Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2

19.06.2017
poniedziałek

Kołnierzyk Frycka

19 czerwca 2017, poniedziałek,

Edukacji muzycznej dla początkujących nigdy dość, więc dobrze, że myślą o niej czasem także duże firmy jak Agora. Ostatnio wyszły dwie książeczki w serii Ucho do klasyki.

Jedna z nich poświęcona jest Chopinowi, druga – Mozartowi. Już trochę wydawnictw specjalnie dla dzieci było, często nie grzeszących gustem. Najbardziej zwykle dostaje się biednemu Chopinowi, wystarczy przypomnieć chopinowskie wygibasy Michała Rusinka, wydane swego czasu przez NIFC w różnych językach (zresztą w ładnej oprawie graficznej i z płytą). Ale ten sam NIFC wydawał też rzeczy dużo sensowniejsze i sympatyczniejsze, jak np. Zdrów chłopczyna – autentyczny wiersz popełniony przez małego Frycka (z ilustracjami Bohdana Butenki), albo Jaśnie Pan Pichon Anny Czerwińskiej-Rydel, opowieść o dzieciństwie Chopina z pięknymi ilustracjami Józefa Wilkonia, czy też pozycję zagraniczną – Armaty ukryte w kwiatach autorstwa Lene Mayer-Skumanz, która opowiada już o całym życiu kompozytora, a dodatkiem jest płyta z nagraniami na instrumentach historycznych. Z drugiej strony firmy fonograficzne wydają płyty edukacyjne (np. SONY).

Na tym tle pozycję wydaną przez Agorę można umieścić gdzieś pośrodku. Tekst ewidentnie przeznaczony jest dla dzieci młodszych, niedługi, pisany dość prostym językiem (co jest tu akurat plusem) i zawierający anegdoty z życia Chopina, które oczywiście poruszającym się od dawna po świecie muzyki są powszechnie znane, ale to przecież nie dla nich. Za to dla nich może być zawartość płyty skompilowana we współpracy z Warnerem, a więc pojawia się tu zarówno młoda Martha, jak Samson Francois, Maurizio Pollini, Garrick Ohlsson, Ingrid Fliter, a nawet kontrowersyjny, przedwcześnie zmarły Youri Egorov. Najmniej z tego wszystkiego podoba mi się szata graficzna, nie wiem, jak się spodoba dzieciom…

Wydaje mi się, że bardziej przypadnie im do gustu oprawa książeczki poświęconej Mozartowi, bo jest prostsza, dowcipna i Mozart przypomina trochę Mozarta (a Chopin Chopina niekoniecznie). Tu też mamy zbiór obiegowych anegdot i też nagrania z Warnera, takie starsze i szacowniejsze: Filharmonicy Wiedeńscy, Concertgebouw, LPO i RPO, a z solistów m.in. Edita Gruberova w drugiej arii Królowej Nocy, Margaret Price w arii Hrabiny Porgi amor czy Christian Zacharias w wolnej części Koncertu C-dur.

Kategorie:

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 35

Dodaj komentarz »
  1. Pobutka 20 VI – Mozart dla – dzieci? dla mnie z wlasnej mlodosci Branka Musulin Mozart d moll No 20 – nie mam tej plyty https://www.youtube.com/watch?v=wUGdpJypYuE

  2. Dzień dobry 🙂
    Może wstyd się przyznać, ale pierwszy raz słyszę o tej pianistce, a naprawdę jest fajna. Niedługo niestety żyła.

  3. E tam od razu wstyd. Pierwsza z brzegu wycieczka po bocznych uliczkach katalogów różnych wytwórni pokazuje, ile oni mieli nazwisk, które dziś są kompletnie zapomniane.
    Skądinąd mam jedną płytę (archiwum rodzinne) z tą panią – Pieśni bez słów Mendelssohna na Deutsche Grammophon, więc nie byle co.

