester Quartet, przedstawił program Sygnowano Bajgelman. Get To Tango, złożony z własnych opracowań piosenek Dawida Bajgelmana, wybitnej postaci getta łódzkiego, ale najpierw scen nie tylko łódzkich. Pomysłodawcą tego projektu był Miron Zajfert, organizator warszawskiego festiwalu Nowa Muzyka Żydowska.

Bajgelman pochodził z rodziny, którą można by nazwać miejskim odpowiednikiem rodów klezmerskich: był synem muzyka, a muzykami było też jego liczne rodzeństwo. Był bardzo pracowity i wszechstronny, a przy tym utalentowany. Grał w Łódzkiej Orkiestrze Symfonicznej, dyrygował taperującymi zespołami, sam też tworzył operetki (w języku jidysz) i muzykę teatralną, z której najsłynniejsza była ta do Dybuka. Związany był z licznymi teatrami w Warszawie i Łodzi; bywało, że współpracował przy opracowywaniu muzyki teatralnej z Samuelem Wajnbergiem, ojcem Mieczysława. Bywał też krytykiem muzycznym. Pisał piosenki, tanga, fokstroty itp., które stawały się modne i bywały wykonywane przez takie gwiazdy jak Wiera Gran czy Adam Aston. Głównie powstawały one dla teatru Ararat, a teksty do nich pisał wybitny poeta Mosze Broderson.

Gdy Bajgelman trafił do getta łódzkiego, nie zmniejszył aktywności. Stworzył orkiestrę symfoniczną, dawał koncerty i dalej pisał piosenki, które natychmiast nucili wszyscy. W końcu, tak jak wszyscy, został wywieziony ze stacji Radegast do Auschwitz, stamtąd trafił do Gliwic, gdzie został zamordowany w wieku 56 lat.

Bester z kolegami wziął na warsztat zarówno przedwojenne pieśni i tanga Bajgelmana, jak i wojenne. Współpracowali muzycy z jego zespołu – skrzypek Dawid Lubowicz, perkusista Oleg Dyyak i basista Maciej Adamczyk. Doproszeni zostali wiolonczelistka Magda Pluta i trębacz Tomasz Ziętek, a także trójka gwiazd wokalistyki: Dorota Miśkiewicz, Grażyna Auguścik i Jorgos Skolias – wszyscy z umiejętnościami i upodobaniem do scatowania, czyli improwizowania na dowolnych sylabach, co często robili. Śpiewali zarówno w jidysz, jak po polsku. Charakterystyczne, że wymienione w tytule koncertu tanga, a było ich kilka, zostały wystylizowane z grubsza na Piazzollę. Ale były i piosenki złodziejskie (Ich ganwe in der nacht – kradnę w nocy), i opowiadające o życiu żydowskich robotników (Jidn szmidn – Żydzi kują). No i przejmujące kołysanki z getta, których Chaim Rumkowski zabraniał śpiewać, a które i tak śpiewano. Ostatnia, którą zaśpiewali wszyscy, to Mach cu di ejgelech (zamknij oczka), wyraz bezradności w obliczu czegoś strasznego. „Bóg zamknął jasny świat, noc ciemna wokół nas (…) stoimy razem tu w krainie złego snu…”.

Program jest zdecydowanie wart powtarzania: piosenki Bajgelmana, w sumie dość proste i melodyjne, mają potencjał, śpiewają je znakomici wokaliści jazzowi, grają świetni muzycy. Publiczność była wzruszona. Miejmy nadzieję, że ten program będzie miał swoje dalsze życie.

