Konkurs im. Pendereckiego – zamiana miejsc

Kolejna edycja konkursu przy NDI Sopot Classic przyniosła zamianę laureatów. Dwa lata temu wygrał Andrzej Ojczenasz, a drugie miejsce zajął Krystian Neścior. W tym roku – odwrotnie.

Wspominałam sobie dziś, że na koncercie sprzed dwóch lat był jeszcze obecny patron konkursu – wpadli wraz z małżonką z tradycyjnych dorocznych wakacji w Jastrzębiej Górze. „Co ty tu robisz?” – zdumiał się na mój widok. Teraz mi tego brak…

Krzysztof Penderecki tylko patronował temu konkursowi, który odbywa się od początku istnienia festiwalu – nigdy nie był w jury. Skład się zmieniał, jeden element pozostaje stały: osoba przewodniczącego, którym jest Krzysztof Meyer. W tym roku uczestniczyli też: Daniel Cichy (dyrektor PWM), Jerzy Kornowicz (dyrektor Warszawskiej Jesieni), a także Rafał Janiak, dyrygent dzisiejszego koncertu (i również kompozytor) oraz po raz pierwszy Paweł Mykietyn, którego utwór Krzyki rozpoczął dzisiejszy koncert.

Nie znałam akurat tego dzieła, napisanego niemal dwie dekady temu dla wrocławskiej orkiestry Leopoldinum. Wtedy dopiero Mykietyn zaczynał swoje komputerowe zabawy z przyspieszaniem czasu. Tu dotyczy to tylko samego zakończenia utworu, w którym ponadto dzieje się dużo różnych ciekawych rzeczy. W późniejszych utworach motyw manipulowania czasem według wyliczonego matematycznego modelu był przez kompozytora chyba już nadmiernie eksploatowany. Ale Krzyki mają w sobie coś świeżego.

Krystian Neścior, zwycięzca konkursu, pochodzi z Olsztyna, ale obecnie jest studentem kompozycji w krakowskiej Akademii Muzycznej, studiuje też śpiew (tenor), a ponadto, chyba nawet może przede wszystkim, jest dominikaninem związanym z krakowskim środowiskiem. Pisuje muzykę religijną, ale zwycięski utwór jest świecki (choć ponoć nie do końca). Nosi tytuł francuski L’Entourage de silence z podawanym tłumaczeniem Otuliny ciszy, co moim zdaniem nie oznacza dokładnie tego samego. Mniejsza o to jednak – koncepcja jest ciekawa, a w skrócie można o niej powiedzieć tyle, że dłuższe pauzy, które pojawiają się trzykrotnie pomiędzy migotliwymi brzmieniami smyczkowymi, nie są traktowane jako przerwy, tylko jako część muzyki. Mniej mnie interesuje, że, jak napisano w nocie programowej, utwór jest „swoistą apoteozą perychorezy trynitarnej” – zapewne jest to ważne dla kompozytora z teologicznego punktu widzenia. Muzyki niezależnie od tego słucha się dobrze.

Na koniec, jak zwykle na tych koncertach, utwór Pendereckiego – tym razem Sinfonietta nr 3, będąca wersją III Kwartetu smyczkowego „Kartki z nienapisanego dziennika” – uwaga: nie „niezapisanego”, bo chodzi właśnie o to, że ten dziennik nie został napisany, tylko żył w wyobraźni i pamięci kompozytora; niezapisany to jakby to była tabula rasa. Zupełnie inny typ emocji, zwłaszcza że wiele z tych wspomnień było bolesnych i to się czuje. Trochę mi tych emocji brakowało w dzisiejszym wykonaniu Polskiej Filharmonii Kameralnej, w utworze Mykietyna też wolałabym większe zaangażowanie. Ale to trudna muzyka.