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. Mnóstwo jest takich nazwisk, czasem wybitnych muzyków. Czasem Hoko tu coś takiego podrzuca i zaskakuje 🙂 Osobny rozdział to Rosja…

    Byłam właśnie na konferencji Ogrodów Muzycznych. Tak jak się domyślałam – ministerstwo nie miało zielonego pojęcia, co właściwie odwala. Dzielne panie ze Stowarzyszenia Przyjaciół Festiwalu poszły do samego min. Glińskiego, żeby mu wytłumaczyć, czym Ogrody Muzyczne są. Chyba trochę się zawstydził, bo wskazał inną drogę dofinansowania (acz małego w stosunku do potrzeb) – przez Narodowe Centrum Kultury. Tak więc NCK jest współorganizatorem, ale nawet nikt stamtąd się nie pokazał. Za duża fatyga widać.
    Pofatygował się natomiast sympatyczny pan ambasador Estonii (która w lipcu rozpoczyna półroczną prezydencję w UE) Harri Tiido. Opowiedział o trzech koncertach artystów estońskich: Estonian Piano Orchestra, czyli ośmioro pianistów na czterech fortepianach (w programie Jaan Rääts, Urmas Sisask oraz opracowanie Obrazków z wystawy), Chóru Dziewczęcego Telewizji Estońskiej (utwory etniczne, klasyczne i współczesne) i chóru Vox Clamantis (Pärt i jeszcze paru estońskich twórców w zestawieniu z Perotinusem i Gillesem Binchois). Bardzo żałuję, ale będę tylko na ostatnim z nich, bo wcześniej nosi mnie po Polsce. Natomiast Zygmunt Krauze nie byłby sobą, żeby nie dorzucił jakiegoś francuskiego akcentu, więc będzie koncert Urszuli Kryger z Maciejem Grzybowskim i kwartetem Opium, a w programie Respighi, Fauré, Chausson, Satie.
    Szczególnie ciekawy dla mnie w programie festiwalu jest dokument Śpiewająca rewolucja, który zostanie pokazany 19 lipca, więc będę miała szansę go obejrzeć. Mówi on o fascynującym momencie historii Estonii i w ogóle krajów bałtyckich.
    Reszta na stronie festiwalu.

  6. Jeśli dobrze zrozumiałem to ta edukacja muzyczna dzieci ma polegać na podaniu paru anegdot napisanych prostym językiem z życia Mozarta i Szopena (w przypadku Szopena dodatkowo napisany własnoręcznie wiersz!?) plus parę utworów wpadających w dziecięce ucho.
    Obawiam się, że edukacja ta skończy się słynnym zdaniem „Mozart i Chopin wielkimi kompozytorami byli”.

  7. Wyjątkowo 😉 zgadzam się z Witoldem. Ten sposób nie ma szans, żeby zadziałać. Ale jaki ma? Pewnie praca u podstaw, czy coś takiego.

  8. Edukacja muzyczna powinna obejmować moim skromnym zdaniem ogólnie mówiąc historię „dźwięku” z perspektywy człowieka. A jest ona fascynująca zaczynając w zasadzie od Platona. Historia muzyki europejskiej jest fenomenem. Jak ona się zmieniała?. Jak zmieniała się estetyka, zapis, wielodźwięki, gatunki itd. Zrozumienie i poznanie tego jest warunkiem na zainteresowanie się muzyką po prostu dobrą i nadzieją, że nie będzie można wciskać dzieciom i młodzieży badziewia.
    Z drugiej strony uważam, że ten typ edukacji jaki preferuje Agora może zniechęcić dzieci do słuchania klasyki gdzie „gruba pani piszczy”. 🙂

  9. Pobutka!
    https://yadi.sk/d/zfN-pbo53KM8AD

    Na tubie nie zdybałem, przeto skąd indziej – pani nazywa się Rusudan Khuntsaria i Haendla gra cudnie, nagrań niestety tyle, co kot napłakał, a do tego nie do dostania.