Kategorie:

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 23

Dodaj komentarz »
  1. Wielkie na pustki PK czyni w teatrzyku naszym, tym odejściem swoim, ale rozumiemy, rozumiemy, w końcu się przecież nie rozerwie… Poza tym – czekamy.
    Wczoraj Bajewa – boska! Okazuje się że Karłowicz napisał DWA koncerty skrzypcowe, dwa zupełnie inne utwory: na Festiwalu wykonano OBA, ale wczoraj zabrzmiał ten naprawdę piękny, pełen życia i werwy, a nawet wdzięku.
    I – to jest dopiero! – Symfonia „Polonia” Padera podobała się nawet… ścichapękowi (ale to bezpośrednio après, teraz, jak się przespał, tu może już mu wychłódło?), znanemu powszechnie z niechęci do wszelkich patetycznych tramtadarracji. No, ale rzeczywiście: grali to porywająco nawet. W maju wersję skróconą własnym ołówkiem dyrygował w FN Maksymiuk (to wtedy Awdiejewa tak pięknie grała „Fantazję polską”), wówczas to w zasadzie przespałem -a tutaj, bynajmniej! Symfonia ta jest jednak bardzo eklektyczna i łączy zupełnie, wydawałoby się, nie przystające do siebie wpływy w całkiem zgrabną całość. Niestety, w związku z tym miałem wizję całkowicie innego „planu programowego”, niż ten przyjmowany. A mianowicie:
    w pierwszej części Richard Strauss zaleca się żarliwie do Piotra Czajkowskiego i prosi go o rękę, po wielu perypetiach i odmowach dochodzi w samym końcu do ślubu, co uwidocznione jest przez partię organów. W drugiej części małżeństwo to adoptuje dziecko, polskiego chłopczyka Jasia Ignasia, który jednak od początku sprawia wielkie kłopoty wychowawcze, instynktownie wyczuwając, że rodzice adopcyjni z mocarstw zaborczych, choć pozornie czuli i majętni, to jednak nic dobrego. W dodatku chłopak chce ulegać ich wpływom, a instynktownie wyczuwa, że nie powinien, co stanowi oś wewnętrznego konfliktu. W części tej panuje atmosfera smutku i przygnębienia – ilustruje to beznadziejne nocne rozmowy Richarda i Piotra w łóżku, gdzie omawiają owe coraz bardziej uwidoczniające się problemy i wynikające z nich zgryzoty TUDZIEŻ niebezpieczeństwa. Finał natomiast jest obrazem dzikiego buntu Jasia Ignasia, który wkroczywszy w wiek pokwitania nie tylko pokrywa się pryszczami, ale też staje okoniem. Nic nie daje to, że Piotr Ilicz wytacza najcięższe działa, nawet przywołane w całej krasie figuracje z „Uwertury Rok 1812” nie działają… To nie skutkuje, podobnie jak wszystkie instrumentacyjne sztuczki Richarda, a nawet boskie harmonie dziadunia Richarda Seniora (Wagnera). Krnąbrny chłopak nie tylko miota się i używa bezczelnie wszystkich zabranych przyszywanej rodzinie zabawek (czyli instrumentów), nie tylko śpiewa różne zakazane piosenki, to jeszcze śpiewa je tak, że nie do końca można się przyczepić, bo tematy są zakamuflowane. Jedna z nich jest – wierzcie lub nie – nawiązaniem do Warszawianki 1905, o czym dziś woli się nie przypominać, choć przecież Elgar użył jej in extenso w swojej „Polonii”, której już dziś będziemy słuchać. Zresztą „Polonia” Wagnera też pierwszy raz w moich uszach zabrzmiała jak trzeba (dotąd znałem ją z nagrań trzeciorzędnych orkiestr). Jak ktoś ma ochotę, to sobie może posłuchać co nieco o tych wszystkich zagranicznych „Poloniach” tutaj:

    https://www.polskieradio.pl/8/370/Artykul/1919384,Duza-czarna-11-listopada-godz-1300

    Trochę mnie już ten patriotyczny patos zabija, więc wczoraj po drodze do TWON z góry zaaplikowałem sobie odtrutkę, szedłem zerkając na ekranik smartfona i słaniając się ze śmiechu (przedtem, ze względu na nieprawdopodobną okładkę kupiłem winyl z nagraniami tej wokalistki (?) i zaraz wyszukałem filmiki w Internecie). Jeśli cenicie sobie dobry gust, jeśli nie chcecie brukać swego wewnętrznego sanktuarium – OSTRZEGAM i ZAKLINAM: pod żadnym pozorem, na Boga, NIE OGLĄDAJCIE!!!:

    https://www.youtube.com/watch?v=Z6D_ngfB6N8&t=2267s

  2. No śmieszny czysty żywy kamp, ale żeby od razu winyl kupować? 😯
    Bardzo mi się podoba opis Polonii – chyba się od niego nie odczepię przy kolejnym słuchaniu…
    Dziś już wracam na łono 🙂

