Hrabina-galerianka

W drugiej swojej moniuszkowskiej realizacji, po skrajnie „po bożemu” zrobionym pięć lat temu Strasznym dworze w łódzkim Teatrze Wielkim, Krystyna Janda „nawróciła się” na Regietheater. Ma to swoje lepsze i gorsze strony.

Pierwsze dwa akty Hrabiny w Operze Bałtyckiej rozgrywają się w całkowicie współczesnej galerii handlowej. Ma to tyle wspólnego z treścią, że głównym zainteresowaniem tytułowej bohaterki są ciuchy, o nich śpiewa i je prezentuje, a zwrot akcji następuje, gdy zakochany w niej Kazimierz przydeptuje i niszczy jej strojną suknię. W tle jest też blichtr warszawskiej socjety, snobizm i zabawa.

Galeria oddana jest przez autorów scenografii i multimediów w ten sposób, że po obu stronach sceny znajdują się świecące schody przypominające te ruchome galeriowe, a w tle widzimy nieustannie poruszające się projekcje stworzone ze sfilmowanych obrazów wnętrza galerii, jednak przekształcanych w taki sposób, że powstają z nich obrazy abstrakcyjne, jak w kalejdoskopie. Tłem są też postaci z chóru, które kłębią się po scenie poprzebierane w fikuśne, głównie czarno-białe stroje, paradujące z torbami zakupowymi czy nawet z kijkiem do selfie. Kontrastuje tu image’em Hrabina, ubierana wyłącznie w czerwone stroje. Tu drobny zgrzyt: te stroje są kiczowate, a i sama Hrabina nie sprawia wrażenia pięknej heroiny, którą szczerze wielbi Kazimierz – aż trudno w to uczucie uwierzyć (choć wykonująca tę rolę Monika Świostek ma naprawdę ładny głos).

W tej sytuacji najciekawszym momentem stają się tańce w II akcie w choreografii Emila Wesołowskiego, w całkowicie już pstrych kostiumach. Co więcej, i Moniuszko wykazuje w całej tej sekwencji niemałe poczucie humoru: taniec Zefira i Flory jest z ducha mozartowsko-rossiniowski, wejście Neptuna nawiązuje wręcz do Lohengrina (prześmieszne są syrenki machające ogonami), a potem mamy jeszcze walczyk tyrolski. Kompozytor bawi się zmienną stylistyką, ale też dużo w tej operze polskości i tak sobie myślałam, że jednak gdy mógł być polski, od razu bywało lepiej, bo pojawiało się wtedy w tej muzyce coś więcej niż konwencja.

Powracając do strony wizualno-teatralnej, w akcie III mamy całkowitą zmianę – całą scenę wypełnioną łanami maków, których czerwień aż bije po oczach. Rzecz bowiem dzieje się na wsi, gdzie mieszka Chorąży i jego wnuczka Bronia i gdzie powraca Kazimierz, a za nim nadciąga Hrabina, która chce się z nim pogodzić – ale już za późno, bo ten już zwraca się w stronę zakochanej w nim od dawna Broni.

Od strony wokalnej jest nieźle – ujmuje zwłaszcza Kazimierz (Łukasz Załęski), Bronia (Katarzyna Nowosad) i Dzidzi, adorator Hrabiny, pełniący też role wodzireja (Rafał Żurek). Popisową, koloraturową arią wyróżnia się też w scenie balu Panna Ewa – Joanna Moskowicz. Orkiestra pod batutą Moniki Wolińskiej sprawia wrażenie jeszcze dość rozproszonej, co biorę na karb premiery.

Polskie Radio zamierza na jesieni nagrać Hrabinę, zapraszając kilkoro z tych właśnie solistów. I dobrze. Dziwię się, że to dzieło jest tak rzadko grywane, bo w przeciwieństwie do Parii ma wyraziste moniuszkowskie oblicze, kompozytor jest tu po prostu sobą.