    W kwestii merytalnej
    Już ja widzę te zachwycone miny dzieci, które będzie się umuzykalniać „od Platona” 🙄 Moim zdaniem właśnie takie podejście – ładowanie na siłę teorii – powoduje zniechęcenie i uznanie tematu za nudny i hermetyczny, czy to w muzyce, czy w literaturze, bo to podobna bajka. Tak samo zła jest powszechnie praktykowana w szkołach kiedyś (nie wiem, jak teraz) „nauka śpiewania”.
    Zaczynać trzeba, jak najbardziej, od utworów wpadających w dziecięce ucho, wierszyki tez nie zaszkodzą – byle było to robione z sensem 🙂

  10. https://www.discogs.com/G-F-Handel-Rusudan-Khuntsaria-Suites-Nos-1-3-%D0%A1%D1%8E%D0%B8%D1%82%D1%8B-1-3/release/7231206

    Myśle, że to jest do dostania – 1983 rok to nie tak dawno.

    Jest też druga płyta z suitami – z 1991 roku.

  11. Dzień dobry 🙂
    Haendla p. Rusudan nie ma na tubie, za to jest Liszt, Skriabin, a nawet… Chopin:
    https://www.youtube.com/watch?v=fh7CXBRfFs8
    Co zaś do edukacji muzycznej – może być bardzo różna, byle stosowana z przekonaniem, a nie na odczepne 🙂

  12. Adagio, które zalinkowałem, to z tej z 1991.
    No, LP z drugiej ręki to widziałem. Ale myślałem o czymś dla normalnych ludzi. 🙂

  13. Łajza 🙂 Było do Gostka, oczywiście.

    Na tubie wszystkiego chyba trzy sztuki. Ale ten Haendel… za komplecik suit mógłbym miodu przez tydzień nie jeść 🙄

  14. No jak dla normalnych – już sam fakt, że gruzińska pianistka gra Haendla na fortepianie (a feeeee!) determinuje nienormalność wyboru.
    A płyty są na sprzedaż w discogsach – nawet z Polandy ktoś sprzedaje.

  15. Widziałem, ale mam już zgrywki – średniej jakości, ale nie ma gwarancji, że tam będzie lepiej. Czekać, może Melodia to kiedyś ucyfrowi 🙂

  16. Przepiękne to Adagio, dzięki! Mam słabość do takich mgławicowo-romantycznych interpretacji (mojego ukochanego) Haendla, skrajnością są niektóre wykonania Sumi Jo 🙂

  17. @Hoko:
    bo To muzyki chcesz słuchać, a nie skolekcjonować egzemplarz – dziwne.

  18. Znów Witold ma zasadniczo rację, a Hoko się czepia. 🙂 Przecież nikt nie chce sadzać dzieci w równych rzędach i wykładać teorię, a na drugi dzień pytać, tylko starać się uświadomić wszystkim to, co dla Witolda i dla mnie (i dla Hoko też) jest oczywiste. Jasne, że do wszystkich nie dotrze, tak jak różne inne rzeczy, jest o tym osobna nauka. Niech dotrze do jednego procenta, to już będzie parę razy więcej ludzi niż teraz. Książeczkami, komiksami i aplikacjami na srajfony się tego nie zrobi, a podstawowy błąd, to wyszukiwanie „łatwych przykładów”. Wleci i wyleci, u tego potencjalnego jednego procenta też. A jak to wszystko zrobić, to nie nasze z Witoldem zmartwienie, w końcu jest spore stadko doktorów od nauczania muzycznego. Aha, że oni potrafią tylko książeczki, komiksy i aplikacje? No to gorzej. To chyba nie ma wyjścia. 😛

  19. @Wielki Wódz
    Dzięki za wsparcie. Teorię muzyki można wykładać fascynująco i ciekawie, bo to jest fascynujące i wiem po sobie niestety dopiero na stare lata jak to zmieniło i pogłębiło mój odbiór muzyki.
    Co do nauczania muzyki. Moje dzieci po dwóch latach zrezygnowały z nauki gry na pianinie. Długo nie wiedziałem dlaczego. Lubiły śpiewać i wydawało się, że są muzykalne. Ostatnio ogłądałem stare taśmy wideo, gdzie zostały poproszone o zagranie kolędy w domu podczas Świąt. I zagrały mrucząc pod nosem, żeby było równo „i raz, i dwa, i trzy i cztery”. Wiedziałem już, że pan od muzyki zabił w nich miłość przynajmniej do grania.