  3. Ja po prostu zbieram winyle o kampowych i kiczowatych okładkach :-)Ten mi w oko wpadła od razu:
    http://queermusicheritage.com/drag-aspinall.html

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. Zdziwiłam się wczoraj wieczorem, że nikt nie zachwycił się Baevą.
    Ja tak.
    Siedziałam z nosem pod sceną, oglądałam buty i nogi.
    Nie tylko ja byłam zaskoczona, że dosyć oddalone rzędy znalazły się pod samą sceną/
    Ale za to napatrzyłam się do woli na panią Alenę. 🙂

    Paderewski usprawiedliwiony. 😀

  6. Miejscami dziełsko Padre Rewskiego 😉 (jest w końcu jednym z ojców niepodległości) istotnie sympatyczne i dość ciekawe, zwłaszcza w trzeciej części – jeśli nawet końcówka trochę psuje efekt.
    A tych, co mniej lub bardziej udatnie żenili Czajkowskiego z Wagnerem i wagnerystami, było wtedy znaaacznie więcej…

    Alona super, żeby nie powiedzieć hiper 🙂 I jeszcze ten „Kaprys polski” Bacewiczówny na bis, bomba!

  7. A jak ktoś siedział dalej od mt7 i w związku z tym niedostatecznie się napatrzył na piękną i znakomitą (czy tam odwrotnie) wiolinistkę – kolejna okazja pod koniec września w Korngoldzie 😀

