Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Co w duszy gra - Blog muzyczny Doroty Szwarcman Co w duszy gra - Blog muzyczny Doroty Szwarcman Co w duszy gra - Blog muzyczny Doroty Szwarcman

27.01.2019
niedziela

Wajnberg na stradach

27 stycznia 2019, niedziela,

Dni Wajnberga w NOSPR zakończyły się koncertem kameralnym. To bardzo w wajnbergowskim duchu – kompozytor często kończył swoje utwory cicho i w skupieniu.

Głównymi bohaterami wieczoru był niemiecki skrzypek Linus Roth i argentyński pianista Jose Gallardo. Ten pierwszy jest bardzo dla muzyki Wajnberga zasłużoną postacią: nagrał chyba już wszystkie jego utwory ze skrzypcami w roli głównej, a ponadto jest współzałożycielem towarzystwa imienia kompozytora. W tym roku gra Wajnberga w różnych krajach. Nawiasem mówiąc zabawnie wyszło z tą rocznicą. Sama gdzieś (np. w polskiej Wiki i na culture.pl) przeczytałam datę urodzenia 12 stycznia 1919 r., tę samą datę wypowiedział też omawiając program z tydzień temu Marcin Majchrowski, ale poprawiono go, że prawdziwa data to 8 grudnia 1919 r. Tak jest też w Wiki w innych językach. Dla pewności więc kolega Majchrowski sprawdził u autorki książki o kompozytorze Danuty Gwizdalanki i okazało się, że owszem, 8 grudnia, ale 1918 r. Tak więc stulecie rzeczywiście już minęło! No, ale tak wspaniałej muzyki nigdy dość.

Muzyka skrzypcowo-fortepianowa jest bardzo intymna, Wajnberg napisał sześć sonat na ten skład, a my usłyszeliśmy pierwszą z 1943 r. i czwartą z 1947 r. W sumie i tym razem dominowały w programie lata wojny (i zaraz po), bardzo wymownie odbijającej się w muzyce. Pomiędzy te sonaty wstawiona została niedawno odnaleziona niedokończona sonata Szostakowicza, a dokładniej rzecz biorąc fragment części powolnej – trudno powiedzieć, czy to miała być część pierwsza, czy późniejsza. Muzyka bardzo mocna, która niestety urywa się w dążeniu do kulminacji.

Inny odcień przyniosła Sonata na dwoje skrzypiec Wajnberga – późniejsza, z 1959 r., w której do Rotha dołączył Janusz Wawrowski ze swoim „nowym” stradivariusem (Roth też gra na stradzie). Trzeba powiedzieć, że ten instrument „sam niesie” – brzmi pięknie. Utwór ciekawy, w pierwszej części pełen bachowskich imitacji, później jednak oddalający się od inspiracji barokowych.

Zamykająca koncert Rapsodia na tematy mołdawskie, znów w wykonaniu Rotha i Gallardo, chyba jeden z najbardziej znanych utworów Wajnberga, powinna się raczej nazywać żydowsko-bałkańską – przypomina o kiszyniowskich korzeniach rodziny kompozytora. W 1949 r. już zapewne wiedział, że jego rodzina zginęła, było to już także po zamordowaniu jego teścia, wielkiego aktora Solomona Michoelsa. Jest to więc coś na kształt pogodnego epitafium. Ale ta pogoda zachowana została w bisie, w którym znów dołączył Wawrowski – dwóch drobiażdżkach Szostakowicza.

Tak więc Dni Wajnberga w NOSPR się skończyły, co nie znaczy, że nie będzie się go tu już wykonywać. Choćby Kwartet Śląski cały sezon swoich koncertów poświęcił tematowi Wajnberg w Polsce. A w kwietniu przed orkiestrą stanie jej dawny szef Gabriel Chmura, który zadyryguje V Symfonią (na tym samym koncercie wystąpi Nicolas Altstedt z II Koncertem wiolonczelowym Szostakowicza).

A Linus Roth pojawi się w Warszawie w połowie lutego w Muzeum Polin.

Kategorie:

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 2

Dodaj komentarz »
  1. Fajnie się młodzież wczuwa 🙂
    Dzień dobry!
    Ja zajęta bieżączką, a to opracowywaniem wywiadu z laureatem Paszportu, a to szykowaniem się do następnego tekstu, a jednocześnie następnego wyjazdu. Jutro wybieram się do Krakowa na Opera Rara (pierwsze dwa dni), a stamtąd jeszcze do Łodzi na prapremierę nowej opery Człowiek z Manufaktury Rafala Janiaka.
    Wczoraj byłam na ciekawym koncercie, nawet myślałam, żeby zrobić wpis, ale jakoś padłam. Muzycy z Wiednia – skrzypek Johannes Fleischmann i pianistka Magda Amaro – grali muzykę twórców z Wiednia: Ericha Wolfganga Korngolda i Ericha Zeisla. Ten drugi (o którym w ogóle nie miałam pojęcia) był młodszym kolegą tego pierwszego i podobnie jak Korngold, uciekłszy przed Hitlerem do USA, próbował swoich sił w Hollywood, niestety z mniejszym powodzeniem, choć i parę znanych filmów miał na swoim koncie, np. Listonosz dzwoni zawsze dwa razy. Zmarł przedwcześnie. Reprezentowany był na koncercie utworem Brandeis Sonata, napisanym w Brandeis Camp Institute, gdzie był kompozytorem-rezydentem. Ciekawostka – ten melodyjny, nostalgiczny utwór został zadedykowany Aleksandrowi Tansmanowi.
    Zabrzmiały też dwa utwory Korngolda, jeszcze z wieku szczenięcego, wiedeńskiego: Suita z muzyki teatralnej do Wiele hałasu o nic Szekspira i Sonata op. 6, bardzo rozbudowana i poważna, zapowiadająca już operę Die Tote Stadt. Z tej opery był bis – pieśń Marietty.

css.php