  20. Nie wiem, o jakich dzieciach tu mówimy – mam sześcioletniego bratanka i dam głowę, że teorią muzyki to on nic a nic zainteresowany nie będzie. A zainteresuje się, jak będzie rytm i melodia, jak będą kolorowe obrazki (najlepiej Chopin-Ninja) albo, jeszcze lepiej, film – skoczny kawałek z jakiejś opery, z ciekawą inscenizacją zrobi tu więcej aniżeli wszystkie teorie i wykłady.

    Gostek,
    jeśli kolekcjonuję, to na dysku. a i to mi się już nie chce, bo w streamingu wszystko od ręki i pod ręką. No, jeszcze nie wszystko, tedy trzeba latać za tym czy owym; a i z internetem na wsi rozmaicie. Ale w tę stronę to idzie 🙂

  21. Tymczasem w Łodzi:
    http://lodz.onet.pl/lodz-dyrektor-teatru-wielkiego-pawel-gabara-odwolany/fyeq4fk

    Odnotowuję to z bólem bo ostatnie dwa lata były całkiem dla TWŁ dobre, jubileusz, Tansman itd. Ale, zdaje się, kasa się skończyła już zupełnie w Województwie. I tak dobrze że zaczekali do końca sezonu.

  22. Dzieci są bardzo różne – jedno zainteresuje się kolorowymi opowiastkami o życiu kompozytora*, inne iluminacjami z motywami nutkowymi, jedno będzie chętnie bębnić po klawiszach, bo widzi, że z zapamiętaniem robi to mamusia, a drugie – bo tatuś przy okazji otwiera kluczykiem wszystkie „zakazane” szufladki biurka obok. Znam małych liryków klawiaturowych, znam i zafascynowanych monochordem Pitagorasa i matematyką w muzyce, nawet siedmioletnich specjalistów od akordów tristanowskich znam, i nigdy mnie to nie dziwiło, bo sama podobno umiałam pokazywać „prima, secunda, tercja, kwarta, …” gdy tylko nauczyłam się mówić (z literkami rodzice czekali pedantycznie do szóstego roku życia – żeby dzieciństwa nie odbierać niby 🙄 )…
    W sumie im więcej dzieciak dostanie-wchłonie różnych pozytywnych „zaczepek”, „haczyków” – tym łatwiej później pójdzie po zdobycz.

    Swoją drogą, czy to nie polskie (słowiańskie?) myślenie, że niby wymóg precyzji (czysto, równo, dokładnie, tak mocno-słabo, jak chcemy, itp.) miałby zabić miłość do grania? Że tu nie ma żadnej przyjemności z samej biegłości, z pochwał, nagród za nią? Że niby nie da się nauczyć malucha „miłości do doskonałości”?… Do rutyn**, ćwiczeń, powtórzeń, od których wszak uzależnić się można snadnie (i w muzyce, i w sporcie, nawet niezawodowym…)

    Najlepiej mieć fajnych, kompetentnych mistrzów przez dłuższy czas i na wyciagniecie ręki 😉 — Failing that, ktoś formatu Simona Rattle (z epoki jego youth projects w mieście Brum 🙂 ) byłby niezłą rzeczą… A kiepscy rzemieślnicy-urzędnicy (bez przekonania, polotu) położą nawet najlepszy pomysł.
    _____
    *choć mnie osobiście zbyt się to kojarzy z wielkim zeszytem „Wielcy Ludzie”, który każdy musiał prowadzić, obowiązkowo ze zdobytym i wklejonym konterfektem klienta – były takie szablonowe okładki „pisarze i poeci”; wycinało się… ale Fryderyka tam nie było… choć Kopernik owszem, bo pisarz w końcu 🙂
    **= routines 😉

  23. @Hoko – oczywiście, wiem, to taki mały trollink był. Płyty żywej nie kupiłem już, e chwila, kupiłem 2 tygodnie temu, ale przysięgam, że przez przypadek. W sklepie z płytami natomiast nie byłem od lat.