  8. Ponieważ główny post PK dotyczył muzyki czasu, kiedy świat zalewała ciemność, to nie mogę napisać tego, co poniżej.
    Jest bowiem jeden „polski” utwór kompozytora obcego, którego w Polsce chyba się nigdy nie wykona. W utworze tym zresztą kumuluje się wiele tropów, w tym takie, o których większość chciałaby po prostu zapomnieć, nikt broń Boże nie chce pisać, a zwłaszcza już w Krakowie mieście.
    Ów utwór to „Krakauer Begrüßung” Hansa Pfitznera. Czyli „Krakowskie pozdrowienie”, lub, jak tłumaczono na polski w momencie prawykonania „Krakowskie powitanie”.
    Utwór został napisany na zamówienie Hansa Franka, krwawego zarządcy Generalnej Gubernii, „Króla Polski”, rezydującego na Wawelu (gdzie wzniósł skrzydło zamku dziś zajmowane przez jego dyrekcję). Pfitzner, zapalony nazista, był z Frankiem zaprzyjaźniony, jak wiadomo zabawiali się wspaniale, z kochanką Franka, niejaką Elisabeth Schwarzkopf, znaną też niektórym jako całkiem zdolna sopranistka. Sxchchwarzkopf jak wiadomo pod koniec wojny znalazła schronienie w ślicznym domku w Attersee, w Alpach Austriackich, który całkiem przypadkowo dzieliła z rodziną Kajetana Mühlmanna, czyli głównego specjalisty Franka od rabunku dzieł sztuki w Polsce. Dodajmy, ze pierwszą żoną Mühlmanna była Poldi Woytek, graficzka, autorka m. in. okładki czasopisma „Kunst im III Reuich”, ale rzucił ją podczas wojny. Całe towarzystwo było związane z Salzburgiem, z Festspiele etc.
    W końcu 1944 r. Götterdämmerung rozkręcił się na całego, ale Frank i jego towarzystwo nie spuszczało z tonu. I oto w niedzielę 3 grudnia, kilka tygodni przed zajęciem Krakowa przez Armię Czerwoną, w Filharmonii, czyli w Kinie „Urania”, Orkiestra Filharmoniczna Generalnej Guberni wykonała homage Pfitznera dla przyjaciela. Pfitzner napisał utwór niedługi (6 minut), ale potraktował go poważnie, nadał mu numer opusowy (op.54).
    Dzieło zaczyna się od fanfary granej przez pełną blachę, ale potem przechodzi do nastroju lirycznego (smyczki), gdzie Pfitzner nadał muzyce rytm słów „eccola basta” (już dosyć). Tak właśnie Frank zwykł mówić, gdy wręczał swoim gościom prezenty. A tu sam dostał prezencik! Potem zaś idzie… melancholijny polonez (bodaj w fis-moll). Wzruszające, doprawdy. Frank też się wzruszył i następnego dnia dostał od niego Pfitzner 10.000 marek, a także 100 butelek wina oraz szampana najlepszej jakości.
    Lae to eccola basta, ma też oczywiście inne, jakże melancholijne znaczenie: złoty okres na Wawelu się kończył, trzeba było zaraz pakować Leonardy, Rafaele i zmykać.
    Ale clou jest jeszcze inne. Otóż, jak wiadomo, a o czym nie lubimy, zwłaszcza w Krakowie pamiętać, Orkiestra Filharmoniczna Generalnej Guberni, to był bardzo dobry zespół, złożony z aryjskiej części najlepszych orkiestr II RP (z wyjątkami, ma się rozumieć). Prowadził go, jak wiemy, Hans Swarowski, „król walca wiedeńskiego” doby powojennej i bardzo dobry skrzypek ponadto. W Krakowie koncerty były zazwyczaj powtarzane – jeden był dla publiczności niemieckiej, a drugi dla Polaków. Pod koniec wojny zagrano dla tych ostatnich na przykład sceniczną „Halkę”, tak, tak. I Krakowianie na koncerciki chodzili, to nie była w końcu Warszawa.
    Tak więc w sobotę 2 grudnia 1944 r. to „Krakauer Begrüßung” wykonano na uroczystym koncercie w obecności Franka. Zadyrygował Swarowski, ale po wielkich owacjach da capo jeszcze raz utwór zabrzmiał, przy czym wówczas batutę przejął sam Pfitzner.
    Co było dalej wiemy z gadzinówek, na przykład „Gońca Krakowskiego”. Otóż w niedzielę, 3 grudnia koncert został powtórzony dla Polaków o godzinie 10:30.
    Program przedstawiał się tak:
    Moniuszko: Uwertura „Bajka”
    Haydn, Koncert wiolonczelowy D-dur
    Pfitzner „Krakowski powitanie”
    Beethoven, 7 Symfonia.
    W koncercie Haydna solistą był najlepszy wiolonczelista (po prostu genialny wiolonczelista, dodajmy) wśród nazistów, Ludwik Hoelscher (członek NSDAP od 1 maja 1937 r). Zaraz potem, o godzinie 15:30 w „Sali błękitnej” tejże Filharmonii odbył się recital Haliny Czerny-Stefańskiej oraz prof. Ludwika Stefańskiego. Nie wiem co grali, niestety.W następnuy weekend dano „Orfeusza” Glucka. W ogóle w tych ostatnich dniach niemieckiego Krakowa pełno koncertów było, Niemcy „gdy śmierć u dupy” nagle pozwalali niemal na wszystko, Polacy grali Chopina, Żeleńskiego, śpiewali Moniuszkę.
    W tym czasie w Auschwitz, niedaleko od Krakowa, „robota” jeszcze idzie już nie pełną parą, ale to jeszcze przed marszami śmierci.
    Firma płytowa CPO wydała nagrania wszystkich literalnie utworów symfonicznych Pfitznera, jednak z jedynym wyjątkiem – bez „Krakauer Begrüßung”. Partytura jednak się zachowała. Dopiero w 2013 Hans-Pfitzner-Gesellschaft doprowadziło do publikacji partytury. Każdy może sobie ją kupić za 16 euro plus koszty wysyłki. Ale czy ktoś się to odważy gdzieś wykonać?

  9. Cóż za niesamowita historia…

  10. Jeszcze drobiażdżek do wcześniejszego komentarza: jak już transkrybować imię Bajewej (Baevej) po naszemu – do czego mam dziwną skłonność w tym zalewie inglisza – to jednak na Alionę (Алёна), nie Alonę; podobnie zresztą mamy w nazwisku Pletniowa.