    Co do edukacji – są różne inicjatywy takie jak np. Smykofonia, które dzieci (chyba) bardzo lubią, ale czy pokochają przez to muzykę – tego się dowiemy dopiero za kilka lat.
    Najważniejsze, żeby zaistniało nauczanie muzyki dla przyjemności. Potrzebni są nauczyciele, którzy nie mają ambicji wykreowania z ucznia artysty muzyka, tylko poważnego amatora, umiejącego zagrać średnio-trudny repertuar koncertowy, ale wyłącznie dla przyjemności, nie zarobkowo.

  24. @ macias1515 – przyłączam się do ubolewania, słyszałam rzeczywiście, że się na to zanosiło 🙁 Zapewne długo nie będzie na co przyjeżdżać do Łodzi 🙁

  25. Jak o ubolewaniu, to wczoraj umarł Ludger Remy, zdecydowanie za wcześnie. Tak wspominam z kronikarskiego obowiązku, bo to istotna postać w niszy, do której szeroka publiczność nigdy nie zajrzy. Mam coś ze 40 płyt, ostatnią z zeszłego roku, z anonimami z Drezna.

  26. Gostku, chyba niezupełnie o to chodzi. Nauczanie muzyki, przyjemność – tak, ale nie poważnego amatora, grającego itd., tylko słuchacza, odbiorcę. Jak coś będzie umiał zagrać, to nie zaszkodzi, ale to nie jest warunek. Zrezygnowałem z amatorskiego grania dawno temu, bo inni to robili dużo lepiej, wolałem słuchać. Czy to mnie upośledza jako odbiorcę – na pewno nie, a nawet daje pewne korzyści i tu jestem gotów dyskutować, a nawet zagryźć w obronie mojego stanowiska. 👿

  27. Z ostatnich rzeczy nieboszczyka mam chyba tylko Haydna goszczącego na salonach pani Hunter, a i to – przyznam – bardziej ze względu na Dorothee…

  28. @ WW – nie upośledza, warunek to nie jest, ale z pewnością jakoś tam pomaga w inicjacji. Byle nie trafić na kogoś obrzydzającego 😉

  29. Szkoda Remy’ego 🙁
    Jak już byliśmy przy Haendlu:
    https://www.youtube.com/watch?v=xcbqdjNgGiA

  30. @WW
    Absolutnie nie – konkursowate kryterium „nie gram bo inni zrobią to lepiej ode mnie” nie ma tu nijak zastosowania. W ogóle.
    Przeciwnie – umiejętność gry na instrumencie – jakakolwiek, niebywale podnosi jakość słuchania muzyki – zwłaszcza na żywo. Sam grając, o wiele lepiej możesz docenić kunszt artysty.

  31. Tyle, ze umiejętność gry na jakimkolwiek instrumencie na przyzwoitym amatorskim poziomie (o kryteriach konkursowych w ogóle nie ma mówimy), nie mówiąc już o wspólnym muzykowaniu, wymaga co najmniej paru lat systematycznej pracy – nabywania praktycznych umiejętności i teoretycznej wiedzy pod okiem profesjonalistów. Chyba, że mówimy o umiejętności gry kilku popularnych melodii na keybordzie, ale wątpię, czy to zasadniczo podnosi jakość słuchania i rozumienia muzyki o jakiej myślimy.

  32. Tak i nie. Rzeczywiście chodzi mi o „parę lat systematycznej pracy”, ale ze zdecydowanym naciskiem na „nabywanie praktycznych umiejętności”, z „teoretyczną wiedzą” tylko w takim zakresie, jaki jest nam potrzebny do gry (nie muszę umieć skomponować fugi, żeby w miarę sensownie zagrać fugę).
    Ci profesjonaliści muszą mieć świadomość, że uczę się dla przyjemności, nie żeby zostać zawodowym muzykiem.

  33. Kompozycja fugi to zwieńczenie profesjonalnej edukacji muzycznej (nie na wszystkich kierunkach), nie podstawy. Żeby poprawnie zagrać fugę trzeba wiele lat się uczyć, nie wystarczy znać nuty.

  34. Właśnie tu się różnimy – mamy różne pojmowanie słowa „granie”. Nie możemy do tego przykładać miary zawodowego muzyka – nijak.
    Mówiąc najprymitywniej – celem jest możliwość odegrania tych nut dla własnej (tylko własnej) przyjemności i poznania warsztatu muzyka (bez wskazania instrumentu) na tyle, żeby zgrubsza wiedzieć co robi artysta na scenie.
    To co mówię to jest herezja dla większości osób mających styczność z muzyką na płaszczyźnie zawodowwej. Stąd między innymi biorą się problemy z edukacją muzyczną w Polsce – jest traktowana tak śmiertelnie poważnie, że wszyscy są zanudzeni na śmierć po piętnastu minutach.
    To mój odwieczny zarzut dla Dwójki – taki na przykład Trybunał (znowu się narażam) jest tak śmiertelnie nudny, że przestałem go słuchać – to właśnie takie audycje powinny przystępny sposób zachęcić do słuchania muzyki, poszerzania repertuaru, rozpoznawania różnic pomiędzy wykonaniami, a państwo redaktorstwo będą rozstrząsać jakieś niestotne szczcegóły używając przy tym języka nadającego się na konferencję muzykologiczną. Co z tego że ja to rozumiem, jeśli nie mam ochoty dalej tego słuchać?

  35. Problem w tym, że muzyka z tzw. repertuaru koncertowego, niestety jest trudna. Ta cała teoria – poczynając od zasad muzyki, solfeżu, poprzez historię muzyki, formy muzyczne, kończąc na kontrapunkcie i harmonii struktur (chyba tak to się nazywało…) itd. nie jest przecież oderwana od utworów i wykonawstwa (to na profesjonalnym poziomie). To o czym Pan pisze – możliwość odegrania nut dla siebie bez nabywanej latami różnorodnej wiedzy (często związanej zresztą z praktycznymi umiejętnościami), moim zdaniem może mieć sens przy jakichś prostych piosenkach, czy opracowaniach typu „W krainie melodii”, nie przy Bachu, Mozarcie, Brahmsie itd. Tylko dojrzali ludzie, i to ogromnie osłuchani, mogliby wg mnie czerpać z tego przyjemność (gdyby odegranie tych „gołych nut” bez odpowiedniego tempa, artykulacji, frazowania itd. było to dla nich w ogóle wykonalne technicznie). Sądzę, że ciężko też tak naprawdę wczuć się w sytuację artysty na scenie bez poczucia chociaż przez moment tej atmosfery nieustannej rywalizacji, porównań, egzaminów, tremy itd. towarzyszących od dziecka zawodowym muzykom. Ale być może rzeczywiście jest to już skrzywienie zawodowe.

  36. Wkraczamy w rzeczy subiektywne – o ile tempo jeszcze się da jakoś skwantyfikować, to artykulacja i frazowanie…
    Z tym repertuarem też jest różnie. Oczywiście są utwory dla „zwykłego amatora” niewykonalne, ale jest też wiele, wiele utworów wykraczających poza krainę melodii, na tyle skomplikowanych warsztatowo, aby się przy nich namęczyć i czerpać satysfakcję z ich wykonania – w prawidłowym tempie, bez „zwalniania na zakrętach”, interpretacyjnie poprawnie.
    Może nie sonata Bouleza, ale sonata Mozarta czy suita Bacha, milion najróżniejszych drobnych form, nie leżą poza zasięgiem wytrwałego amatora, systematycznie ćwiczącego sobie po godzinach od kilku lat.

    Co do artysty na scenie, chodzi mi właśnie o kwestie interpretacji, warszatu, nie o psychikę koncertującego artysty. Znając podstawy artykulacji, dynamiki itd. samemu łatwiej śledzić co robi muzyk.

css.php