  11. @Pianofilu,

    Hans Frank zakupił nawet fortepian Chopina (tj. Schoppinga), a nie był to przecież kompozytor krakowski 😉
    http://wyborcza.pl/duzyformat/1,127290,7867801,Fortepian_Schoppinga.html

    Że „w mieście Krakowie nie chce się pamiętać”…Prawdę mówiąc, trochę to już zdarte. Jak i inne zwyczajowe prztyczki moralne (z przymrużeniem oka, ma się rozumieć). Jak mawiał pewien instruktor jazdy, liczy się efekt…

    Bardzo ciekawy blog o „niemieckim Krakowie” i narodowosocjalistycznych wizjach jego rozwoju.
    https://niemieckikrakowblog.wordpress.com/

    Należy jednak pamiętać, że, obok Holocaustu (obóz w Płaszowie), kilka tys. ludzi straciło życie na innych „zasadach”, w podkrakowskich okolicznościach przyrody. Sanatorium to nie było. „Robota” szła zupełnie blisko. I to jeszcze 15 stycznia 1945 r., jak na krakowskim Dąbiu.

    A tutaj – obok filmów z czasu wojny – niezwykle interesujący zapis przejazdu po Kazimierzu i Podgórzu z 1979 r. (mówią Dr Wiener i Claude Lanzmann).
    https://www.facebook.com/krakow.ciekawostki.tajemnice.stare.zdjecia/videos/2051315338466534/

    Bardzo ciekawe wpisy na blogu. Pozdrawiam wszystkich.

  12. Dzięki, lisku, za Bajgelmana. Pierwsza z piosenek znalazła się w programie. Wykonawczynię drugiej, Sarę Gorby, sprzed lat z przepięknej płyty z piosenkami sefardyjskimi. Tylko gitara i glos.

  13. Wycofuję się czym prędzej z transkrypcyjnej autopoprawki z 16:16, bo sprawdziłem dokładniej, że ostatnio wcale jednak tego nie zmieniono: Алёна to po naszemu wciąż Alona. Czyli poprzednio napisałem dobrze.
    A cosik o dzisiejszej muzyce na ChiJE to już pewnie pod nowym wpisem…

  14. 《Firma płytowa CPO wydała nagrania wszystkich literalnie utworów symfonicznych Pfitznera, jednak z jedynym wyjątkiem – bez „Krakauer Begrüßung”.》

    Patrząc z perspektywy panującego w Polsce klimatu politycznego (a właściwie polityczno-historycznego) autentycznie się wzruszyłam, że nieznana mi niemiecka firma płytowa wykazała tyle taktu, wrażliwości i wiedzy historycznej. Dobrze czasem sobie uptrzytomnić, że są jeszcze na świecie miejsca i środowiska, gdzie nie rządzi zajadlość i resentyment…

  15. Dzień dobry
    Zajrzałem tutaj wiedziony ciekawością co też napisze pani Dorota o środowym koncercie, jednak z kontekstu wnioskuję, że nie była Pani obecna.
    Czekałem na ten koncert, zwłaszcza na koncert Karłowicza w wykonaniu Bajewej z niecierpliwością…
    Niestety! Nie moge się zgodzić z wyżej zamieszona opinią wychwalająca to wykonanie!
    Najlepiej wypadła w części drugiej, chociaż nie tylko ja zwróciłem uwagę, że nie wykorzystała możliwości wyciągnięcia pięknych, długich dźwięków wspaniałych romantycznych melodii…Pierwsza część też bardzo dobra.
    Ale w końcu rozszalała się częśc trzecia. Z trwogą wbijałem paznokcie w oparcie fotela oczekując z każda chwilą katastofy totalnej…
    Na szczęscie nie nastąpiła…
    Bajewa jest jedną z najlepiej wyszkolonych technicznie skrzypaczek na świecie. Jednak z najwyzszym trudem ścigała palcami rozpędzonego nieprzytomnie dyrygenta, który – jak mi się zdaje – chciał wygrac jakis zakład, że zagra koncert Karłowicza najszybciej na świecie.
    W niektórych momentach odnosiłem wrażenie, że skrzypaczka trafia w co drugą nutę w najszybszych momentach. Conajmniej kilka razy rozjechała się z orkiestrą, która też nie do końca była w stanie zagrać synchronicznie z dyrygentem.
    Mam naprawdę najwyższe uznanie dla rosyjskiej skrzypaczki, że w ogóle dała radę z tego wybrnąć, ale to była okropne wykonanie. Mam wrażenie, że z winy dyrygenta, który narzucił straszliwe tempo.

    Tu mi sie przypomniał fragment filmu-wywiadu z Wanda Wiłkomirską, która opowiadała o swoich przezyciach z Bernsteinem i koncertem Czajkowskiego, w którym dyrygent narzucił jakieś nieprawdopodobne tempo. Opowiadała to mniej więcej tak: „jakoś ‚wyrobiłam’ to wszystko, ale po koncercie podeszłam do niego i spytałam: maestro, czy to nie było za szybko? A on na to: za szybko? dla kogo? dla ciebie?
    – nie, nie dla mnie! Dla Czajkowskiego!”
    I juz nigdy więcej z Bernsteinem nie zagrała…
    Pozostaje mieć nadzieję, że również pan Nowak nie będzie grać w takim tempie Karłowicza, który napisał jeden z najpiękniejszych koncertów romantycznych na skrzypce i orkiestrę. Ale trzeba umieć to piękno z tego koncertu wydobyć. Trzeba to smakować a nie ścigać się z czasem.

  16. Rozpisałem się o Karłowiczu, bo to dla mnie było najwązniejsze.
    Co do pozostałych utworów:
    Polonia Wagnera – nie znałem tego, a Wagnera nie lubię. Dla mnie zbyt nadęty i pompatyczny na ogół. A tu, proszę! Miłe zaskoczenie. Polonia to piękny utwór i naprawdę w polskim duchu. Słuchałem z przyjemnością. Kto wie, może teraz lepiej nastawionym uchem posłucham i innych jego utworów…
    Za to Polonia mistrza Paderewskiego to dzieło straszliwie cieżkie. Może takie miało być w zamyśle kompozytora. Z najwyższym trudem dotrwałem do końca, który, jak mi się z nadzieją zdawało, zbliżał się conajmniej pięciokrotnie, ale jakoś snuło się to dalej, bez początku, bez treści i bez zakończenia. Co jakiś czas zaniepokojeni słuchacze poruszali się znienacka budzeni z drzemki groźnie szeleszczącą blachą o wymiarach namiotu…
    No cóż… Paderewski był człowiekiem bardzo poważnym, jak mi się zdaje, czul ciężar odpowiedzialności za kraj, naród i przyszłość i chyba go to poczucie odpowiedzialności zbytnio przygniotło. Duch optymizmu w tym dziele pojawiał się kilka razy, jakoś na krótko, nieśmiało i natychmiast zamierał pod groźnym dudnieniem odgłosów zawieruchy dziejowej.
    Kątem oka widziałem, że mniej odporni psychicznie słuchacze chyłkiem, prawie biegiem opuszczali salę juz mniej więcej od połowy tego monumentalnego w sensie dźwiękowym dzieła.

  17. Jeszcze a propos tej wystawy chopinowskiej w 1943 r. i planowanego Muzeum Chopina w Krakowie…

    http://www.zabytkimuzyczne.uj.edu.pl/index.php/ct-menu-item-18

  18. O rany, nie mogę tego nie wrzucić…

    https://youtu.be/Iajt6YLuOwE

  19. No i znów mogę tylko powiedzieć: cóż za niesamowita historia. Pianistka świetna…

  20. Kontynuując, bo niezwykle mnie to pasjonuje, a Pani Kierowniczka przecież od kontekstu historycznego nie stroni. Do tego rzecz jest niemal nieznana, całkiem niesłusznie.

    Dalsze losy Ludmiły Berkwitz, wg „Wirtualny Sztetl”:
    „W czasie wojny, dzięki pomocy przyjaciół, opuściła Polskę i z fałszywymi dokumentami wyjechała do Essen. Tam na skutek denuncjacji została zatrzymana i wysłana do pracy w fabryce amunicji. Po wyzwoleniu przez Amerykanów w 1945 r. najpierw pracowała jako tłumacz, a potem grała w kasynie oficerskim. Następnie w 1947 r. dzięki pomocy wyjechała do Stanów Zjednoczonych, gdzie próbowała kontynuować karierę. Pracowała jako nauczycielka fortepianu m.in. w Juilliard School of Music, jednocześnie koncertując. Podczas jednego z koncertów w Nowym Jorku wykonała wszystkie 24 etiudy Chopina.”

    Po nitce do kłębka, dwa artykuły z zaanonsowanego wyżej bloga…

    Fotoreportaż z Filharmonii Generalnego Gubernatorstwa:
    https://niemieckikrakowblog.wordpress.com/2018/02/22/fotoreportaz-z-filharmonii-generalnego-gubernatorstwa/

    Słowo dyrygenta Hansa Rohr’a o działalności Filharmonii Generalnego Gubernatorstwa:
    https://niemieckikrakowblog.wordpress.com/2018/02/22/slowo-dyrygenta-hansa-rohra-o-filharmonii-generalnego-gubernatorstwa/

    Co tu dużo mówić, mnie takie niejednoznaczne historie zupełnie „rozwalają”. Widać też, że autor przyłożył się rzetelnie, korzystając z kilku archiwów i publikatorów z czasu GG. Zastanawiające, że takie historie wypływają do domeny publicznej dopiero teraz, prawda?

    Nasuwa się pytanie, czy taka optyka ma w Polsce jakąś rację bytu. Mam co do tego duże wątpliwości. To jest tak politycznie niepoprawne…Łamie tyle schematów i ni w ząb nie pasuje do obowiązującej historycznej narracji. Mam wrażenie, że nie tylko obecnego obozu rządowego. Wszak „tylko świnie siedzą w kinie”, a co dopiero mówić o graniu w filharmonii GG.

    Ja takiego moralizatorskiego filtra jestem pozbawiony. W granicach rozsądku oczywiście, nie zapominając o panujących ówcześnie realiach (kilkaset metrów od Wawelu jest Kazimierz, a po drugiej stronie Wisły Podgórze, gdzie znajdowało się Getto). Mimo wszystko, zniuansowany obraz jest o wiele bardziej interesujący, niż przyjęcie za fakt, że wszyscy hitlerowcy byli diabłami wcielonymi. Cytat:
    „Hans Rohr był podobno wielkim przyjacielem Polaków, pomagał muzykom finansowo i wydostawał z obozów ich rodziny. Po jego niespodziewanej śmierci na początku 1941 rozeszła się pogłoska, że za tą działalność został przez hitlerowców otruty… Jego następcy również filharmonikom krzywdy nie zrobili, nie usunęli z zespołu słabszych muzyków, a legitymacji pracowniczych dla chórzystów, zapewniających ludziom nieco spokojniejszy byt, wydawano dwukrotnie więcej niż było rzeczywiście zatrudnionych śpiewaków. Nie mogło się to dziać bez wiedzy szefa zespołu.”

    W końcu, nie ma powodu wątpić, że była to po prostu bardzo dobra orkiestra. Może zatem należy im się jakaś pamięć, wziąwszy pod uwagę warunki, w jakich działali.

    Nawiązując jeszcze do poprzedniego wątku, w Krakowie podczas wojny była Chopin Str. W niemieckiej dzielnicy. Za to przemianowano sąsiednie ul. Szymanowskiego i Karłowicza. Mam nawet przyjemność zamieszkiwać przy ul. Chopina. Tuż za granicą owej niemieckiej strefy zamieszkania.

    P.S. „Schopping” był raczej wątkiem pobocznym. Być może zaistniał na fali pierwszego nazistowskiego entuzjazmu…

  21. A tu 6 sierpnia 1944 r., tzw. „Czarna Niedziela”, po wybuchu Powstania Warszawskiego…

    https://youtu.be/MxIFNan6ID0

  22. Dzięki, bardzo ciekawe…

css.php